Drukowana wersja tematu

Kliknij tu, aby zobaczyć temat w orginalnym formacie

historycy.org _ Kino i telewizja _ Robin Hood

Napisany przez: bachmat66 18/05/2010, 22:51

Salve,
wczoraj obejrzalem film Robin Hood http://www.robinhoodthemovie.com/ - wszedl an ekrany kin US w piatek ..


Zaczne od tego ze film nie jest historyczny.. ale przygodowy rzeczywiscie jest! .. z duza iloscia strzal choc Crecy et Poitiers wciaz sa daleko w 'przyszlosci' smile.gif .
Byc moze jest alegoria na to co sie dzieje w swiecie - powszechna utrata wolnosci aka 'my home is my castle.. no longer' - ale generalnie nie jest ani 'Gladiatorem' ani 'Braveheart'em, choc pewnie jest zapowiedzia serii filmow (franchise) o Robinie z Sherwood... takie kino jakie czasy, chcialoby sie rzece.

Robina zmieszano tutaj z Magna Carta (spisal ja pewien architekt, ojciec naszego Robina), krol Jan jest klamliwym a lekko zblazownaym 'tyranikiem ktory w bitwie zachowuje sie nieco jak kibol po meczu,' William Marshall jest ujezdzaczem koni i na swej zbroji ma naramiennki jak na polskich karacenach z XVII/XVIII wieku (albo zbrojach wloskich z warsztatu Negrolich), generalnie wiele helmow z zaslonami jakby z XVwieczenj Italii, a Francuzi na angielskich plazach nie maja kusz i zadnych choragwi, tylko dlugie tarcze i czasami wlocznie albo miecze. Podobal mi sie Robin z nadziakiem, co prawda w ostatniej bitwie jadacy konno Robin zapomnial zalozyc helm, wziasc tarcze, a napiersnik nosi prosto z arsenalu biznatyjsko-ruskiego z XII wieku choc wczesniej mial przepiekna kolczuge pod tunika, widocznie nie bylo mu wygodnie, kto wie? Zreszta nikt nie ujrzy rycerzy z pochylonymi kopiami, nie ma ataku hufcow, pocztow, sa jakby oddzialy albo gromady konnych ktorzy wlocznie albo kopie maja po to zeby je trzymac w reku, za to meicze sa tak smiercionosne ze az strach, nie mowiac o lukach walijskich ktore sa podbne rewolwerom, a na dodatek moga tez byc bronia snajperska - od tej strony wole Medieval Total War.


Podobala mi sie sceneria - film krecono w Walii bodajze, zdjecia wnetrz, uzycie swiatla, ale film nie ma tego specyficnzego klimatu ktory mial np 'Lord of the Rings' czy nieco juz stary serial angielski 'Robin Hood' z muzyka clannad ... wiec daje mu z 6 gwiazdek 3!...

Nota bene Szwedzki Arn (2 czesci) bije na glowe albo dwie ten filmik anglo-australijsko-amerykanski...

Poniewaz jezdza tam na koniach to troche o koniach - kon naszego Robina jest bylym koniem krola Ryszarda, siwy 'ogier' iberyjski (pewnie uzyto pare roznych zwierzat bo sie lekko roznia) a reszta jego 'rycerzy' jezdzi na roznego rodzaju Shire'ach.. wielkich, ale ladnie sie prezentujacych. Do scen gdzie graja glowne postaci , do stawania deba etc uzyto iberysjkich koni (wiadomo te grzywy i ogony eh), do innych fryzow, hunterow oraz rozne shire, plus jakeis tam kucyki angielskie na ktorych jedzie 'molodz drewniana' z Sherwood...
O broni i uzbrojeniu, rzedach etc szkoda sie wypowiadac, sa z bajek, i od Sasa do Lasa, ale jak wiemy jest to fantazja wiec jest ok, ujdzie smile.gif
Mamy Londyn niby sredniowieczny z Tower kamienna, ale juz Akry, Jeruzalem czy Paryza nie chcialo im sie 'rysowac' a szkoda. Krol Ryszard III jest buffonem i chyba lubi cupcakes, a brat Tuck jest pierwszych eksperyemntatorem z miodem pitnym mieszanym z bimbrem... niech zyja zakonnicy smile.gif

ps
Gdyby filmy o takiej tematyce (sredniowiecze, np o 'Zawiszy Czarnym' ) krecono w RP to bym sie bardzo cieszyl, bo wciaz ten film trzyma poziom...

Napisany przez: Ryszard Lwie Serce 19/05/2010, 0:32

Właśnie wróciłem z seansu, także na świeżo skomentuję.

Przede wszystkim, rozczarowaliby się wszyscy ci, którzy myśleli, że film będzie powtarzał utarty schemat filmów o Robin Hoodzie. Elementów wspólnych z legendą jest niewiele, choć na każdym kroku pojawiają się aluzje.

Po drugie, film, bardziej niż jakikolwiek poprzedni, oddawał mniej więcej realia epoki. Nie tylko, jeśli chodzi o szeroko rozumianą charakteryzację czy scenografię, moim zdaniem, niemal perfekcyjne. Nałożony był bowiem na tło pewnych charakterystycznych wydarzeń. Zarysowano wyraźnie i z dbałością o szczegóły śmierć Ryszarda Lwie Serce we Francji, przedstawiono konflikt Jana bez Ziemi z baronami i tak dalej. Zastosowano moim zdaniem w bardzo udany sposób schemat demitologizujący legendarne wydarzenia oraz obraz epoki.
Oczywiście, film na pewno nie jest historyczny. Nawet moja dość ograniczona wiedza o epoce się burzy, kiedy widzę rycerzy szarżujących konno z mieczmi w rękach, albo łuczników rozstrzeliwujących okutanych w kolczugi zbrojnych niczym z karabinów maszynowych. Tego typu nieścisłości jest o wiele więcej.
Niesmaczy też, że cały film unurzany jest w takim angielsko-angielskim sosie. Anglia to, Anglia tamto, wszyscy jesteśmy Anglikami, Magna Charta i walijskie łuki. Cool. rolleyes.gif
Pomijając już, że jest to z realiami całkowicie niezgodne, to czasami jest wręcz przyciężkie i patetyczne. Toć nawet pierwsza produkcja z 1938 z Errolem Flynnem wyraźniej rysowała rozbieżności między Normanami i Saksonami. A tamci autorzy, notabene, nie mieli wcale zamiaru z legendą Robin Hooda walczyć.
Podsumowując ten wątek: film na pewno jest olbrzymim krokiem w kierunku "uprawdopodobnienia" legendy Robin Hooda. Natomiast nie w każdym aspekcie, i to należy podkreślić.

Skupiając się natomiast na czysto rozrywkowej stronie filmu i abstrahując od jego historycznych uwarunkowań, trzeba powiedzieć, że Ridley Scott i ekipa odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. Film oglądało się z przyjemnością. Nie było w nim nic specjalnie odkrywczego ani nowatorskiego, ale też nikt się tego po nim nie spodziewał. Miejscami dowcipny, miejscami patetyczny, zaiwerający dużo dobrej akcji, efekty specjalne i niezwykle zabawny wątek miłosny, ogólnie rzecz ujmując, film spełniał wszystkie reguły niezłej hollywódzkiej produkcji. Kto poszedł do kina z zamiarem obejrzenia takowej, tuszę, że się nie rozczarował.

Napisany przez: Ironside 19/05/2010, 9:30

To ja nawiążę do realiów... W świetle mojej wiedzy scenografia jest nawet okey, ale już uzbrojenie to momentami czyste fantasy tongue.gif Loxley nosi hełm z II poł. XV wieku. Zbroja, w której Robin walczy w bitwie na plaży wygląda jak wariacja na temat perskiej zwierciadlanej. No a hełm-korona angielskiego króla to już jest jakieś cudo renesansowe biggrin.gif Barki desantowe jak w Normandii AD 1944 już stały się legendarne. Z tymi karabinami maszynowymi to jednak Ryszardzie przesadziłeś. W żadnej scenie łuczniczej nie widziałem ani śladu Legolasa. Zarówno Robin, jak i jego towarzysze wypuszczają raptem kilka strzał na minutę, co całkowicie odpowiada realnym możliwościom długiego łuku i wyszkolonego łucznika.
To wszystko jednak są detale, które nie przesądzają wcale o tym, czy film stara się oddać ducha epoki czy też się nie stara. I tutaj też bywa różnie. Niewątpliwym plusem jest pokazanie "skutków ubocznych" krucjaty - brak mężczyzn, ruina gospodarcza, narastanie konfliktu korony z baronami. Z drugiej strony film powiela często pojawiającą się w holiłódzie bzdurę o "etnicznym" charakterze konfliktu francusko-angielskiego. Żadnemu baronowi angielskiemu z tej epoki przez gardło by nie przeszło, że jest Anglikiem - Anglikami to byli co najwyżej jego poddani. A już na pewno baron mówiłby wyłącznie po francusku i miałby niemały problem, aby się z poddanymi dogadać. A tu oczywiście nawet królowie i dwór nawijają po angielsku, a król Filip w rozmowie z Geofreyem zaczyna po francusku, po czym przechodzi na angielski... Tymczasem pierwszym królem Anglii, który w ogóle znał język angielski, był prawdopodobnie dopiero Edward Długonogi. Wyparcie francuszczyzny z życia elit nastąpiło zaś dopiero w XV wieku i to dopiero wtedy konflikt francusko-angielski przestał być typową wojną feudałów i zamienił się w wojnę dwóch ludów o innych językach, kulturze i tożsamości. I to jest bez wątpienia największa historyczna bolączka tego filmu - wielki, wielki anachronizm.

Oczywiście to wszystko nie przeszkadza mi na bardzo wysoką ocenę tej produkcji, którą umieściłem w równoległym temacie. Jest to kawał porządnej kostiumowej rozrywki jakiej już dawno w kinach nie było.

Napisany przez: godfrydl 20/05/2010, 11:27

Z tym angielskim to po prostu wymóg ekranu, mamy XXI wiek i film kierowany jest głównie do anglojęzycznej publiczności. Równie dobrze można by wymagać od tego samego Crowe'a, aby w "Gladiatorze" posługiwał się hiszpańskim dialektem łaciny przez caly film.

QUOTE
Żadnemu baronowi angielskiemu z tej epoki przez gardło by nie przeszło, że jest Anglikiem

Hm, niekoniecznie. A kim był? Francuzów w tej epoce właściwie też nie było. Był podanym angielskiego króla, tam urodzonym i wychowanym, i to od 2-3 pokoleń. Nie jestem pewien, jak określali się ówcześni Anglonormanowie.

Napisany przez: Ironside 20/05/2010, 13:41

Na pewno nie jako Anglicy. Anglikami to byli ich chłopi. Baronowie rozmawiali wyłącznie po francusku - zresztą większość z nich miała też włości we Francji i to przeważnie tam siedziała. Świadomość "językowo-etniczna" warstw wyższych pojawiła się w XIV i XV wieku. Krótko mówiąc, jest mało prawdopodobne, aby ktokolwiek w XII wieku używał jakichkolwiek określeń etnicznych. I owszem, taki baron był poddanym Króla Anglii, ale ów król nazywał się Richard Coeur de Lion. I też siedział głównie w swoich posiadłościach na Kontynencie (o ile oczywiście nie był na krucjacie wink.gif).

QUOTE(godfrydl)
Z tym angielskim to po prostu wymóg ekranu, mamy XXI wiek i film kierowany jest głównie do anglojęzycznej publiczności. Równie dobrze można by wymagać od tego samego Crowe'a, aby w "Gladiatorze" posługiwał się hiszpańskim dialektem łaciny przez caly film.

No przecież nie o to mi chodzi, aby bohaterowie nawijali średniowieczną francuszczyzną. To nie film Gibsona wink.gif Chodzi mi o to, że w tym filmie "Anglicy" mówią po angielsku, a "Francuzi" po francusku. To jednoznacznie wskazuje, że była już wówczas rzekomo taka różnica językowa.

Napisany przez: emigrant 20/05/2010, 18:02

To prawda, że film różni się od innych RH fabułą. Przede wszystkim dlatego, że jest to prequel do tej akcji, którą znamy (konflikt RH z Szeryfem Nottingham). Zresztą jest tu namieszane, bo w tradycyjnych RH, niegodziwości popełniane przez szeryfa i mizeria kraju wynikają z rządów Jana pod nieobecność Ryszarda. Cały kraj czeka na niego z utęsknieniem i doczekuje się jego powrotu pod koniec opowieści.
Tu akcja zaczyna się po śmierci RLS podczas oblężenia Gailliarda a kończy się jakby tam gdzie inne filmy się zaczynały czyli zadekowaniem się RH w lesie sherwoodzkim. Namieszane, ale do wybaczenia, oczywiście.
Nie do wybaczenia jest natomiast nuda i mała widowiskowość filmu. Po początkowych scenach oblężenia (świetnych) człowiek nabiera apetytu a potem wieje nudą właściwie do finałowej bitwy na plaży, której batalistyka jest strasznie mizerna w porównaniu do batalistyki innych filmów . (Braveheart, Gladiator, czy Królestwo Niebieskie).

Jest trochę chemii między głównymi postaciami (Robin i Marion) ale to zdecydowanie za mało, żeby utrzymać film.


Najlepszy jest Jan, grany przez Oscara Isaaca w dość niekonwencjonalny sposób ale w/g mnie oryginalny i do zaakceptowania.


Napisany przez: karolz77 20/05/2010, 18:40

A ja nawet nie idę na ten film tylko sobie obejrzę pewien serial który leciał kiedyś w ferie jak miałem 7 lat...tongue.gif

Napisany przez: Ironside 21/05/2010, 11:52

Wieje nudą? emigrancie, nasze gusta różnią się chyba zasadniczo smile.gif Według mnie film ten nie był nudny nawet przez minutę. Tak samo nie zgadzam się z zarzutem małej widowiskowości. Batalistyki jest w nim multum (oblężenie, bitwa w Nottingham, bitwa finałowa), do tego dochodzi malownicza scena na Tamizie. Pozostałe sceny są zaś po prostu... ładne. Świetne, super realistyczne dekoracje i brytyjskie krajobrazy, a wszystko świetnie sfotografowane.
Tak samo nie zgadzam się w ocenie wątku miłosnego. Scott bardzo często redukuje tego typu wątki do minimum i pokazuje w sposób bardzo oszczędny. Moim zdaniem wyszło to nad dobre zarówno Gladiatorowi, jak i Robin Hoodowi.
No i na koniec - Jan też mnie nie powalił. Taka sobie średnia rola, mało przekonujący. Wiem, że zagranie głupka to trudna sztuka, ale Isaac średnio jej podołał. Poza tym robienie z Jana głupola też mnie raczej wkurza, także nie akceptowałem samej koncepcji postaci.

Napisany przez: emigrant 21/05/2010, 12:17

QUOTE(Ironside @ 21/05/2010, 11:52)
Wieje nudą? emigrancie, nasze gusta różnią się chyba zasadniczo smile.gif
Na to wychodzi. Mam nadzieję jednak, że nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi tak, że w filmie interesuje mnie tylko nawalanka, bo tak nie jest.
QUOTE
Tak samo nie zgadzam się z zarzutem małej widowiskowości. Batalistyki jest w nim multum (oblężenie, bitwa w Nottingham, bitwa finałowa)
Jak napisałem wcześniej z wymienionych przez Ciebie tylko ta pierwsza zrobiła na mnie wrażenie. Tu jeszcze jedno. Dobra batalistyka nie musi zakładać scen z udziałem tysięcy statystów. Na przykład pierwsza scena walki w Królestwie niebieskim" jest o niebo lepsza od tej, w której zginął prawdziwy Locksley w RH.
QUOTE
do tego dochodzi malownicza scena na Tamizie.
Tu się zgodzę-malownicza.
QUOTE
Tak samo nie zgadzam się w ocenie wątku miłosnego. Scott bardzo często redukuje tego typu wątki do minimum i pokazuje w sposób bardzo oszczędny.
Nie bardzo rozumiem: twierdzisz, że tej chemii między bohaterami nie ma czy, że jest jej więcej niż napisałem?
QUOTE
No i na koniec - Jan też mnie nie powalił. Taka sobie średnia rola, mało przekonujący. Wiem, że zagranie głupka to trudna sztuka, ale Isaac średnio jej podołał. Poza tym robienie z Jana głupola też mnie raczej wkurza, także nie akceptowałem samej koncepcji postaci.

Ja tego tak nie odczytałem. Nie zagrał głupka w/g mnie tylko młodego, niedoświadczonego, z kompleksem starszego brata władcę, bez charyzmy, być może niezrównoważonego, który jednak szybko się uczy na czym polega rządzenie.

Jest jeszcze jeden zarzut, który jest grzechem śmiertelnym w tego typu filmach: nie sposób zidentyfikować się, czy może kibicować "na śmierć i życie" głównemu bohaterowi (tak jak to było w Braveheart czy Gladiatorze) i wcale nie chodzi tu o to, że postać nie jest pomnikowa, bo i postać łotrzyka można stworzyć w ten sposób, że widz "będzie drżał" o jego losy.

Napisany przez: Ironside 21/05/2010, 12:44

QUOTE
Mam nadzieję jednak, że nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi tak, że w filmie interesuje mnie tylko nawalanka, bo tak nie jest.

Nic z tych rzeczy smile.gif
QUOTE
Na przykład pierwsza scena walki w Królestwie niebieskim" jest o niebo lepsza od tej, w której zginął prawdziwy Locksley w RH.

Znowu się nie zgadzamy - dla mnie ta leśna zasadzka w "Królestwie..." to było czyste fantasy. W ogóle całe "Królestwo..." uważam za film kiepściutki - z wyjątkiem sceny szarzy Orly'ego na całą armię Saladyna, o czym pisałem w "Momentach filmowych" smile.gif
QUOTE
Nie bardzo rozumiem: twierdzisz, że tej chemii między bohaterami nie ma czy, że jest jej więcej niż napisałem?

No tak, w zasadzie to dość koślawie to napisałem. Wyjaśnię: według mnie chemia jest. Oboje odtwórcy głównych ról są świetnymi aktorami i nie mają najmniejszego problemu z zarysowaniem wątku romansowego przy pomocy bardzo oszczędnych środków wyrazu. I to mi się podoba - wątek miłosny jest, ale oszczędny, nienachalny i niedominujący. Kilka dobrych dialogów, parę spojrzeń i gestów i wszystko jasne. Moim zdaniem mistrzostwo.
QUOTE
Jest jeszcze jeden zarzut, który jest grzechem śmiertelnym w tego typu filmach: nie sposób zidentyfikować się, czy może kibicować "na śmierć i życie" głównemu bohaterowi (tak jak to było w Braveheart czy Gladiatorze) i wcale nie chodzi tu o to, że postać nie jest pomnikowa, bo i postać łotrzyka można stworzyć w ten sposób, że widz "będzie drżał" o jego losy.

A ja tam lubię czasami spojrzeć na opowiadaną historię z dystansem "obiektywnego obserwatora". Nie muszę kibicować bohaterowi, aby film mi się podobał. Film o którym dyskutujemy nosi cechy nie tylko filmu przygodowego, ale również dramatu politycznego - a dla widza politycznego dramatu pozycja "obiektywnego obserwatora" jest najlepsza.

Napisany przez: emigrant 21/05/2010, 13:18

QUOTE(Ironside @ 21/05/2010, 12:44)

W ogóle całe "Królestwo..." uważam za film kiepściutki - z wyjątkiem sceny szarzy Orly'ego na całą armię Saladyna, o czym pisałem w "Momentach filmowych" smile.gif
Zgodzę się co do oceny filmu i szarży Orly'ego. Dodam tylko, że KN, to film zawierający wyjątkowo dużo "amerykanizmów" ( na własny użytek nazywam tak momenty, wątki w amerykańskich produkcjach "historycznych", które są tak nieprawdopodobne z historycznego punktu widzenia, że aż nie do wiary, że ktoś mógł wpaść na wetknięcie ich do filmu. Np. w Gladiatorze przekazanie władzy przez cesarza swojemu dowódcy przy zachowaqniu przy życiu syna w nadziei, że ten machnie na wszystko ręką i nie rozpęta wojny domowej lub w KN scena, w której król prosi kowala o uczestnictwo w wyprawie krzyżowej, a kowal właściwie mówi mu, żeby spadał, czy ucieczka królowej z Orlando Bloomem i ich zaszycie się w kuźni.
W RH jest to motyw podstawienia jakiegoś łucznika (nie szlachcica za barona feudalnego po jego 10-letniej nieobecności.
QUOTE
Wyjaśnię: według mnie chemia jest. Oboje odtwórcy głównych ról są świetnymi aktorami i nie mają najmniejszego problemu z zarysowaniem wątku romansowego przy pomocy bardzo oszczędnych środków wyrazu. I to mi się podoba - wątek miłosny jest, ale oszczędny, nienachalny i niedominujący. Kilka dobrych dialogów, parę spojrzeń i gestów i wszystko jasne. Moim zdaniem mistrzostwo.
Co do oceny gry aktorskiej zgoda. Tyle, że w/g mnie zminimalizowanie tego wątku to błąd w tego typu filmach.

QUOTE
A ja tam lubię czasami spojrzeć na opowiadaną historię z dystansem "obiektywnego obserwatora". Nie muszę kibicować bohaterowi, aby film mi się podobał.
Z tym, muszę przyznać, polemizować nie da rady.
QUOTE
Film o którym dyskutujemy nosi cechy nie tylko filmu przygodowego, ale również dramatu politycznego

No, daj spokój! W każdej fabule, gdzie występuje postać jakiegoś króla (nawet w bajce) można się dopatrzyć polityki.

Dodałbym jeszcze, że zakończenie RH jest otwartą furtką do sequela w jakim zapewne znajdzie się wątek konfliktu RH-szeryf Nottingham. Postać szeryfa została zarysowana w RH bardzo obiecująco przez Matthew Macfaydena (choć będzie miał nielada zadanie, żeby przeskoczyć poprzeczkę ustawioną przez Allana Rickmana ("Odwołuję Boże Narodzenie!!!"). Tu tylko jedna sprawa: w tej części ukatrupiono Ryszarda, a, powtarzam, cały motyw w Robinhoodach, to było oczekiwanie poddanych na powrót sprawiedliwego władcy... Jeśli Lwie Serce nie żyje, to znając Amerykanów, pewnie zakończą drugą część intronizacją RH, albo, jeszcze lepiej: po jego szlachetnej śmierci Marion wybiorą królową i wtedy dopiero będzie sprawiedliwie...

Napisany przez: Eamr 21/05/2010, 13:39

QUOTE(emigrant @ 21/05/2010, 13:18)
Zgodzę się co do oceny filmu i szarży Orly'ego. Dodam tylko, że KN, to film zawierający wyjątkowo dużo "amerykanizmów" ( na własny użytek nazywam tak momenty, wątki w amerykańskich produkcjach "historycznych", które są tak nieprawdopodobne z historycznego punktu widzenia, że aż nie do wiary, że ktoś mógł wpaść na wetknięcie ich do filmu. Np. w Gladiatorze przekazanie władzy przez cesarza swojemu dowódcy przy zachowaqniu przy życiu syna w nadziei, że ten machnie na wszystko ręką i nie rozpęta wojny domowej lub w KN scena, w której król prosi kowala o uczestnictwo w wyprawie krzyżowej, a kowal właściwie mówi mu, żeby spadał, czy ucieczka królowej z Orlando Bloomem i ich zaszycie się w kuźni.
W RH jest to motyw podstawienia jakiegoś łucznika (nie szlachcica za barona feudalnego po jego 10-letniej nieobecności.
*


RH jeszcze przede mną (na razie czuję się zachęcona… smile.gif ), ale bawi mnie nieco równanie KN z Gladiatorem. Poziom bzdury i amerykanizmu w KN przekroczył dopuszczalne normy – wyszłam z kina zniesmaczona. Gladiator balansował czasem na krawędzi bzdury i patosu, ale generalnie jej nie przekroczył. Obsada była znakomita, czego o KN powiedzieć się nie da. Podsumowując – z kina wyszłam zachwycona obejrzaną bają, przymykając oko na kilka głupot i „zbożową sekwencję końcową”… Do tego czasu batalistykę w filmach traktowałam jako zmarnowany czas, a po bitwie z Germańcami to zmieniło się o 180 stopni. A pal sześć jej błędy…

QUOTE(emigrant @ 21/05/2010, 13:18)
Co do oceny gry aktorskiej zgoda. Tyle, że w/g mnie zminimalizowanie tego wątku to błąd w tego typu filmach.
*


Nie sądziłam, że zobaczę taki postulat wniesiony przez faceta biggrin.gif

Napisany przez: emigrant 21/05/2010, 14:25

QUOTE(Eamr @ 21/05/2010, 13:39)

QUOTE(emigrant @ 21/05/2010, 13:18)
Co do oceny gry aktorskiej zgoda. Tyle, że w/g mnie zminimalizowanie tego wątku to błąd w tego typu filmach.
*


Nie sądziłam, że zobaczę taki postulat wniesiony przez faceta biggrin.gif
*



Bo tak naprawdę jesteśmy wrażliwi jak porcelana i bezbronni jak nagietki i łatwo jest nas urazić.
tongue.gif

Wyobraź sobie co by zostało z postaci Bravehearta bez wątku jego miłości do żony, albo z Titanica bez motywu miłości Winslett i DiCaprio...

Napisany przez: Eamr 21/05/2010, 14:42

QUOTE(emigrant @ 21/05/2010, 14:25)
Bo tak naprawdę jesteśmy wrażliwi jak porcelana i bezbronni jak nagietki i łatwo jest nas urazić.
tongue.gif

Wyobraź sobie co by zostało z postaci Bravehearta bez wątku jego miłości do żony, albo z Titanica bez motywu miłości Winslett i DiCaprio...
*


Z Braveheart zostałaby Izabela Francuska, a z Titanica cała reszta – „wątek” w wykonaniu di Caprio był IMO najsłabszą stroną filmu.

[ Emigrant aka Porcelanowy Nagietek biggrin.gif ]

Napisany przez: Eamr 22/05/2010, 19:22

No to RH za mną… Najpierw miód:

1. Widowiskowość ogólna i oraz świetnie zmontowane bitwy i bitewki – szybkość montażu potrafi ładnie ukryć ew. bzdurki, i daje widzowi to poczucie chaosu w podobnych sytuacjach, czyli „nie wiadomo, co skąd leci i nagle mnie zabili…” smile.gif Piękna scena szturmu na bramę pod Chalus. I scena na Tamizie – ooooooo!

2. Scenografia i kostiumy – oczywiście z zastrzeżeniami militarnymi wyłapanymi przez Przedpiśców…

3. Szalejący pod murami Chalus Ryszard Lwie Serce – może naprawdę coś tak bezmyślnie odważnego było w człowieku, którego nie widać zza jego legendy. Swoją drogą kino wyczynia z Rysiem co chce – dość wspomnieć niniejszgo i tego z Lwa w zimie…

4. Scena z ostrygą, sceny opieprzania Jana przez Eleonorę… smile.gif

5. Angielskie krajobrazy, a w nich zwykły wiejski duchowny i jego mały, skromny kościółek. Kolejna dobra robota. Sekwencja przemarszu armii pomiędzy zielonymi wzgórzami – oooooooooooo!

6. Lady Marion nie jako średniowieczna malowana lala, a jako zagrożona pozbawieniem majątku wdowa – przejrzyście pokazana bardzo trudna sytuacja, która dla osoby o podobnej pozycji naprawdę mogła mieć miejsce. Widz dostaje dokładny komunikat, dlaczego tak jest i jest on zgodny z realiami. Bardzo dobra robota. Cate Blanchett w ogóle jako lady Marion – nawet gdyby napisano dla niej rolę polegającą na graniu przez pół filmu kariatydy, Australijka potrafiłaby zrobić z tego dzieło. Coraz bardziej jestem przekonana, że z tą panią jest jak winem – i nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, co będzie jeśli ktoś napisze dla niej naprawdę wielką rolę… smile.gif

7. Wspomniana przez Przedpiśców subtelność wątku damsko-męskiego.

Ale dość tej słodyczy…

1. Co u licha dzieje się ze Ridleyem Scottem? Czyżby człowiek, który nakręcił Obcego czy Łowcę androidów nie nadawał się jednak dla kina kostiumowego? 1492 zdaje się przeczyć – w kilku miejscach się dłuży, i „kudy” mu do takiej Misji, ale dawał radę. Scott zdołał też kiedyś poprawić bzdurowaty tekst do Gladiatora – wielkie kino z tego może nie wyszło, ale film dostał skrzydeł. A tu kichy porównywalnej z Królestwem Niebieskim reżyser uniknął tylko dlatego, że miał Blanchett, Crowe'a i von Sydow'a na pierwszym planie, oraz przewrotny scenariusz. Czegoś brakuje: ani przez moment nie bałam się o Marion i Robina, cały ten konflikt wydawał się być jakoś obok, mimo że główni bohaterowie byli w jego ścisłym centrum.

2. Konflikt francusko-angielski w wersji językowej – nie wiem naprawdę, czemu miał służyć. Należało zwyczajnie zagrać cały film po angielsku, a konflikt pokazać jako starcie możnych o władzę, a w tym małe żuczki w rodzaju Marion i Robina zagrożone przetaczającym się walcem. Szkoda gadać…

3. Zmarnowana Eleonora Akwitańska – wprowadzić do scenariusza jedną z najsłynniejszych europejskich królowych i rozmienić na tak drobne… Wygląda na to że w kinie kostiumowym Katarzyna Medycejska u Chereau to był cud, który może się nie powtórzyć…

4. Sam Robin jakoś mnie nie zachwycił – ale niech mnie drzwi ścisną, jeśli wiem dlaczego. Świetny aktor, rola raczej dobrze napisana i coś nie fruwa…

5. Wątek Magna Charta pominę milczeniem – prawie. Wolność, równość tudzież braterstwo w XIII w. made in Hollywood to za dużo jak na moje nerwy…

6. Król Jan – nie jestem zbyt mocna z angielskiej historii, ale czy ten król nie zgrzeszył przede wszystkim tym, że wybrał bardzo niepopularną metodę sprzątania po swoim „wielkim bracie” – uznał, że potrzebuje do tego więcej złota? Jeśli tak, to RH pospolicie wpisuje się w konserwację stereotypu złego króla Jana… A przecież – o ile mam rację – to wątek króla, który musi sprzątać burdel po swoim lekkomyślnym braciszku, który zamiast siedzieć w domu i robić Anglii dobrze, szwendał się po zagranicznych imprezach, byłby kolejnym elementem ciekawie zaskakującym. A że Janowi średnio to wychodziło, to inna sprawa.

7. Z powyższych uwag wynika generalny zarzut wobec scenariusza – wygląda na to, że autor nie mógł się zdecydować, na ile jego dzieło ma mieć potencjał złośliwie komediowy czy wywrotnie demaskatorski. Albo scenarzysta nie wiedział czego chciał, albo Scott nie mógł się zdecydować, co właściwie kręci. A może miał scenariusz zbyt inteligentny, a celowo działał pod niższe gusta, klecąc zwykłą przygodówkę?

Jeśli tak, to dokonał rzeczy wyjątkowej – z filmu z Blanchett / Crowe / von Sydow'em, opartym na jednej z nieśmietelnych legend Europy i zapleczem technicznym Hollywood widz wychodzi jak z McDonalda.

Więc będę złośliwa i powiem, że naprawdę trzeba było to tego Ridleya Scotta…

Napisany przez: kundel1 22/05/2010, 20:47

Dziękuję wszystkim piszącym za ostrzeżenie. Ten film sobie daruję.

Napisany przez: Eamr 22/05/2010, 21:31

QUOTE(kundel1 @ 22/05/2010, 20:47)
Dziękuję wszystkim piszącym za ostrzeżenie. Ten film sobie daruję.
*


Eeeee, nie jest tak źle. Dla samej pani Blanchett i obrazków warto… smile.gif

Napisany przez: Ironside 24/05/2010, 11:12

QUOTE(Eamr)
5. Wątek Magna Charta pominę milczeniem – prawie. Wolność, równość tudzież braterstwo w XIII w. made in Hollywood to za dużo jak na moje nerwy…

Oooo, sporo przesadzasz. Jak na holiłódzki film było tego naprawdę bardzo niewiele i bardzo oszczędnie. Przemowa Robina na spotkaniu baronów z królem praktycznie nie wychodziła poza postulaty, które rzeczywiście znalazły się w karcie! Było to po prostu powiedziane tak, aby durny widz z XXI wieku zrozumiał. Żadnej równości i demokracji jednak tam nie było. Byłem naprawdę bardzo mile zaskoczony tym, jak poprowadzono ten wątek.

Napisany przez: Eamr 24/05/2010, 11:35

Ja dostaję wysypki, gdy w filmie z akcją sprzed Rewolucji Francuskiej lecą takie teksty – „wszyscy równi… etc”. Cechą chrakterystyczną dla czasów wcześniejszych było „bycie godnym reprezentantem swojego stanu”.

Ale jest możliwe, że mój problem z tym wątkiem rzeczywiście polega na doborze wyrażeń, które były w moim odbiorze amerykańsko-patetyczne.



Napisany przez: Ironside 24/05/2010, 11:47

Całkowicie rozumiem, że można dostawać wysypki. Nie zapominajmy jednak, że to jest film przeznaczony dla masowej widowni. Jeżeli na wspomnianym wiecu mówcy mieliby używać języka adekwatnego do realiów epoki, 99% widowni nic by z tego nie zrozumiało. Dlatego pewne "uwspółcześnienie" jest tu nieodzowne. I moim zdaniem w tym filmie i tak było tego BARDZO NIEWIELE w porównaniu z innymi holiłódzkimi produkcjami. W Królestwie Niebieskim gadano o humanistycznej tolerancji religijnej. W jakimś tam nowym Spartakusie słyszałem o równych prawach dla kobiet i powszechnej demokracji i wolności. Jak wspominam stary klasyk 300 Spartan, to widzę szlachetnych obrońców wolności i demokracji, bez których nie byłoby Stanów Zjednoczonych rolleyes.gif Na tym tle Robin Hood jest naprawdę całkowicie zjadliwy. Jak już wspomniałem, przemowa Robina praktycznie nie wychodzi poza zakres rzeczywistych postulatów Wielkiej Karty; zostały one jedynie podane w języku zrozumiałym dla współczesnego widza - a i tu nie było przesady.

Napisany przez: Eamr 24/05/2010, 11:52

Nie chodzi o język archaizowany na XII/XIII w., ale o pewne wyczucie, którego tu moim zdaniem zabrakło. No, ale to jest moje marudzenie z serii 4 znakomite nazwiska, a zachwytu brak…

Napisany przez: Ironside 24/05/2010, 12:03

No ale nie odnosisz się cały czas do powoływanego przeze mnie KONTEKSTU. Tym kontekstem są inne holiłódzkie produkcje kostiumowe. Robin Hood to jest właśnie film w tym a nie innym gatunku. I na tle innych przedstawicieli tego gatunku jest tu wyczucia od groma.

Napisany przez: Eamr 24/05/2010, 12:10

Nie, no jasne… Porównawczo daje radę. Chociaż już w Gladiatorze mnie mniej raziła amerykańskość niż w RH. Ale psiakość, tak łatwo można było lepiej… smile.gif To nie kwestia ujęć, stylu aktora, tylko napisania inaczej kilku zdań…

Napisany przez: Gajusz Juliusz Cezar 24/05/2010, 12:15

QUOTE(emigrant @ 21/05/2010, 14:18)
Dodałbym jeszcze, że zakończenie RH jest otwartą furtką do sequela w jakim zapewne znajdzie się wątek konfliktu RH-szeryf Nottingham. Postać szeryfa została zarysowana w RH bardzo obiecująco przez Matthew Macfaydena (choć będzie miał nielada zadanie, żeby przeskoczyć poprzeczkę ustawioną przez Allana Rickmana ("Odwołuję Boże Narodzenie!!!"). Tu tylko jedna sprawa: w tej części ukatrupiono Ryszarda, a, powtarzam, cały motyw w Robinhoodach, to było oczekiwanie poddanych na powrót sprawiedliwego władcy... Jeśli Lwie Serce nie żyje, to znając Amerykanów, pewnie zakończą drugą część intronizacją RH, albo, jeszcze lepiej: po jego szlachetnej śmierci Marion wybiorą królową i wtedy dopiero będzie sprawiedliwie...
*

Nie, sequel zakończy się podpisaniem Wielkiej Karty i może śmiercią Jana bez Ziemi, co w rzeczywistości miało miejsce kilkanaście lat później niż akcja RH. wink.gif

Napisany przez: lanciarius 24/05/2010, 14:48

Ogólnie zgadzam się z opinią Eamr, że tak właściwie to nie widać, co mianowicie Ridley Scott chciał nakręcić.

Wybrałem się do kina bez jakichś wielkich oczekiwań i spodziewałem się prostego filmu o zabijaniu w „klimacie” (jeśli nawet nie realiach) średniowiecza. Ot, trochę krwi i flaków a dla równowagi estetycznej - Cate Blanchett.

Film do pewnego momentu ogląda się w miarę przyjemnie, oczywiście pod warunkiem przymknięcia oka na pseudo-historyczne niedorzeczności w rodzaju chłopów bez trudu dogadujących się po angielsku z herbowymi („różni nas tylko strój…” argh) czy kostiumowych koszmarków w rodzaju hełmu sir Loxleya. Bo zapowiada się całkiem fajnie – przygody bandy ex-żołdaków bez czci, wiary, krzty przyzwoitości i grosza przy duszy (ale od czegóż łuki, topory i bezbronni wędrowcy na gościńcach?). Słowem recepta na przyjemny film najemniczo-bandycko-napadalsko-strzelacki. Niestety – "amerikan hiroł" musi być… Tak jakby Scott wykombinował dobry patent na film, już już zaczął go kręcić i nagle wpadł na pomysł by jednak było jak Hollywood przykazał. Dostajemy więc z grubej rury – ględzenie o wolności; ględzenie o „angielskości”; flashbacki z ojcem-murarzem-męczennikiem; kobiety i dzieci zarzynające tęgich wojaków itd. Da się to strawić? Pewnie, bywało gorzej. Może robię się za stary na takie filmy. Tyle tylko, że Scott mógł bez problemu i z pożytkiem dla filmu zrobić coś nieco bardziej cynicznego i mniej łopatologicznego.

Chwilami można było odnieść wrażenie oglądania fragmentów innych filmów: plaża Omaha, sektor Pies 1 i ogólnie klimat „Szeregowcowo-Ryanowy” w scenie desantu czy też skądinąd jakże sympatyczne nawiązanie do „Idź i patrz” w postaci wizyty wesołków z kontynentu w wiosce – czyli populacja do stodoły, chrust narychtowany, populacja lokalna z dymem a my bawimy się do białego rana (Szlag – cały ten film mógł być taki...) Niestety zły Kossacz z lasu… tfu - Robin Longstride et consortes położyli przedwczesny kres uciechom. No i widowiskowe podanie miecza stanowiące chyba ukłon Scotta w stronę samego siebie i identycznej sceny w "Gladiatorze". Powszechne zjednoczenie wobec inwazji Złego takie, że tylko patrzeć przybycia z odsieczą gromady entów, oburzonych brakiem poszanowania Francuzów dla angielskiej przyrody (palą drewno psiekrwie na plaży, żeby flota inwazyjna przypadkiem nie wyrżnęła w Irlandię).

W kategorii najgorsze sceny/wątki/postacie:
- ojciec Robina - murarz, wizjoner, filozof-stoik, mezozoik i nocny stolik w jednym. Największy absurd w filmie.
- Wielka Misja Robina
- grupa odzianych w worki po zbożu dzieciaków zmiatających w szarży na kucykach francuskich zbrojnych
- wątek dzieciaków w ogóle
- Filip August kierujący desantem na plażę Omaha, wypowiadający tonem człowieka z manią prześladowczą: „My tu jeszcze wrócimy” – brakowało tylko przebitki na złego, korsykańskiego kurdupla, który kilka wieków później również śmiał rozważać inwazję na Bogu ducha winnych herbaciarzy…
- England, England uber alles...
- szeryf jako całokształt

W kategorii najlepsze sceny/wątki/postacie:
- Cate Blanchett we wszystkich ujęciach oprócz tych w zbroi
A żeby nie było, że się głównie czepiam, to również:
- ostrzał łuczników
- szturm na zamek na początku filmu
- początek filmu w ogóle

Jasne, można usiąść na te dwie godziny, wyłączyć mózg i pochłaniać miłe oku obrazki. Wszystko zależy od tolernacji oglądającego na kalki fabularne i standardowe w tego typu produkcjach zagrywki. Szkoda, bo mogło być dużo lepiej, a wyszło jakoś tak podejrzanie podobnie jak zwykle. Robin Hood tylko trochę mniej posągowy.

W następnej części: Robin Hood i tow. Trocki tworzą prawdziwy komunizm w lesie Sherwood smile.gif

Napisany przez: Ironside 24/05/2010, 15:07

QUOTE(lanciarius)
Może robie się za stary na takie filmy.

Che che, a ja mam dokładnie odwrotnie wink.gif Im więcej mam latek, tym mniej zwracam uwagi na różne bzdurki w kinie kostiumowym. Wszystkie wymienione przez Was wady tego filmu oczywiście widzę, ale jakoś nie przeszkadzały mi w niezłej zabawie.

Napisany przez: Gajusz Juliusz Cezar 24/05/2010, 15:23

QUOTE(lanciarius @ 24/05/2010, 15:48)
W kategorii najgorsze sceny/wątki/postacie:
- ojciec Robina - murarz, wizjoner, filozof-stoik, mezozoik i nocny stolik w jednym. Największy absurd w filmie.
- Wielka Misja Robina
- grupa odzianych w worki po zbożu dzieciaków zmiatających w szarży na kucykach francuskich zbrojnych
- wątek dzieciaków w ogóle
- Filip August kierujący desantem na plażę Omaha, wypowiadający tonem człowieka z manią prześladowczą: „My tu jeszcze wrócimy” – brakowało tylko przebitki na złego, korsykańskiego kurdupla, który kilka wieków później również śmiał rozważać inwazję na Bogu ducha winnych herbaciarzy…
- England, England uber alles...
- szeryf jako całokształt

W kategorii najlepsze sceny/wątki/postacie:
- Cate Blanchett we wszystkich ujęciach oprócz tych w zbroi
A żeby nie było, że się głównie czepiam, to również:
- ostrzał łuczników
- szturm na zamek na początku filmu
- początek filmu w ogóle

Zgadzam się z tym wszystkim, nawet z szeryfem (jego watek był ciekawie ujęty, ale został sprowadzony do zapchaj dziury);


Napisany przez: Darth Stalin 27/05/2010, 0:06

QUOTE("lanciarius")
- ojciec Robina - murarz, wizjoner, filozof-stoik, mezozoik i nocny stolik w jednym.

Przypominają mi się krótkie opisy kolejnych tomów przygód Conana Barbarzyńcy w dawno zmarłym magazynie "Fenix" - Conan Pirat, Bukanier, Korsarz, Najemnik, Pojemnik, Kunktator, Terminator... biggrin.gif

QUOTE
Filip August kierujący desantem na plażę Omaha, wypowiadający tonem człowieka z manią prześladowczą: „My tu jeszcze wrócimy” – brakowało tylko przebitki na złego, korsykańskiego kurdupla, który kilka wieków później również śmiał rozważać inwazję na Bogu ducha winnych herbaciarzy…

Oj nie! Ja już myślałem, że zamiast Filipa zobaczę kolesia w ciemnych okularach, z kwadratową szczęką i austriackim akcentem... tongue.gif

Napisany przez: Puchciński 27/05/2010, 7:46

W końcu obejrzałem to i mogę się wypowiedzieć:

Bardzo dobrze wydana kasa i spędzony czas. Odejście od klasycznej fabuły Robin Hoodów miało ten pozytywny efekt, że aż do momentu, w którym Jan obiecuje podpisać Bill of Rights, nie wiedziałem jak się potoczy akcja - dzięki czemu łatwiej było mi się wciągnąć.

Motyw oblężenia zamku był doskonały - jedna z najfajniejszych scen (wątków) batalistycznych (czy quasi-batalistycznych) jakie w ogóle widziałem w kinie.

Niedociągnięcia, bzdury i bzdurki możnaby wymieniać i wymieniać. Jedyną, na którą naprawdę opadły mi ręce, była gówniarska kawaleria na psach. Na barki byłem przygotowany, więc mnie tylko trochę rozbawiły, podobnie jak zbroja Robina. Zakłamania historyczne (w tym ojca wizjonera i angielski patriotyzm) jakoś przełknąłem. Dużo bardziej przeszkadzał mi amerykański akcent jednego z kompanów głównego bohatera.

Ostatecznie - jak ktoś lubi pooglądać miecze, zbroje, łuki i konie, to najgoręcej polecam.

Napisany przez: Krzysztof M. 27/05/2010, 8:20

A ja krótko: kompletnie mi się nie podobał (poza kilkoma motywami).

Gdzie jest "mój" stary Ridley Scott??? Czy już do emerytury będzie się rozmieniał na drobne?

Napisany przez: Kakofonix 28/05/2010, 9:17

QUOTE(Eamr @ 24/05/2010, 11:35)
Ja dostaję wysypki, gdy w filmie z akcją sprzed Rewolucji Francuskiej lecą takie teksty – „wszyscy równi… etc”. Cechą chrakterystyczną dla czasów wcześniejszych było „bycie godnym reprezentantem swojego stanu”.



Hej,
wbrew pozorom takim element myśli demokratycznej jest stale obecny w rzeczywistości feudalnej. Z tym, że chodziło o równość w ramach stanu, a nie dla wszystkich. Jeżeli baron postuluje równość ludzi, to chodzi mu z pewnością o równość baronów, albo co najwyżej rycerstwa. Postulat równości szlachty jest np. stale obecny w polskim, przedrozbiorowym dyskursie politycznym.

Dodajmy, że nawet Jerzemu Waszyngtonowi nie śniła się równość wszystkich ludzi (w szczególności jego niewolników), a na powszechne zrównanie praw kobiet i mężczyzn Szwajcaria zdobyła się dopiero w latach 1971-1990r.
Pozdrawiam, Andrzej





Napisany przez: emigrant 28/05/2010, 11:22

W/g mnie motyw Cate Blanchett machającej mieczem na plaży zrównał ten film z "Powrotem króla". Czyste fantazy. Sami Anglicy by ją wysiudali stamtąd, żeby nie poszedł wstyd po Europie, że kobiety muszą bronić ich kraju.

Napisany przez: Najaa 28/05/2010, 21:42

Ja też bym wolała film o wesołej kompanii najemników zmuszonych do łupienia podróżnych, z powodu braku zajęci i wspomagających miejscowych chłopów chyba tylko po przez zbrzuchacenie niektórych panien przez ślubem.

PS. Przemowy o równości i wolności juz prędzej pasują do 300

Napisany przez: silent_hunter 29/05/2010, 21:33

Ehhh…Podobnie jak Krzysztof M. nie jestem zachwycony ostatnim wytworem Scotta. Gdyby to był film np. Emericha, nie byłoby sprawy a tu Ridley przkroczył dopuszczalną jak dla takiej klasy twórcy granicę przegięc. Błędy kostiumologii, uzbrojenia można wybaczyc jeśli tylko wątek rozwija się ciekawie. Niuans taki jak akcent albo szklane kubki na statku czy sowa używana do łowów to trzeciorzędne detale, które można jakos przeżyc ale to co zrobił Ridley w końcówce filmu to już naprawdę był poważny kinematograficzny przekret. Do pewnego momentu filmu nawet “dobrze żarło”, ale w drugiej połowie filmu "zdechło", epidemia poronionych pomysłów dobijała. Plażowe sceny “Saving private Cate Blanchett” już stały się “legendarne” rolleyes.gif , na plaży co prawda zabrakło Toma Hanksa…ale za to pojawiła się scena ze "zgniataczem" jak z “Gwiednych wojen” . Piorunujące “wrażenie” na mnie zrobił tragikomiczny wjazd Marion z przedszkolem prawie-“Navich”… na kucykach … Come on Ridley. Rozumiem te ciągoty do motywu super-zaradnej i mocnej Thelma&Loiuse&Ripley w jednym ale bez przesady, można było spokojnie zostawic romantyczny wątek Marion bez obciązania jej machaniem mieczem a leśny kibuc jako puenta filmu wystarczyłby. biggrin.gif Jesli już Ridley odważył się na ekologiczne barki desantowe Higginsa to sequel może spokojnie zlokalizowac w lasach Pandory i koniecznie w 3D... i z antykorporacyjnym przesłaniem. wink.gif sie rozumie.

Napisany przez: Gajusz Mariusz TW 15/04/2019, 21:13

Złota łopata zdobyta wink.gif

QUOTE(silent_hunter @ 29/05/2010, 22:33)
Ehhh…Podobnie jak Krzysztof M. nie jestem zachwycony ostatnim wytworem Scotta.


Mnie także słabo się podobał, ale najnowsza produkcja z tym tytułem

https://www.youtube.com/watch?v=NXfjRgc8Dls

jest po prostu tak rażąca brakiem logiki, absurdalnością scen, kiepsko zagraną (o zachowaniu praw fizyki nawet nie wspomnę) i z tyloma topornymi nawiązaniami do czasów współczesnych a poziom głupoty został na tyle przekroczony, że... warto obejrzeć to jako przykład niezamierzonej komedii. Tylko dla odważnych, lecz zapewniam, że dobrze się ubawicie w ramach odmóżdżenia. Straszą nas kontynuacją, lecz mam nadzieję, że film nie zarobił na siebie i sobie odpuszczą.

Napisany przez: Napoleon7 16/04/2019, 13:29

Z ciekawości zerknąłem na trailer i rzeczywiście, wygląda to kuriozalnie.
Obawiam się jednak, że wielu może się to spodobać. "Odmóżdżanie" jest na fali i cieszy się sporym powodzeniem. Więc szansa na cd. niestety może być.


© Historycy.org - historia to nasza pasja (http://www.historycy.org)