Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
8 Strony « < 6 7 8 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Polacy kolaborujący z Niemcami, Kraj bez Quislinga ?
     
Fuser
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.526
Nr użytkownika: 15.418

 
 
post 2/09/2018, 9:29 Quote Post

Artykuł o aktorze Andrzeju Szalawskim: "Swój krzyż nosił na barkach przez większą część życia"


"Swój krzyż nosił na barkach przez większą część życia". Historia Andrzeja Szalawskiego

Lektor okupacyjnych niemieckich kronik i niezapomniany Jurand ze Spychowa z "Krzyżaków" Aleksandra Forda. Świetny aktor, któremu życie w większym stopniu niż wojna złamał ostracyzm ze strony kolegów po fachu. Andrzej Szalawski to jedna z najbardziej tragicznych postaci w historii polskiego kina.

Kiedy w kwietniu 1943 roku na ekranach kin w okupowanej Polsce pojawiły się makabryczne obrazy z Katynia, lektor oznajmił, że zamordowani oficerowie padli ofiarą żydowsko-bolszewickiej zbrodni. Głos należał do aktora Andrzeja Szalawskiego, który niewiele brakowało, a sam znalazłby się wśród zabitych. Gdy w październiku 1939 roku Sowieci ogłosili obowiązkową rejestrację oficerów - ponoć miała ona im zapewnić możliwość swobodnego podróżowania za granicę i wolność osobistą - 28-letni podporucznik Szalawski, przebywający wówczas we Lwowie, wyczuł podstęp i postanowił się nie rejestrować. Dzięki takiej decyzji uniknął wywózki do Katynia i rozstrzelania. Okazało się, że choć będzie mu dane wojnę przetrwać, z jej konsekwencjami będzie musiał się zmagać do końca życia.

Walka o przetrwanie
Jak wspominali znajomi i rodzina, Andrzej Szalawski (właściwie Pluciński - bo pod tym nazwiskiem przyszedł na świat 4 grudnia 1911 roku w Warszawie) od zawsze pragnął być aktorem i konsekwentnie dążył do realizacji marzenia. Kiedy w 1936 roku ukończył Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej, trafił na deski teatru w Poznaniu, a następnie we Lwowie. Szybko doceniono jego talent, który w połączeniu z atrakcyjną prezencją - był postawny i przystojny - sprawiał, że nie narzekał na brak ról. W dodatku miał świetny, miły dla ucha, aksamitny głos, a śpiewu uczył się u samej Ady Sari, gwiazdy operowej. Jego kariera bardzo dobrze się zapowiadała. W 1937 roku wystąpił na przykład w ekranizacji powieści Poli Gojawiczyńskiej "Dziewczęta z Nowolipek" - wcielił się w rolę działacza politycznego, Ignasia. A potem wybuchła wojna.
Szalawski został zmobilizowany jako podporucznik rezerwy i wcielony do 26 Pułku Piechoty. Brał udział w obronie Lwowa, dopóki miasta nie zajęła Armia Czerwona. To wtedy, ignorując nakaz rejestracji oficerów, uniknął wywózki do Katynia. Kiedy NKWD zaczęło ze Lwowa wywozić na wschód również cywilów, Szalawski w obawie, że na jaw wyjdzie zatajona przez niego żołnierska tożsamość, postanowił poszukać schronienia w zespole Aleksandra Węgierki w Teatrze Polskim Białorusi Zachodniej. Węgierko organizował polski teatr na terenach okupowanych przez Sowietów, w 1940 roku ekipa osiadła w Grodnie. Sowieci uważali aktorów za skuteczne narzędzia w szerzeniu propagandy, dlatego przedstawiciele tego zawodu początkowo mogli czuć się w miarę bezpiecznie na ziemiach przez nich kontrolowanych. Ale po roku Teatr Polski Białorusi Zachodniej w Grodnie został uznany za "gniazdo kontrrewolucji". Aktor wraz z żoną, Stefanią Gintel-Domańską, musiał ratować się ucieczką. Para została jednak złapana przez Sowietów i prawdopodobnie obydwoje zostaliby rozstrzelani, gdyby jeden z żołnierzy nie rozpoznał w Szalawskim postaci ze sztuki, którą widział na scenie - w ten sposób rola rosyjskiego marynarza i komunistycznego bohatera uratowała aktorowi i jego żonie życie.

Druga strona medalu była jednak taka, że kiedy w 1941 roku Szalawski przybył do Warszawy, ciągnęła się za nim niechlubna sława aktora komunistycznego teatru. Nikt nie chciał go zatrudnić. Znaleźli się nawet tacy, którzy zaczęli rozpowszechniać plotki, że Szalawski kolaboruje z Sowietami i na nic zdały się jego tłumaczenia, że to właśnie przed nimi uciekł. Głodny, w podartym ubraniu i bez dachu nad głową, aktor poprosił wreszcie o wsparcie jedną z niewielu warszawskich przyjaciółek, która była sekretarką w biurze Deutsche Wochenschau, propagandowej niemieckiej kroniki filmowej, wyświetlanej w kinach przed seansami. Kobieta pomogła Szalawskiemu dostać pracę polskiego lektora kroniki, ale uprzedziła jednocześnie, że jest wakat, bo nikt z kolegów po fachu nie chce przykładać ręki do niemieckiej propagandy. Aktor miał odpowiedzieć, że jest pod ścianą - nie tylko głodował, ale nie mając ausweisu, czyli zaświadczenia o zatrudnieniu, ryzykował w najlepszym razie wywiezienie na roboty do Niemiec. Ofertę przyjął. Jego głos popłynął też z ulicznych "szczekaczek" - mówił o wojennych sukcesach Niemców, wyczytywał nazwiska Polaków skazanych przez okupanta na śmierć.

Dzięki pracy w Deutsche Wochenschau Szalawski miał dokumenty niezbędne, żeby czuć się bezpiecznie, świetnie też zarabiał. Ale jeśli po powrocie do Warszawy czuł ze strony kolegów z branży niechęć, teraz była to już wrogość. Stanowisko działającego nielegalnie w okupowanej Warszawie Związku Artystów Scen Polskich jednoznacznie określało, że aktorom nie wolno grać w jawnych teatrach, czyli tych współpracujących z okupantem, występować w niemieckich filmach czy właśnie pracować dla propagandy jako spiker. Karą za niezastosowanie się do zakazu był w najlepszym wypadku ostracyzm środowska - spotkał on m.in. Adolfa Dymszę, który za występowanie podczas wojny w jawnych teatrach płacił długo po wojnie. W najbardziej jaskrawych przypadkach wydawano wyroki śmierci - taki los spotkał na przykład aktora Igo Syma, konfidenta gestapo, który m.in. pomógł Niemcom schwytać Hankę Ordonównę.
Podziemie wydawało obywatelom instrukcje, by nie odwiedzali współpracujących z okupantem teatrów i nie chodzili do kin, w których przed każdym filmem wyświetlano propagandowe kroniki. Jednak wycieńczeni okrucieństwami wojny ludzie potrzebowali rozrywki, więc ani plakaty głoszące, że "tylko świnie siedzą w kinie", ani dywersyjne akcje, takie jak wrzucanie do sal kinowych puszek z gazem łzawiącym, nie odnosiły oczekiwanego efektu. A skoro byli tacy, którzy chcieli chodzić na filmy i sztuki, znaleźli się i tacy, którzy chcieli w nich grać. Wielu jednak uważało taki rodzaj pracy za hańbę i woleli pracować jako kelnerzy, a nawet przymierać głodem. To oni najzacieklej oskarżali po wojnie Szalawskiego, który dzięki posadzie lektora mógł sobie pozwolić na dostatnie życie. Ponoć przechadzał się po Warszawie w pięknie uszytym, obitym futrem płaszczu, wypastowanych butach i zawadiacko przekrzywionym kapeluszu. Ci, którzy wcześniej odprawiali szukającego pracy Szalawskiego z kwitkiem, jednoznacznie go oceniali. A i Szalawski nie robił nic, żeby zaskarbić sobie sympatię kolegów - być może wyczuwając niechęć, nie szukał ich towarzystwa, a jego posągowa wręcz uroda sprawiała, że był odbierany jako człowiek wyniosły. Nie dość, że był lektorem w niemieckiej kronice, to skorzystał z pierwszej okazji powrotu do zawodu aktora - w czasie okupacji występował w przedstawieniach w jawnych teatrach, takich jak Komedia, Miniatura, Jar i Maska. Ponoć reżyser Leon Schiller, kiedy się o tym dowiedział, zaproponował aktorowi zapomogę w zamian za odrzucenie tych angaży i rezygnację z pracy w kronice, jednak Szalawski odmówił. Przystał za to na inną propozycję, którą otrzymał - członkostwa w Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej.
Już w październiku 1941 roku został zaprzysiężony jako członek ZWZ o pseudonimie Florian. Praca w Deutsche Wochenschau okazała się świetną przykrywką dla działalności konspiracyjnej - aktor miał dostęp do ważnych dla podziemia informacji. Dostarczył m.in. zdjęcia z masowego mordu jeńców w Palmirach, z obozów niemieckich czy z profanacji kościołów. Znał też zamiary niemieckiej propagandy oraz inwigilował podejrzane osoby ze świata teatru. Odegrał również istotną rolę w rozpracowaniu agenta Gestapo Józefa Sztaszauera vel Józefa Daldera, prowadzącego kawiarnię Za Kotarą konfidenta, który przyczynił się do aresztowania wielu członków polskiego podziemia.
Dla środowiska i części polskiego podziemia Szalawski pozostał jednak kolaborantem. Obawiając się, że podzieli los Igo Syma, po dwóch latach pracy jako lektor postanowił zrezygnować. Dyrekcja kroniki początkowo nie chciała go zwolnić, ale uległa w obliczu argumentu, że podziemie grozi aktorowi śmiercią. Wciąż jednak luźno współpracował z AK. Grać w teatrach również nie przestał i w 1944 roku wyrokiem Tajnej Rady Teatralnej został skazany na ogolenie głowy. Chcąc zachować resztki godności, aktor wykonał wyrok sam. Prawdziwa tragedia Szalawskiego zaczęła się jednak po wojnie.

Polowanie na czarownice
Jeszcze w 1944 roku reżyser Bogdan Korzeniowski, współzałożyciel Tajnej Rady Teatralnej - to z jej ramienia wnosił przeciw kolaborantom pozwy do Tajnego Sądu Rzeczpospolitej - nazwał Szalawskiego kolaborantem. Co prawda w obliczu Powstania Warszawskiego o jego sprawie zapomniano, jednak powróciła, gdy nastał pokój. Znalazło się bardzo wielu chętnych, by zeznawać przeciw temu, który dostatnio żył, podczas gdy oni z trudem wiązali koniec z końcem. Ci, którzy mówili o zasługach aktora na rzecz AK, byli w zdecydowanej mniejszości.
Szalawski, podobnie jak kolega po fachu Adolf Dymsza, nie przeszedł weryfikacji i dostał zakaz gry w teatrach i nakaz pracy w Jeleniej Górze, gdzie pełnił funkcję szofera, inspicjenta, rekwizytora czy intendenta w spółdzielni spożywców. Po dwóch latach uznano, że Szalawski odpracował swoją "winę". Znajoma aktora, Wanda Telakowska - naczelniczka wydziału w Ministerstwie Kultury i Sztuki - wspominała, że bardzo się zmienił. Cierpiał na depresję, był cieniem dawnego siebie, roztrzęsiony, jak mantrę powtarzał, że został ukarany i grać mu nie wolno. Zaczął jednak występować na deskach łódzkiego Teatru Wojska Polskiego, ale wkrótce funkcjonariusze UB aresztowali go dosłownie na scenie i postawili mu zarzut "wzięcia udział w nagraniu bliżej nieustalonej ilości niemieckich filmów zmierzających do osłabienia ducha oporu Polaków wobec okupanta, przez co działał na szkodę Narodu Polskiego". Na szkodę Szalawskiego świadczył nie kto inny, jak zaciekły wróg z czasów okupacji - Bogdan Korzeniowski. Reżyser podważał zasługi aktora dla konspiracji i żądał jak najwyższego wyroku. Dzięki zeznaniom świadków, którzy podkreślali, że Szalawski nie występował w niemieckich sztukach propagandowych i że "entuzjastycznie odnosił się do teatru radzieckiego", ostatecznie skazano go "jedynie" na cztery lata więzienia i konfiskatę mienia. Szalawskiemu lata, które zamiast na scenie miał spędzić w celi, prawdopodobnie wydawały się wiecznością. Ale w podobnych sprawach zapadały też wyroki skazujące na dożywocie czy nawet karę śmierci. Aktor miał więc szczęście - nie urządzono mu pokazowego procesu.

Okaleczony Jurand
Pomimo błagalnych listów matki aktora, Idy Plucińskiej, towarzysz Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Szalawski spędził w więzieniu trzy lata. W 1952 roku zaczął grać w filmach, ale nie proponowano mu głównych ról. Wcielił się m.in. w postaci Bucholca w "Ziemi Obiecanej" czy sędziego w "Znachorze". Ale widzowie zapamiętali go najbardziej jako Juranda ze Spychowa ze słynnej ekranizacji "Krzyżaków" z 1960 roku w reżyserii Aleksandra Forda. W roli okaleczonego mężczyzny odnalazł się świetnie - uważał, że w prawdziwym życiu również został okaleczony.
Byli i tacy, którzy wierzyli w niewinność aktora i chcieli mu pomóc. Pojawił się nawet pomysł nakręcenia o Szalawskim filmu - do realizacji obrazu zatytułowanego "Lektor", opartego na jego wojennych losach, przymierzał się Jerzy Passendorfer. Szalawski miał zagrać samego siebie, towarzyszyć miały mu ówczesne gwiazdy. Scenariusz nie zyskał jednak pozytywnej opinii cenzury, bo gloryfikacja AK nie była wówczas - delikatnie mówiąc - mile widziana. Projekt, który mógł przysłużyć się rehabilitacji Szalawskiego, ostatecznie nie został zrealizowany.
Po wyjściu z więzienia Szalawski grał m.in. w Teatrze Narodowym w Warszawie. Na zdjęciu fragmenty przedstawienia 'Henryk VI na łowach' z 1958 r. (fot. NAC)
Stało się jednak coś innego: w listopadzie 1966 roku Sąd Wojewódzki dla Miasta Stołecznego Warszawy zarządził zatarcie wyroku, który aktor odsiedział już w więzieniu. Tyle że Andrzej Szalawski do końca życia nie odzyskał dobrego imienia. Powszechnie uważano go za kolaboranta, szykanowano, m.in. zwalczając jego kandydaturę w wyborach do Zarządu Głównego SPATiF-u. Stanisław Michalski, aktor i późniejszy dyrektor Teatru Wybrzeże, deklarował nawet wycofanie własnego nazwiska z zarządu, jeśli na liście kandydatów pozostanie Szalawski.

Aktor zmarł na wylew 11 października 1986 roku. Na jego grobie na warszawskich Powązkach nie ma krzyża, bo, jak powiedziała jego żona, Izabella Wilczyńska: "Uważałam, że swój krzyż Andrzej nosił na barkach przez większą część życia. Nie chciałam, żeby cień krzyża padał jeszcze na jego grób".


Nie wiem, czemu ktoś wyedytował mój post wklejając treść artykułu i nie informując o edycji postu. To jakiś nowy zwyczaj na forum, że moderacja wkleja treść podanego linku?


1. Nie ktos tylko ja. Ktosie nie edytuja.
2. Napisales post, podales link. Z linkami to tak bywa, ze sa aktualne przez okres czasu a potem znikaja. Poniewaz temat jest ciekawy, zadecydowalem, ze wkleje tekst z linku po to aby mogl byc dostepny takze po zdezaktualizowaniu linku. Co w tym zlego ?
Notabena - sam moglbys to zrobic.
3. To nie jest zaden nowy zwyczaj. To jest praktykowane od dawna z powodu wyjasnionego w punkcie # 2.
4. Jako ponad 10-letni uzytkownik tego Forum powinienes pamietac, ze zapytanie ktore dodales na koncu twojego postu winny byc kierowane do Moderatora droga PM a nie umieszczane w poscie.
Moderator N_S


Ten post był edytowany przez Net_Skater: 2/09/2018, 13:58
 
User is offline  PMMini Profile Post #106

     
Alexander Malinowski 4
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 212
Nr użytkownika: 103.808

Alexander Malinowski
Stopień akademicki: mgr
Zawód: informatyk
 
 
post 2/09/2018, 10:20 Quote Post


Źródło proszę.

QUOTE(Karawadżjo @ 16/08/2018, 20:51)
W moich stronach (okolice Włodawy) istniało osadnictwo olenderskie i za czasów okupacji niemieckiej Olendrów wpakowano na volkslistę czy tego chcieli, czy też nie. Był przypadek rodziny olęderskiej, w której było trzech braci - wszyscy zginęli w czasie wojny. Jeden jako żołnierz WP, drugi jako czerwonoarmista, trzeci w szeregach Wehrmachtu. Autentycznie.
*


 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #107

     
Fuser
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.526
Nr użytkownika: 15.418

 
 
post 17/10/2018, 17:43 Quote Post

Czy ktoś wie coś więcej na temat takiej postaci:
Maksymilian Sobota, dyrektor znajdującej się podczas okupacji w Hotelu Europejskim w Warszawie firmy "SS. Porzelau - Manufaktur - Allach" oskarżony latem 1947 r. przed Sądem Specjalnym (?) w Warszawie o zgłoszenie przynależności do narodowości niemieckiej, wstąpienie do organizacji SS i działanie na szkodę obywateli i Państwa Polskiego. Podobno przyjaciół wyższych rangą funkcjonariuszy SS. Wszystkie informacje za "Życie Warszawy", nr 162 z 15.06.1947 r.
 
User is offline  PMMini Profile Post #108

     
Bumar SA
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 205
Nr użytkownika: 103.847

Edward Janiski
Stopień akademicki: mgr
Zawód: lektor
 
 
post 17/10/2018, 18:11 Quote Post

Źródło: wydana w 2003 r. książka prof. Barbary Engelking Szanowny panie gistapo (pisownia oryginalna)

Masowe donosy Polaków do gestapo to chyba też rodzaj kolaboracji?

ROZMIARY DONOSICIELSTWA
Donosy z Warszawy i okolic trafiały na al. Szucha 25. Ale problem nie dotyczył samej Warszawy. Plaga donosów obejmowała wszystkie miasta Generalnego Gubernatorstwa. W okupowanej Polsce donosiło ponad 60 tys. osób. W Krakowie na każdych 300 mieszkańców przypadał 1 konfident; wśród konfidentów znajdowała się zarówno bufetowa na Dworcu Głównym, jak i złamani torturami byli żołnierze Wojska Polskiego. Najprawdopodobniej aż 20%-30% aresztowań, których dokonały nazistowskie służby w Polsce, wzięło się z denuncjacji. Natomiast w Łodzi (mieście włączonym nie do GG, lecz bezpośrednio do Rzeszy) na biurku lokalnego szefa gestapo lądowało ponad 40 donosów dziennie.
Pismo do Delegatury Rządu z 1941 r. dowodziło: "urzędy niemieckie (jak na przykład gestapo) zawalone są donosami składanymi przez samych Polaków o ich współrodakach. Znaczna część tych oskarżeń wnoszona jest dobrowolnie (…) nawet nie jest pieniężnie opłacana".

KTO DONOSIŁ i Z JAKICH MOTYWACJI?
1 Koszmarne błędy ortograficzne występują w ponad 90% donosów, dlatego wydaje się, że kablowali głównie ludzie prości. Donosiciele działali we wszystkich środowiskach z kościelnym włącznie (!), jednakże przeważało środowisko ludzi bez wykształcenia, których horyzonty były bardzo ograniczone.
2 Zdarzali się jednak i ludzie tacy jak Henryk W. Koppel, przed wojną kapitan WP, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, w czasie okupacji dał się poznać jako gorliwy kapuś. W wyniku konfidenckiej działalności Koppla wiele osób zostało wywiezionych do obozów, skąd już nigdy nie wróciło.
Z kolei za sprawą donosów gestapo unieszkodliwiło całe polskie podziemie na Suwalszczyźnie. Spośród licznych agentów wyróżniał się Edward Warakomski, co interesujące – jeden z założycieli tamtejszej konspiracji.
3 Donosami posługiwali się nawet Żydzi, na przykład autor takiego anonimu: "zaznaczam, że jestem również Żydem, rozkazu usłuchałem, jestem w dzielnicy żydowskiej, ale nie mogę tego znieść, aby inny Żyd kpił sobie z władzy niemieckiej i mieszkał w dzielnicy polskiej nie mając ku temu prawa".
Często autorami donosu kierowało pragnienie zemsty, chęć zaspokojenia żalów wobec sąsiada, znajomych, rodziny (były to typowe przyczyny zwłaszcza donosów wiejskich; donosicielstwo było plagą wsi w GG).

TEMATY DONOSÓW
1 Treść denuncjacji stanowiła mieszankę zawiści, złośliwości oraz pobudek rasowych. Donoszono na tych, którym się lepiej powodzi, załatwiano osobiste porachunki, mszczono się na kochankach i Żydach, którzy nie zameldowali się w Ghettcie. Kablowano na konspiratorów i partyzantów, ukrywających Żydów, łamanie przepisów gospodarczych okupanta. Z pełną świadomością tego, że kiedy go złapią, to najprawdopodobniej zginie.
2 Typowa treść donosu?
a ) "Uprzejmie komunikuję, że w domu przy ul. Koszykowej 19 m. 6 są przechowywane wartościowe meble i dzieła sztuki po żydach. Życzliwy. 19 X 40".
b ) Albo "Zawiadamiam Władzę, że uczęszczają na zabronione komplety (nazwiska i adresy). Wyrażają się obraźliwie o Władzach Rzeszy", podpisano "Lojalni Obywatele".
c ) Nie można się było czuć swobodnie nawet w restauracjach, o czym świadczy list jednego z klientów, który o wyczynach pijanego kolegi doniósł gestapo: "zaczął wołać na kelnerów '[I]ty Adolf, daj wódki i całuj mnie w...'[/I]".
d ) Niektórzy, choć nie czerpali z tego żadnych korzyści, wykazywali się nad dociekliwością. "Przechodziłem ulicą Freta była godzina 5-6 po południu i widziałem jak zajechała furmanka naładowana pełno mięsem i dorożka z mąką w workach po 100 kg i zaczęli to znosić pod Nr 37. Handlarze szli w podwórze i na I piętro do mieszkania nr 12 którego okno wychodzi na ulicę żydowską i tym oknem podają żydom towar."
e ) Nie ukrywająca swojej tożsamości Zofia Kędzierska regularnie informowała o przynależności różnych osób do "tajnej organizacji polskiej".
f ) Niejednokrotnie trafiały się również informacje, których autorzy musieli rozumieć, że są one równoznaczne z wyrokiem śmierci: "Donoszę, że Henryk Konieczyński konduktor tramwajów rozpowszechnia gazetkę".
g ) W innym, demaskującym handlarzy złotem, można było przeczytać, iż "czas, żeby te wydelikacone ręce troszkę zgrubiały od pracy uczciwej, na kombinatorów dziś nie ma miejsca, wszyscy muszą pracować".
h ) Żydów dotyczyło 30% przeanalizowanych dokumentów, vide taki fragment: "Wszystko powyższe podaję z ideowych pobudek, gdyż nienawidzę żydów, w szczególności zaś mechesów". Czasami mieszał się wątek miłosny, jak np.: "Na ul. Waliców 11 ukrywa się żyduwa, jest to kochanka Jana Domańskiego. Rozhukaną żyduwę trzeba wsadzić, mnie odebrała męża, zostawił mnie z dwojgiem dzieci".

PRÓBY ZWALCZANIA DONOSICIELSTWA
1 Anonimowymi bohaterami okazywali się pracownicy poczty, którzy z narażeniem pozbywali się korespondencji zakwalifikowanej jako donosy: listy do gestapo bez adresu zwrotnego często wędrowały do kosza. Niemcy, gdy się zorientowali, rozpoczęli wysyłanie sfingowanych donosów w celu prześledzenia ich drogi. Kiedy nie dochodziły, zwykle aresztowano całą załogę poczty. Wiemy przynajmniej o trzech pracownikach, którzy z tego powodu zostali skatowani, a następnie rozstrzelani. Listonosz K. Barański w odruchu serca postanowił ostrzec osobę wymienioną w donosie . . . niestety, był to mężczyzna podstawiony, który aresztował listonosza.
2 Armia Krajowa posiadała wywiad dotyczący konfidentów. Ludzie Stanisława Kostki Czapkiewicza ps. "Sprężyna" przechwytywali donosy. Uratowali życie wielu osobom, które o tym nie miały nawet pojęcia.

SZERSZY KONTEKST
No cóż, w całej znajdującej się pod rządami Hitlera Europie mieszkańcy donosili na siebie i to nawet w większym stopniu niż w Polsce.

Ten post był edytowany przez Bumar SA: 17/10/2018, 18:15
 
User is offline  PMMini Profile Post #109

8 Strony « < 6 7 8 
2 Użytkowników czyta ten temat (2 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2018 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej