Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Miejsca legendami malowane
     
Coobeck
 

Moderator IV 2004 - IV 2014
*********
Grupa: Przyjaciel forum
Postów: 6.350
Nr użytkownika: 696

 
 
post 7/04/2005, 10:14 Quote Post

Vitam

Mam taką propozycję - spróbujcie przybliżyć nam legendy, związane z miastem, miejscowością czy okolicą, w której mieszkacie. Legendy i podania co prawda nie są historią w ścisłym znaczeniu tego słowa - nikt przecież nie będzie poważnie rozważał możliwości zgładzenia przez szewca Skubę tyranozaura czy inszej bestii - ale że stanowią składnik kultury i świadomości, więc omawianie ich na forum historycznym jest jak najbardziej na miejscu.
Na początek temat-rzeka, czyli legendy krakowskie.

Było sobie raz piękne miasto Kraków i był sobie zamek na Wawelu. Mieszkał tam sobie król Krak z Wandą, córką jedynaczką. Miasto leżało dogodnie u przeprawy przez rzekę, u skrzyżowania traktów handlowych. Kupcy ściągali z dalekich stron na jarmarki. Miejscowi hipermarket zbudowali i "Sukiennice" go ochrzcili. Tłukli kasę na wynajmie miejsc parkingowych i handlowych, że hej.
No w ogóle było fajnie i bogato.
Ale że przyroda lubi równowagę, więc jak już było bardzo fajnie i bardzo bogato, z jaskini pod zamkiem wylazł smok.
Wielki był, zielony, łuskowany, a choć z jedną tylko głową, to widać nie w ciemię bity. Bo jak tylko wylazł, na miasto popatrzył, to zaraz powiedział:
- No, panowie, miasto takie bogate, musicie uważać... jeszcze Tatarzy was napadną, okradną, podpalą, hejnalistę ustrzelą... lokale zdemolują... Lajkonika ukradną... Twardowskiego, magika, porwą i okupu zażądają... skarby diabelskie spod Krzysztoforów wyszabrują... No, ochrony potrzebujecie jednym słowem, ja was chronić mogę. Tanio biorę, stado owiec dziennie i dziewicę raz na tydzień i VAT oczywiście, 22%, buahhhhh!
To 'buahhh" na końcu to było zionięcie ogniem. W ogóle smoczysko, jak Rada Miejska do niego przyszła warunki haraczu negocjować, to buahało równie często jak Winnetou, kiedy "howgh" mówił. I tak jakoś ci, co płacić nie chcieli, wyparowali z zebrania.
A przy tych dziewicach na pożarcie co tydzień to się smok strasznie upierał. Zboczony był jakiś, czy co?
Trudniej się teraz handlowało, jak haracze płacić przyszło, ale spryciule kupcy raz-dwa wpadli na to, żeby haracz od podatku sobie odliczyć. A trzy-cztery na to, żeby ogłosić nagrodę za łeb smoka.
No i zjechało się rycerstwo ze stron odległych. Sam Walgierz Wdały przewodził.
Smok chwalił sobie żywot pod Wawelem. Nie dość, że barany mu co dzień dostarczali, dziewicą co tydzień przekąsił, to jeszcze konserwy same konno do jaskini podjeżdżały, że tylko przekąskę ze zbroi wydłubać trzeba było. A potem jeszcze układ z Dziadem Wierzydupkiem zawarł. Dziad Wierzydupek żył ze zbierania szmat, makulatury i złomu. Zachodził teraz co miesiąc pod jaskinię, rozwłóczone pancerze, pogruchotane tarcze i połamane miecze zbierał, owieczkę dorodną smokowi zostawiał, a żelastwo do skupu zawoził.
Rychło do majątku przyszedł i nawet radnym został. Tylko nazwisko sobie skrócił, na Wierzynek.
A tymczasem w mieście ferment się pojawił. Smok dziewice wyżerał, ślubów mniej było, przyrost naturalny malał. Najpierw kryzys odczuli krawcy, co w strojach ślubnych się specjalizowali. Potem ci, co zabawki dziecięce produkowali. A potem wszystkim źle się zrobiło, bo co poniektórzy zwiali z miasta z córkami, ludzi mniej się zrobiło, obroty ogólne spadły. A smok nic z wysokości haraczu popuścić nie chciał.
Aż wreszcie wyczerpała się cierpliwość mieszczan i gromadą na zamek poszli.
- Co do kurwy nędzy! - ryknęli zgodnie na króla i dwór - To my musimy córki smokowi oddawać, a wy tu na zamku spokojnie se siedzicie?! O, takiego, od dzisiaj wy też musicie dziewic dostarczać, pospołu z nami! Albo będzie egalite po dobroci, albo gilotyną ją zaprowadzimy!
I król, rad-nierad, musiał tej grzecznej prośbie zadośćuczynić.
A potem wszystkim miny zrzedły, bo w pierwszym zaraz losowaniu kolejnej dziewicy padło na Wandę, jedynaczkę królewską.
Że królowi i dworowi smutno się zrobiło, to normalne. Ale i w mieście wesoło nie było. Wiadomo, król stary, zemrze mu się niedługo, a skoro legalnego potomka nie stanie, to jak raz wojna domowa między uzurpatorami wybuchnie.
Ale mimo to nikt własnej córki za Wandę oddać nie chciał.
Krak, zdesperowany, wydał edykt, że kto Wandę od smoka ocali, temu za żonę ją odda. Przez dwa dni, które do smoczej uczty zostały, ze dwudziestu śmiałków z miasta na smoka poszło. Nawet dwaj bracia z branży budowlanej Kościół Mariacki zostawili i z kielniami na gada ruszyli.
Żaden śmiałek nie wrócił.
Aż wieczorem zgłosił się do króla młody czeladnik szewski Skuba i o rozmowę w cztery oczy poprosił. Ledwie gadać zaczęli, ryk wściekłości się rozległ i czterech halabardników, na rozkaz króla, Skubę ze schodów zrzuciło. Ale szewc w szewską pasję wpadł, edykt królewski z muru zdarł i z powrotem z pyskiem do Kraka poleciał, że na piśmie królewskim słowem obiecał i zaręczył, a teraz się miga. I król musiał, rad-nierad, na zostanie teściem szewca zgodę dać.
A nazajutrz Wanda przed Smoczą Jamą stanęła. I gdy smoczysko wylazło, pod boki się wzięła, splunęła i pogardliwie rzekła:
- A w dupę mnie pocałuj, gadzino jedna! Żadna ja dziewica, wczoraj ślub mój ze Skubą był, a w nocy to mi dogodził tak, że hoho! Mistrz to wielki, nie tylko do kopyta! A ty się smakiem obejdź, zielony ufoludku ty jeden!
I pojął smok, że skończyły się dobre czasy, że dziewic już nie stanie. I z żałości wielkiej poszedł się w Wiśle utopić. Wyłowili go potem koło Mogiły i kopcem ziemi zasypali, coby się smród nie rozchodził. A że przez dziewictwo Wandy smok się utopił, to potem Kopcem Wandy usypisko nazwali.

Tyle co do legend żartem, a teraz trochę poważniej.
Wszyscy chyba znają legendę o smoku wawelskim, po raz pierwszy zapisaną przez mistrza Wincentego Kadłubka. Nazwał on żyjące w Smoczej Jamie bydlę olofagiem czyli całożercą; musiał być faktycznie strasznie łakomy i drapieżny. Pierwotnie pomysłodawcami i wykonawcami mokrej roboty z wypchanym baranem w tle byli dwaj synowie Kraka. Dopiero pod koniec XVI w pojawia się w legendzie kolejny bohater - szewc Skub (początkowo właśnie Skub, nie Skuba), podpowiadający Krakowi, jak uśmiercić stwora. Powoli stawał się on centralną postacią legendy aż do jej wersji współczesnej, w której zostaje w nagrodę mężem Wandy.

Wersja o arystokratycznej karierze szewca kłóci się jednak z dalszym ciągiem legendy o rodzie Kraka. Po śmierci starego księcia, pochowanego zgodne z tradycją w kurhanie na Wzgórzu Lasoty (vis a vis nadajnika Telewizji Kraków), władze objęli dwaj synowie Kraka. Mieli panować wspólnie, rychło atoli starszy zaginął w puszczy podczas jakiegoś polowania (motyw ten powtarza się też w innej legendzie). Po jakimś czasie wychodzi na jaw, że wcale nie zaginął, a został podstępnie zgładzony przez młodszego, łaknącego niepodzielnej władzy. Lud wygnał precz zbrodniarza, a zabity został uczczony kolejnym kurhanem. Wznoszący się na południowy wschód od Wieliczki kopiec zwany jest tradycyjnie mogiłą Kraka Drugiego. Nie ma tu ani słowa o Skubie i o ewentualnym pretendowaniu przez niego do władzy.

Co więcej, po śmierci starszego i wygnaniu młodszego z Krakowiców, władza zostaje przekazana Wandzie, będącej wciąż w stanie panieńskim. Albo więc ślub z szewcem został unieważniony, albo nigdy nie doszedł do skutku. Rychło też o rękę pięknej księżniczki zaczyna się ubiegać potężny książę ościennego państwa, zwany najczęściej Niemcem Rytogarem. Odpalony, postanawia urządzić regularnego Pana Tadeusza czyli pierwszy zajazd i wpada w odwiedziny na czele zbrojnych hord. Zostaje rozbity w pył i widząc swą klęskę, popełnia samobójstwo, ale Wanda obawia się, że jej uroda będzie przywabiać następnych awanturników i narażać jej poddanych na ogień i miecz wojny. By tego uniknąć, rzuca się ze skały do Wisły. Jej ciało zostaje wyłowione nieco w dole rzeki i pochowane pod kurhanem zwanym Kopcem Wandy na terenie zwanym obecnie Mogiła (jakieś 300-400 m od bram kombinatu w Nowej Hucie).

Na zachodnich krańcach Krakowa, pomiędzy Skawiną, Kryspinowem i Bielanami, znajduje się dzielnica Tyniec. Przed laty miał tam swoją siedzibę możny rycerz Walgierz Wdały czyli Piękny. Miał on urodziwą żonę Heligundę, której ufał całkowicie. Podczas swych częstych wypraw zbrojnych powierzał jej zarząd całego majątku. Z którejś ze swych eskapad przywiódł jeńca Wisława, którego wrzucił do lochu by skruszał przed negocjacjami o okup. Rychło też pojechał na nową awanturę, ani przewidując, że przecudnej urody jeniec zbałamuci mu żonkę i zajmie miejsce męża w łożnicy. Po powrocie zdziwił się jak Agamemnon po powrocie spod Troi. Co prawda Heligunda, w przeciwieństwie do Klitajmestry, nie zaciukała małżonka, ale został on zakuty w łańcuchy i uwięziony w klatce. Perwersja Heligundy i Wisława poszła tak daleko, że Walgierz mógł co wieczór obserwować ich miłosne uciechy. Jedyną osoba, która okazała serce uwięzionemu była siostra Wisława, Marzanna. Ta, uzyskawszy wcześniej od Walgierza obietnicę małżeństwa potwierdzoną najstraszniejszym przysięgami, potajemnie dostarczyła mu klucze i miecz. Perwersja Wisława i Heligundy zakończyła się regularnym sado-maso, gdy Walgierz zrzucił łańcuchy, wyszedł z klatki i porąbał obydwoje na kawałki. Dotrzymał słowa i ożenił się ze swoją zbawczynią. Legenda nie jest tu zgodna co do szczegółów, według jednej wersji Marzanna była koszmarnie brzydka, ale też dzięki temu Walgierz nie musiał się obawiać żadnych konkurentów. Według innej była piękna i wierna mężowi, ale ten, nauczony doświadczeniem, zaniechał zbrojnych awantur i siedział odtąd w domu, nie dając żonie żadnych okazji do zdrady.

Zbliżając się do centrum i jednocześnie do poprzednich legend, docieramy na wspomniane już Wzgórze Lasoty z Kopcem Kraka. Przed wiekami istniał wokół niego święty gaj z zamieszkującymi go świętymi krukami. I to owych kruków właśnie (a konkretnie unikatowego białego kruka) a nie od Kraka, ma ponoć pochodzić nazwa Krakowa.

Z Kopcem wiąże się też obrzęd zwany Rękawką - obecnie festyn odbywający się we wtorek po Wielkiej Nocy. Nazwa ma się wywodzić stąd, że mogiłę Kraka usypywali wszyscy mieszkańcy miasta, nosząc ziemię w połach ubrań i rękawach.

Pozostając jeszcze na prawym brzegu Wisły nie można nie wspomnieć o bardzo szeroko znanej postaci, jaką był mistrz Twardowski mający swą siedzibę, według różnych wersji legendy, już to na Krzemionkach, niedaleko Kopca Kraka, już to w Skałach Twardowskiego, nieco na zachód od centrum. W Skałkach jest siedem jaskiń, z których największa, mająca kilkadziesiąt metrów długości, zwana jest właśnie Jaskinią Twardowskiego. To gdzieś tutaj właśnie, na Krzemionkach albo w Skałkach, Twardowski miał podpisać cyrograf. Na jego mocy mógł rozporządzać mocą czarta, ale po określonym czasie powinien się udać do Rzymu, gdyż według cyrografu tylko tam diabeł mógł porwać jego duszę. Twardowski jednak ani myślał wyjeżdżać z kraju. Karczma Rzym, do której został niecnie zwabiony przez zniecierpliwionego biesa (swoją drogą, czarnoksiężnik musiał być w dym pijany, że nie zorientował się w tak prymitywnym podstępie), znajdować się miała w Pychowicach, nieco na zachód od Skałek. Mag jednak i tym razem się wywinął - niesiony już przez diabła do piekieł zaczął śpiewać pieśń ku czci Najświętszej Marii Panny (wiadomo, kiedy trwoga to do Boga), przestraszony szatan porzucił go w pół drogi, a Twardowski za karę będzie aż do Sądu Ostatecznego pokutować na Księżycu.

Ponoć uczniem Twardowskiego był mistrz Sędziwój, nadworny alchemik Zygmunta III Wazy, postać historyczna choć tak obrosła mitami i przeinaczeniami, że trudno się spod nich doszukać prawdy.

I jeszcze jedno ze wzgórz prawobrzeża należy wymienić, Wzgórze Świętego Benedykta. Wraz z Lasotą i Krzemionkami tworzy kompleks pagórków, u stóp których leży najstarsza część Podgórza. To właśnie na Benedykcie miał się w pradawnych czasach zamek pięknej i bogatej księżniczki, której imię się nie zachowało. Nieludzko wyciskała ostatni grosze ze swych poddanych i beztrosko trwoniła wszystko na zabawy i uczty. Wreszcie dosięgła ją kara Bogów i zginęła rażona gromem. Odtąd dusza jej pokutuje w okolicach kościółka świętego Benedykta, wybudowanego ponoć na miejscu jej pałacu. Ponieważ jednak nie roztrwoniła całego majątku, czeka on na śmiałka, który odważy się wyciągnąć po niego rękę. Warunek atoli jest jeden - delikwent przez rok i sześć niedziel będzie codziennie otrzymywał trzos ze złotem i będzie go musiał przez dzień przehulać i roztrwonić, wydając tylko na własne potrzeby. Uda mu się przejść próbę - skarby będą jego, a dusza księżniczki dostąpi odkupienia. Nie uda - cóż, diabeł urwie mu głowę. Niejeden próbował, ale zawsze prędzej czy później kończył jako ogłowiony truposz.

Jedną z najmłodszych legend krakowskich jest ta, która mówi o rzekomej nazwie Josephstadt, jaką miało ono (tj dzielnica Podgórze) ponoć nosić przez czas pewien po I rozbiorze i zabraniu go przez Austrię. Opowieść ta nie znajduje atoli żadnego potwierdzenia w dokumentach.

Tuż u południowo-wschodnich granic Krakowa leży Wieliczka, z całym jej kompleksem legend o kopalni soli. To jednak odrębne miasto, wymagające odrębnego omawiania, wracajmy zatem na północny brzeg Wisły.

Smok Wawelski nie szczezł bez śladu. Do dzisiaj każdy, kto zawędruje na Wzgórze Wawelskie, może podziwiać wiszące ponad wejściem do Katedry kości smoka. W rzeczywistości są to czaszka nosorożca, żebro wieloryba i gnat mamuta, ale wiąże się z owymi kośćmi kolejna legenda. Otóż pęknięcie łańcucha, na którym wiszą, ma w sposób ostateczny i nieodwołalny zwiastować nadchodzącą Apokalipsę.

Z Wawelem wiążą się też i inne legendy. Od strony ulicy Grodzkiej wznosi się Kurza Stopka - baszta będąca niegdyś wieżą latrynną, a potem sypialnią i gabinetem królewskim. Zygmunt III Waza, wyuczywszy się od mistrza Sędziwoja co nieco praktyk alchemicznych, lubił zabawiać się doświadczeniami i złotnictwem. Szczególnie zasmakował w odlewaniu cegiełek ze złota. Pewnego razu podjął się naprawy cennego relikwiarza, ale że przedkładał zabawę z cegiełkami nad bardziej precyzyjną pracę, tedy relikwiarz zwolna pokrywał się kurzem. Zamknięty w nim święty długo czekał cierpliwie, aż wreszcie nie zdzierżył i huknął na monarchę, by ten wreszcie zabrał się do pracy. Król z wrażenia zemdlał, w pracowni wybuchł pożar, na szczęście w porę dostrzeżony. Króla uratowano, ogień ugaszono, ale część złotych cegiełek, leżących na parapecie, stopiła się od żaru i złota strugą spłynęła za okno. Do dzisiaj na murze Kurzej Stopki można dopatrzyć się przebarwień w miejscu, gdzie złoto wżarło się w tynk.

Głęboko pod zamkiem znajduje się tajemniczy i niedostępny dla śmiertelników podziemny Wawel. W nim, corocznie, w I dzień Bożego Narodzenia, odbywa się narada na najwyższym szczeblu, w której biorą udział duchy wszystkich naszych monarchów. Czasami, zaiste, chyba rwą włosy z głowy patrząc na sytuację w naszym kraju...

Trudno rozstrzygnąć jednoznacznie, ale wiele wskazuje na to, że Smocza Jama nie była jedyną jaskinią we wzgórzu. Ponoć było więcej Smoczych Jam, w których gnieździły się tanie mordownie i niskiej jakości przybytki uciech cielesnych. W największej z Jam, tej, która przetrwała aż do naszych czasów, znajdował się lokal najwyższej klasy, szeroko w kraju i zagranicą słynący z jakości serwowanego tu piwa. Ponoć nocami zaglądali tu incognito Zygmunt August, Henryk Walezy i Stefan Batory, wpadając już to na głębszego, już to na podryw. Dopiero Zygmuntowi Wazie tak bardzo dojadły ciągle pijackie burdy wokół wzgórza, że rozpędził całe towarzystwo i kazał wszystkie Jamy zasypać ziemią. Ocalała tylko największa.

Najmłodszą chyba z wszystkich krakowskich opowieści jest ta o czakramie czyli unikatowym w świecie miejscu niezwykle silnej energii (ma być takowych czakramów siedem - Delhi, Jerozolima, Mekka, Ateny, Rzym, Wyszehrad i Kraków), świetnie oddziaływującej na ludzi. Jej źródło ma bić gdzieś we wnętrzu wzgórza, pomiędzy Katedrą a Zamkiem. Wytarta ściana w miejscu, w którym wychodzi się z Komnat Królewskich na zewnątrz pochodzi stąd, że wielu amatorów darmowej energii przychodzi tam i wystaje oparta plecami o ścianę. co prawda według najnowszych doniesień czakram ostatnio wywędrował do Niepołomic, co zostało potwierdzone "naukowo". Stało się to zaraz po tym, gdy dyrektor Zamku Królewskiego ogłosił wszem-wobec, że wiara w czakram nie licuje z powagą miejsca i wiarą chrześcijańską i polecił ogrodzić czakramową ścianę i zasłonić ją planszami informacyjnymi. Dyrektor zamku w Niepołomicach w lot zwietrzył okazję, ściągnął pomiarówców z AGH, ci coś tam powierzyli z polem magnetycznym ziemi i od razu stało się jasne, gdzie leży czakram. Ale tak to już jest, jak ktoś metodami administracyjnymi chce walczyć z legendami.

Na Wawelu tez, wedle legendy, powstało logo Krakowa, charakterystyczne K w koronie. Oto kiedyś podczas zawodów Bractwa Kurkowego, doszło do niesnasek. Pretendent do tytułu Króla Kurkowego strzelał z kuszy, nie bełtami jednak, a metalowymi kulkami. Ponieważ zanosiło się na to że zdobędzie tytuł po raz któryś z kolei, jego mniej szczęśliwi rywale oprotestowali pod byle pretekstem wyniki konkursu. Sprawa oparła się aż o sąd królewski, przed którym strzelec popisał się niebywałą celnością, z dużej odległości tak pakując kilkanaście kulek w deskę, że utworzyły one monogram Kazimierza Wielkiego - koronowane K. Zarzuty upadły i zwycięzca po raz kolejny został Królem Bractwa Kurkowego.

Porzucając Wzgórze Wawelskie warto jeszcze na moment spojrzeć ku południowi, ku będącej niegdyś odrębnym miastem dzielnicy Kazimierz. Kościół Bożego Ciała, niegdyś katedra Kazimierza, także ma swoją legendę. Niegdyś wznosiła się tu wieś Bawół (zwana tak od godła miejscowej karczmy) i niewielki, drewniany kościółek parafialny. Teren od południa i od północy oblewały dwa ramiona Wisły; pełno było stawów, bagien i mokradeł. Którejś nocy do kościółka włamało się kilku szubrawców, którzy zrabowali jak leci wszystkie kościelne utensylia. Dopiero odchodząc z łupami spostrzegli, że zwiodła ich złocista barwa metalu, gdyż wszystko było z mosiądzu, nie kruszcu. Rozeźleni, cisnęli cały łup w mokradło i poszli precz. Atoli nad owym miejscem co noc powstawała odtąd nieziemska światłość. Zaniepokojeni mieszkańcy wsi wezwali wreszcie na pomoc biskupa krakowskiego, który podczas wizji lokalnej odnalazł kościelne parafernalia i stwierdził, że w monstrancji znajduje się hostia. W miejscu znalezienia naczyń liturgicznych ufundowano na pamiątkę owego wypadku, jako wotum przebłagalne za znieważenie Bożego Ciała, kościół pod tymże wezwaniem.

Docierając na Rynek Krakowski natykamy się na kolejną, szeroko znaną legendę, którą codziennie możemy odsłuchać w południe w I programie Polskiego Radia. To legenda o hejnale z wieży mariackiej, urywającym się gwałtownie i niespodziewanie. Istotnie, tak właśnie było kiedy pod Kraków podkradły się wojska tatarskie. Zajęci targiem mieszczenie nie spostrzegli, że lada moment będą mieli nieproszonych gości, ale wypatrzył ich wartownik na wieży. Zaczął trąbić na trwogę, Tatarzy uciszyli go kilkoma strzałami z łuków, ale było za późno. Zaalarmowani mieszczanie zamknęli bramy i dali odpór pohańcom.

Niejako ciągiem dalszym tej legendy jest opowieść o lajkoniku. Na obozujących pod Krakowem Tatarów uderzyli znienacka flisacy, zamieszkujący tereny nad Rudawą, opodal klasztoru na Salwatorze. Rozbili niespodziewających się ataku najeźdźców i zabili ich wodza. Przywódca flisacki przywdział bogate orientalne szaty pokonanego i odbył triumfalny wjazd do miasta. Na pamiątkę tego wydarzenia co rok pochód lajkonika odbywa się na trasie Salwator - Rynek.

Z najazdem tatarskim wiąże się jeszcze jedna legenda, dotycząca Panieńskich Skałek Tak zwie się jeden z wąwozów na zboczach Lasku Wolskiego. W wąwozie można podziwiać wapienne skały o fantazyjnych kształtach. To zaklęte w kamień Panny Zwierzynieckie -zakonnice z klasztoru Norbertanek na Salwatorze. W obawie przed wojskami tatarskimi uciekały w górę Rudawy, lecz zostały dostrzeżone przez najeźdźców. Tatarzy ruszyli w pogoń, chcąc je wziąć w jasyr. Zakonnice modliły się do Boga, by wybawił je z łap pogan i zostały wysłuchane, co prawda może w niecodzienny sposób.

Powróćmy jeszcze do wież Kościoła Mariackiego, z których co godzinę otrąbiany jest hejnał. Jeśli staniemy w przejściu sukiennic tak, by widzieć kościół, zobaczymy wiszący nad głową sporych rozmiarów nóż. Według legendy wieże budowało dwu braci-budowniczych. Doszło między nimi do wyścigu, który wyżej pociągnie swoją konstrukcję. Starszy, bardziej doświadczony, nie spieszył się zbytnio. Założył szerokie fundamenty, by łatwiej mogły przejąć ciężar wysokiej budowli. Młodszy, bardziej zapalczywy, od razu ostro poszedł w górę i poniewczasie dopiero zrozumiał swój błąd. Któregoś atoli razu obaj wyruszyli na polowanie i... podobnie jak w przypadku synów Kraka powrócił tylko jeden, młodszy. Starszy przepadł bez wieści. Robota stanęła, młodszy nakazał zakończyć prace przy wieży brata i nakryć ją dachem, swoją wyciągając wyżej. Coś jednak gryzło go i nie dawało spokoju. W dniu inauguracji kościoła wyznał swą zbrodnię - zamordował starszego brata by prześcignąć go w budowie - po czym rzucił się z najwyższego okienka swej wieży. Nóż, którym zabił brata został powieszony w Sukiennicach.

Cały rynek krakowski z przyległościami dawno już popadł we władanie gołębi, które rozzuchwaliły się do tego stopnia, że są jak politycy w przededniu wyborów - najpierw jedzą ludziom z ręki a potem lecą do góry i srają na dół. Ich zachowanie ma jednak pewne uzasadnienie - w ich żyłach płynie szlachetna krew. Otóż gdy Krzyżacy zabrali Łokietkowi Pomorze, ten zaczął się z nimi procesować przed sądem papieskim. Procesy były długotrwałe i kosztowne, a w skarbcu co chwilę przeświecało dno. Któregoś ranka do zdesperowanego władcy zgłosiła się stara wiedźma, obiecując mu wskazanie miejsca, w którym ukryli swe bogactwa mieszczanie pomordowani następnie przez Tatarów. Można tego złota użyć w wielkiej potrzebie, ale pod warunkiem, że wyda się go tylko połowę. Druga połowa musi w nienaruszonym stanie wrócić do kryjówki. Jako zakładników zwrotu pieniędzy wiedźma zażądała dwunastu najbardziej ulubionych dworzan Łokietka i zamieniła ich w gołębie. Niestety, mimo ogromnych wysiłków naszych negocjatorów w Avignonie, na łapówki, porękawiczne i kubany poszło dużo więcej niż połowa. Wiedźmy nie udało się już odnaleźć a dworzanie nie odzyskali ludzkiej postaci.

W północno-zachodnim narożu Rynku wznosi się kamienica Krzysztofory. Ciągną się pod nią nieznane nikomu lochy i przejścia, z których wyjść można w wielu różnych miejscach Rynku, a sięgają ponoć aż pod Wawel. Gdzieś tam na samym dnie, za solidnymi żelaznymi drzwiami, w komnacie pełnej złota, siedzi diabeł Boruta, którego włości nie ograniczają się bynajmniej tylko do Łęczycy. Pod postacią czarnego koguta wabi on ludzi i wciąga w labirynt podziemnych korytarzy. Gdy nieszczęśnik dotrze do złotej komnaty, diabeł pozwala mu zabrać tyle złota ile tylko zechce. Jest tylko jeden kruczek - diabeł znienacka zatrzaskuje żelazne drzwi, należy więc nie brać za dużo, by zdążyć szybko uciec. Niektórym się to udawało - diabeł przytrzasnął im piętę, ale uszli z kilkoma garściami złota. Podobno pewnego razu najazd na jego siedzibę próbował urządzić sam Sędziwój, wsparty przez Nostradamusa i Fausta, ale nie odnaleźli złotej komnaty. Koniec izby skarbów nadszedł w połowie XVII w. i zrósł się w ludzkiej pamięci z trzęsieniem ziemi, jakie miało wtedy miejsce w Krakowie. Według legendy diabeł chytrze rozbudzał chciwość u jednej z ofiar, pozwalając delikwentowi uchodzić cało z coraz większymi sumami pieniędzy. Wreszcie gdy ten, rozzuchwalony, sprowadził kilku przyjaciół do pomocy, Boruta tak potężnie zatrzasną im drzwi przed nosami, że aż runęła wieża Ratusza.

Nieco na zachód od Plant, przy ulicy Królewskiej, wznosi się klasztor Karmelitów. W jego południowy narożnik wmurowany jest kamień z wyraźnym odciskiem niewielkiej ludzkiej stopy. To stopka królowej Jadwigi Wizytowała ona pewnego razu budowę i spostrzegła, że jeden z kamieniarzy jest bardzo smutny. Okazało się, że ma on kłopoty rodzinne - jego żona / matka / dziecko (różne wersje legendy) jest chore, a on nie ma pieniędzy na lekarza. Królowa, niewiele myśląc, oderwała od swego trzewiczka złotą sprzączkę i dała ją kamieniarzowi. By łatwiej jej był operować przy buciku, oparła na chwilę nogę o obrabiany właśnie kamień. Głaz, wzruszony miłosierdziem królowej, wiernie zachował odcisk jej stopy.

Na północ od Starego miasta znajduje się dzielnica Kleparz (od warsztatów bednarskich i produkujących na ich potrzeby klepkę), która także przez długi okres czasu była osobnym miastem. Zwano ją także Florencją od kościoła Świętego Floriana. Był on, wraz ze Świętym Wojciechem, pierwszym patronem Polski, zanim nie zdetronizował go Święty Stanisław ze Szczepanowa. Wedle legendy został on owym patronem w drodze głosowania - delegacja polska w towarzystwie dostojników watykańskich zeszła do katakumb, w których przechowywano relikwie świętych. Tam zapytano, kto ma ochotę na wyjazd z ciepłego Rzymu w dalekie i zimne kraje. Florian wysunął ze swego relikwiarza kartkę z informacją, że on jest chętny. Gdy dotarł pod Kraków, wiozące relikwie konie zatrzymały się nagle i za nic w świecie nie chciały iść dalej. Zrozumiano wolę Świętego i w tym właśnie miejscu wybudowano kościół pod jego wezwaniem.

U zachodnich granic Krakowa, nad zakolem Rudawy, wznosi się kilkudziesięciometrowy wapienny wiszar - Skała Kmity. Kmita był ubogim rycerzem, zakochanym ze wzajemnością w córce najbogatszego krakowskiego mieszczanina, Bonera. Bogacz wyśmiał herbowego gołodupca, gdy ten przyszedł go prosić o rękę jedynaczki. Młodzi postanowili razem uciec, a doścignięci woleli ujść pogoni rzucając się ze skały w przepaść niż rozłączyć się.

Na północ od Skały Kmity leży granicząca z Krakowem miejscowość Morawica. W lesie opodal wznosi się wysoka skała zwana Krzywy Sąd. Gdzieś u jej stóp znajdować się ma zapomniana jaskinia, a w niej stare, żelazne drzwi. Zamykają one wejście do komnaty pełnej złota i drogich kamieni. Natrafił na nią przed laty, podczas polowania, rycerz, będący właścicielem Morawicy. Zacierał ręce, zadowolony odkryciem bogactw, ale jedna sprawa psuła mu humor. Obawiał się, że nie jest jedynym właścicielem sekretu. Być może jego giermek, który trzymał konia przed wejściem do jaskini, coś zobaczył... Rycerz szybko sprokurował przeciw wiernemu słudze fałszywy zarzut, sam go osądził i skazał na śmierć. Niedługo jednak cieszył się z usunięcia niewygodnego świadka - podczas wyprawy po złoto ukąsiła go ze skutkiem śmiertelnym ukryta przed jaskinią żmija.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #1

     
godfrydl
 

Diabolus in musica
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.136
Nr użytkownika: 9.524

Stopień akademicki: BANITA
Zawód: BANITA
 
 
post 11/04/2007, 10:27 Quote Post

QUOTE
No w ogóle było fajnie i bogato.
Ale że przyroda lubi równowagę, więc jak już było bardzo fajnie i bardzo bogato, z jaskini pod zamkiem wylazł smok.
Wielki był, zielony, łuskowany, a choć z jedną tylko głową, to widać nie w ciemię bity. Bo jak tylko wylazł, na miasto popatrzył, to zaraz powiedział:
- No, panowie, miasto takie bogate, musicie uważać... jeszcze Tatarzy was napadną, okradną, podpalą, hejnalistę ustrzelą... lokale zdemolują... Lajkonika ukradną... Twardowskiego, magika, porwą i okupu zażądają... skarby diabelskie spod Krzysztoforów wyszabrują... No, ochrony potrzebujecie jednym słowem, ja was chronić mogę. Tanio biorę, stado owiec dziennie i dziewicę raz na tydzień i VAT oczywiście, 22%, buahhhhh!

QUOTE
A przy tych dziewicach na pożarcie co tydzień to się smok strasznie upierał. Zboczony był jakiś, czy co?

QUOTE
Aż wieczorem zgłosił się do króla młody czeladnik szewski Skuba i o rozmowę w cztery oczy poprosił. Ledwie gadać zaczęli, ryk wściekłości się rozległ i czterech halabardników, na rozkaz króla, Skubę ze schodów zrzuciło. Ale szewc w szewską pasję wpadł, edykt królewski z muru zdarł i z powrotem z pyskiem do Kraka poleciał, że na piśmie królewskim słowem obiecał i zaręczył, a teraz się miga. I król musiał, rad-nierad, na zostanie teściem szewca zgodę dać.
A nazajutrz Wanda przed Smoczą Jamą stanęła. I gdy smoczysko wylazło, pod boki się wzięła, splunęła i pogardliwie rzekła:
- A w dupę mnie pocałuj, gadzino jedna! Żadna ja dziewica, wczoraj ślub mój ze Skubą był, a w nocy to mi dogodził tak, że hoho! Mistrz to wielki, nie tylko do kopyta! A ty się smakiem obejdź, zielony ufoludku ty jeden!
I pojął smok, że skończyły się dobre czasy, że dziewic już nie stanie. I z żałości wielkiej poszedł się w Wiśle utopić. Wyłowili go potem koło Mogiły i kopcem ziemi zasypali, coby się smród nie rozchodził. A że przez dziewictwo Wandy smok się utopił, to potem Kopcem Wandy usypisko nazwali.

To brzmi jakby Sapkowski pisał, a może Coobeck taki zdolny?

Edit
Coobeck taki zdolny, ale pisał to wieeele lat temu, w okresie fascynacji Sapkowskim, stąd niejakie podobieństwo stylu smile.gif


Ten post był edytowany przez Coobeck: 12/04/2007, 12:16
 
User is offline  PMMini Profile Post #2

     
carantuhill
 

Bieskidnik
*********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 6.807
Nr użytkownika: 12.703

WOJCIECH
Zawód: Galileusz
 
 
post 11/04/2007, 22:12 Quote Post

Mój ulubiony temat. Wiadomo Beskidy obfitują w legendy jak żadne inne miejsce w Polsce. Legendy o zbójnikach już mi się znudziły, to może o czarownicach...

Idąc od mucharskiego kościoła w kierunku północnym, po około 10-15 minutach docieramy do wzgórza Upalenisko. Józef Putek, badając dokumenty dotyczące sporu o granice pomiędzy starostwem barwałdzkim, właścicielami Jaszczurowej i Norbertankami z Mucharza w połowie XVIII wieku, znalazł zeznania świadków przed komornikiem granicznym, z których wynika, że granica ta przebiegała przez górę w Mucharzu zwaną Upaleniskiem, przy czym świadkowie wyjaśnili, że stał tam graniczny kopiec, w tym miejscu, gdzie kobietę nazwiskiem Sikonionka spalono na stosie za czary. To ponure zdarzenie dało początek nazwie tej góry.
Na początku XX wieku zagineła dwójka dzieci w tamtej okolicy. Wielu podejrzewało, że się utopiły, ale My wyedukowani przez Blair Witch Project wiemy...

Inna legenda o czarownicach dotyczy już Suchej, a konkretnie miejsca nazywanego Pikietą. Mieszkańcom tego przysiółka przytrafiały się różne plagi, to ktoś nogę złamał, krowa mleka nie dała, dziecko spać nie mogło. Umyślili, że to czarownica wszystko robi. Ale jak tu pozbyć się wiedźmy? W końcu znaleźli sposób. W Suchej bawił w tym czasie żołnierz z cesarskiej gwardii. Poprosili go o pomoc, a ten głupek... pardon... dzielny żołnierz się zgodził. Wziął bęben i o północy na rozstajach dróg zaczął przeraźliwie hałasować. Po chwili pojawiła się wiedźma, która poprosiła, żeby przestał. Ten nie posłuchał, a czarownica nie mogła tego wytrzymać, uciekła z Pikiety. Żołnierz dostał wszystkie skarby jakie u wiedźmy znaleźli, czyli 10 głów z czarnych kur i kilkadziesiąt litrów mleka. Był oczywiście bardzo wdzięczny...
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #3

     
carantuhill
 

Bieskidnik
*********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 6.807
Nr użytkownika: 12.703

WOJCIECH
Zawód: Galileusz
 
 
post 21/11/2007, 10:45 Quote Post

Nasze kroki skierujmy w stronę diabelskiej Babiej Góry wink.gif

"Hej! idem w las - piórko się mi migoce!

Hej! idem w las - dudni ziemia, gdy krocę!

Ka wywinem ciupazecką - krew cerwonom wytocę!

Ka obyrtnem siekierecką - krew mi spod nóg bulkoce!

Ciemniuśka noc - ogień lasem prześwieca!

Ciemniuśka noc - złe się złemu zaleca!

Na polanie popod jedle - watra w lesie się pali:

cy się grze j om dziwozony - cy j om carci skrzesali?

"Ty mlady brat - ty sa z nami stowarzis!

Jak padnie ci - budzies cirnom ziemie gryz,

a jak padnie - talarkami, dukotami budzies siał,

na każdy dzień freirećku - kohanećku budzies miał!"

Hej, bratowie! - ja sa ku wam zwerbuje!

Nie płaćcie mi - kohanecki leluje!

Nie płaćcie mi, siostry moje - jabłonecki bielućkie!

Nie pładze mi, matko, ojce - gołąbecki siwućkie!

Nie płaccie mi - jo se idę zbijać, kraść!

Za dak mi las - zo posłanie mokwa, chraść!

Jak mi padnie talorami - dukotami bedem siał!

A jak padnie siubienicom - budzie se mnom wiater chwiał!
"

Okolice Babiej góry słynęły ze Zbójców. Pewnego razu jeden z nich Bartek wracał z Orawy na północ. Był listopad, zimno jak w mordę jeża wink.gif Jego kompania rozeszła się już na zimowanie, jeden chwalebnie zawisł na haku w Lewoczy, inny siedział w lochach Orawskiego Zamku. W końcu przemoczony i zziębnięty dotarł pod szczyt Babiej Góry. Znalazł kryjówkę w rozpadlinie i postanowił poczekać do rana. Gdy rozpalił ogień pojawiła się dziwna postać. Zbójca wpierw chciał posłać ją na łono Abrahama, ale zobaczył, że dziwacznie ubrana kreatura nie ma złych zamiarów. Osobnik ten zaproponował, że na szczycie wybuduje dla Bartka wspaniały zamek, jakiego orawski graf by się nie powstydził. Chce za to duszę Bartka. Zbójca myślał szybko, w końcu i tak skończy w piekle choćby za zarąbanego w Zubrohlawie karczmarza (trzej żandarmi się nie liczą, o to chyba zasługa nie grzech?). Pod pisał cyrograf, a diabeł wziął się do roboty, musiał skończyć przed świtaniem. Bartek przyglądał się robocie z zadowoleniem, już oczyma duszy widział hajduków w zamkowych piwnicach. Nagle przypomniał sobie sceny z piekła wymalowane w kościele w Orawce. Wzdrygnął się, przeżegnał i zaczął gorąco żałować kontraktu. Modlił się, a niebo wysłuchało jego błagań. Nagle ze znajdującej się poniżej wsi dobiegła pianie koguta, wiadomo wszak, że kogut świt wieszczy. Bartek zarządał zwrotu cyrografu, na to diabeł kopnął w świeżo budowany mur i cały zamek runął w dół w urwisko. Zanim pokazało się słońce, na szczycie była już kupa gruzów. Co się stało z Bartkiem nie wiadomo, szczyt z ruinami ludzie zaczęli Diablakiem nazywać...
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #4

     
carantuhill
 

Bieskidnik
*********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 6.807
Nr użytkownika: 12.703

WOJCIECH
Zawód: Galileusz
 
 
post 25/04/2008, 20:00 Quote Post

Budząc stary temat. Znacie legendę o rycerzach co śpią sobie w Tatrach? To jest podobnie jak z tymi rowerami na Placu Czerwonym. To nie rycerze a prawnicy, nie w zbrojach a w skamieniałych tomach akt, nie czekają na koniec świata tylko na rozstrzygnięcie apelacji...
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #5

     
SAS Sandomierski
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 248
Nr użytkownika: 47.339

grzes
Stopień akademicki: jak leci
Zawód: "histeryk" amator
 
 
post 12/10/2008, 14:25 Quote Post

W Klomontowie sandomierskim są dwa kościoły ,jeden pobudowany przez ojca drugi przez syna z rodu Ossolińskich . Podczas ataku nieprzyjacielskiego komunikacja między budowlami odbywała się na linach wysoko ponad ziemią . Pomimo zagrożenia ojca trawiła zazdrość że syn postawił ładniejszą świątynię, doszło do tego że podczas przejścia syna po linach ojciec nie wytrzymał i je odciął syn zginął a na pamiątkę tego stoi tam figura
PZD.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #6

     
erixson
 

I ranga
*
Grupa: Użytkownik
Postów: 28
Nr użytkownika: 36.295

 
 
post 30/06/2009, 17:58 Quote Post

Legenda o "Zatopionym Zamku na Prondach" kolo Bydgoszczy, opisana miedzyinnymi w 1893 przez Otto Knoop w książce "Sagen und Erzählungen aus der Provinz Posen".
Wiem tylko ze chodzilo o jakiegos chlopka co pal swinie i musial pocalowac ksiezniczke zeby ja uratowac.

Wiecej na ten temat tego "zamku":
http://pl.wikipedia.org/wiki/Paw%C5%82%C3%...o_w_Bydgoszczy)
 
User is offline  PMMini Profile Post #7

     
Przemyslav55
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 202
Nr użytkownika: 57.776

Stopień akademicki: brak
Zawód: uczen
 
 
post 2/03/2010, 21:06 Quote Post

Od pewnego czasu obok ruin zamku królewskiego w Nowym Sączu stoi fontanna w kształcie sikającego rycerza. confused1.gif
Jest to związane z legendą: Legenda związana z zamkiem dotyczy źródełka, które wypływało u podnóża Baszty Kowalskiej. Woda z niego nigdy nie zamarzała i miała siarkowy posmak. W jego pobliżu straż na zamku pełnili młodzi i odważni rycerze. Co jakiś czas jednak któryś z nich znikał bez wieści. W końcu znalazł się śmiałek, który uzbrojony w halabardę, święconą kredę i różaniec stanął nieopodal źródełka. Kredą zakreślił wokół siebie krąg i czekał, co się wydarzy. Po północy usłyszał piękne śpiewy, muzykę i wyłaniające się ze źródełka nimfy, które zapraszały go do tańca. Zrozumiał, że to one były przyczyną zguby rycerzy i nie wychodząc z poświęconego kręgu rzucił do źródełka różaniec. Woda zasyczała, a nimfy przemieniły się w obrzydliwe czarownice i odleciały w noc. Niestety po źródełku nie ma dziś śladu, zostało podobno zasypane podczas wybuchu w 1945 r./wiki/
Skoro źródełko zostało zasypane a paru rycerzy w tej okolicy znikło to postanowiono połączyć rycerza ze źródełkiem rolleyes.gif
Takie dwa w jednym a rycerz rozsławia owe miasto. smile.gif
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #8

     
Dziadek Jacek
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.162
Nr użytkownika: 53.918

 
 
post 21/10/2012, 20:46 Quote Post

Wiele osób zna lub słyszało o "Modlitewniku Nawojki".

http://staropolska.pl/sredniowiecze/modlitwy/Nawojka.html
http://www.gutenberg.czyz.org/word,48537

W Lipnie, na Ziemi Dobrzyńskiej mimo, że stamtąd pochodzi Pola Negri (Apolonia Chałupiec)- odpowiednia osoba by dać nazwę dla kina, (chyba) do dziś nad nim świeci się neon "Kino Nawojka"
Grzebiąc w nieogarniętej "czeluści" mojego twardego dysku odzyskanego po awarii komputera, odnalazłem tekst legendy znaleziony chyba na stronie internetowej Dobrzynia n Wisłą.
Legenda jest gotowa do czytania a że wyjaśnia skąd się wziął modlitewnik (ponoć) Królowej Jadwigi, imieniem Nawojki (Natalii?) nazwany, to go tu zamieszczę:
QUOTE
Legenda o Nawojce
Dobrzyń nad Wisłą jest miastem o niezwykle bogatej historii. Dzięki tak barwnej przeszłości miały szanse powstać legendy o niezwykłych ludziach, niezwykłych miejscach i wydarzeniach. Najciekawsze z nich przetrwały do dzisiejszego dnia. Przekazywane na początku w formie ustnej, potem pisemnej nie traciły na swojej wartości.
      Najbardziej rozpowszechnioną legendą dobrzyńską, znaną nie tylko  wśród mieszkańców tego miasta, jest legenda o pierwszej polskiej studentce. Nawojka, bo tak miała na imię, wybrała sobie okres nauki przypadający na wiek XV, w którym uczona niewiasta uchodziła za „wzór odróżności'', a w najlepszym razie za „okrutne dziwactwo''. Tak więc za pilność, zdolność i sumienne studia omal co, nasza bohaterka nie spłonęła na stosie.
    W owe czasy Dobrzyń nad Wisłą niczym się nie różnił od innych miasteczek polskich, gdzie ludziska z zamiłowaniem często zajmują się sprawami bliźnich niż własnymi kłopotami. I choć nad grodem bezustannie wisiała groza napadów krzyżackich, kumoszki bez przerwy klekotały o ostatnich „grzechach'' burmistrzanki z miasta Dobrzynia.  A to Nawojka po całych dniach czytuje książki łacińskie, a to po rynku paraduje z butelką inkaustu. Nawojka to, Nawojka tamto. Pan burmistrz z razu puszczał koło uszu niewieście ploteczki, lecz gdy wybryki jedynaczki jęły zagrażać powadze jego stanowiska, podrapał się z zakłopotaniem po łysinie i rzekł - „Basta. Koniec z księgami i innymi głupstwami. Trzeba dziewkę wydać za mąż''. Wybrano dozgonnego towarzysza Nawojki syna zamożnego kupca, który miał najskuteczniej wyleczyć panienkę z niefortunnego do gęsich piór i inkaustu. Więc napieczono w domostwie burmistrza mnóstwo kołaczy, hurmem zjechali się krewniacy z całej okolicy i wesele odbyło się według zwyczaju... gdyby nie jedna drobna przeszkoda. Otóż w dniu uroczystym zabrakło panny młodej. Na próżno szukano jej we wszystkich zakamarkach domowych, w ogrodzie, u sąsiadów. Nawojka przepadła bez śladu... I tylko na drodze wiodącej do Krakowa szedł, trwożnie oglądając się we wszystkie strony szczupły chłopczyna w czarnym żakowskim przebraniu. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nie pacholęcia szukano przecież, lecz panny w ślubnym stroju z długimi jasnymi warkoczami.
    Stary Kraków przyjął gościnnie zbiega z Dobrzynia. Akademia Krakowska otwarła swoje podwoje przed spragnionym nauki żakiem. Mistrz Jacek opiekun bursy św. Anny, zarazem mu przydzielił na jego prośbę osobny kąt do spania i tylko studenci mruczeli na nowego kolegę, cóż to za żak niedołęga, który nie bierze udziału w psich figlach, nie uznaje bójek, nie spija po gospodach miodu i nie śpiewa czułych serenad pod oknami mieszkanek. Za to czcigodne grono profesorskie chwaliło co niemiara nowego żaka z Dobrzynia za mrówczą pilność i zdolność. Zdanie to podzielały pyskate przekupki z rynku krakowskiego podchodząc do tej sprawy co prawda z innego punktu widzenia. Te przeróżne panie Maciejowe i Marcinowe chwytała przede wszystkim uroda jasnowłosego studenta, gdy spojrzał na nie ślicznymi, szarymi oczyma, każda z nich choćby najgorsza „skąpiradło" miękła i nakładała warząchwią w żebraczy garnuszek żakowski podwójną porcję flaków czy innego jadła. Nigdy z całą pewnością od czasów legendarnego smoka podwawelskiego świeciło słońce tak pięknie, jak właśnie w tę pamiętną Wielkanoc 1407 r. , gdy Nawojka po chwalebnym zdaniu egzaminów, osiągnęła cel swoich marzeń - bakalarską togę. Dumna niczym paw, paradowała w niej po Krakowie a w rozpalonej młodej główce roiły się projekty i marzenia. Na ulicach raz po raz rozlegały się piski niewieście. To młodzież krakowska nie zaniedbywała starego włościańskiego zwyczaju dyngusa. Dwóch pachołków z wielkim wiadrem w ręku czatowała w zaułku w oczekiwaniu na nową ofiarę, wywiązał się pomiędzy nimi następujący dialog - „Patrz, dziewczyna w przebraniu bakałarza. Nie Prawda. Bakałarz. Dziewczyna". Na zatopioną w myślach i nie przeczuwającą Nawojkę spadł nagle strumień wody.
      Wieść o zdemaskowaniu białogłowy w stroju studenckim rozeszła się lotem błyskawicy po całym mieście. W Krakowie zawrzało jak w ulu. Z największym oburzeniem trajkotały jęzory, zwłaszcza babskie.
      Wymyślano przeróżne kary dla bezwstydnicy, rózgami zasiekać, spławić w Wiśle, spalić na stosie. Tłum powlókł „bezwstydnicę" w prostej todze do pałacu biskupa na sąd. Nawojka nie broniła się wcale. Na zapytanie, czemu dopuściła się tego haniebnego grzechu, odpowiedziała krótko -„ Z miłości do nauki...".      Ta prostota obrony, świąteczny nastrój, a może i fakt, że biskupowi bardzo śpieszyło się na obiad do króla, były zapewne przyczyną, że wydał ku zdziwieniu obecnych bardzo łagodny wyrok: pokuta w klasztorze. Gdy brama klasztorna zamknęła się za pokutnicą, Pani Legenda zajęła się złotowłosym dziewczęciem z Dobrzynia. Ona to kazała bohaterce skandalu na Akademii Krakowskiej zostać również autorką arcydzieła średniowiecznego noszącego potem nazwę „Modlitewnik Nawojki". Bo podobno zamknięta w celi klasztornej Nawojka tak ją umoralniały mniszki, że w końcu biedulka sama uwierzyła w swój „grzech". A owocem jej skruchy była owa książeczka do modlitwy, w której tekście dwa razy powtarzał się zmienny zwrot: „Ja grzeszna Nawojka". Tak pierwsza w Polsce studentka Nawojka z Dobrzynia przeprasza stwórcę i czasy średniowieczne za swoje wielkie umiłowanie do nauki.
 
User is offline  PMMini Profile Post #9

     
Szymon Jakubowski
 

Nowicjusz
Grupa: Użytkownik
Postów: 5
Nr użytkownika: 94.950

Szymon Jakubowski
Zawód: dziennikarz
 
 
post 4/09/2014, 21:59 Quote Post

Według starej jasielskiej legendy przez Warzyce przejeźdżał niegdyś w drodze na manewry sam Miłościwie Panujący Cesarz Franciszek Józef. Po drodze natrafił na pracującego w polu chłopa Filipa. Ten z wrażenia na widok monarchy miał "puścić bąka". Ratując skórę oznajmił wzburzonemu Franciszkowi Józefowi, że właśnie w ten sposób "wypycha z siebie chamstwo". Chłop otrzymać miał za to tytuł szlachecki. Tę legendę upamiętniać ma stara kapliczka zawieszona na dębie w Warzycach.
Więcej tutaj:
http://podkarpackahistoria.manifo.com/chlo...sarz-franciszek
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #10

 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej