Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
9 Strony « < 5 6 7 8 9 > 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Nawyki żywieniowe i imprezy w PRL
     
Razorblade1967
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.155
Nr użytkownika: 57.526

Zawód: emeryt
 
 
post 25/09/2015, 8:25 Quote Post

QUOTE(Grapeshot @ 25/09/2015, 8:21)
Pamietam tez dowcip, ze: “my wysylamy do ZSRR wagon sloniny, a oni nam za to przysylaja wagon butow do podzolowania”.

Za "moich czasów" (późniejszych) krążyło "wyjaśnienie" dlaczego nie ma mięsa... Bo mamy Świnoujście, a nie mamy "świniodojścia", no i salceson zwany "cwaniakiem" - bo nie dał się wywieźć do ZSRR.

QUOTE(memex @ 25/09/2015, 8:35)
Fakt, w mojej miejscowości działał prywatny przedsiębiorca produkujący przepyszną oranżadę. Poza tym zajmował się napełnieniem takich wielkich szklanych butli wodą sodową. Z pewnością niektórzy je pamiętają. Rozprowadzał też naboje z CO2 do popularnych w swoim czasie "syfonów".

Na moim osiedlu, w zasadzie prawie "na podwórku" również, ale u niego oranżada to była "woda po landrynkach"... raczej nie gustowałem - na tą naprawdę dobrą (nie się dzisiejsze napoje gazowane pochowają) jeździło się własnie "do miasta".

A jak jesteśmy przy landrynkach i oranżadach... to pamiętam gdy na morzem (bo tam to chyba było najpierw, w okresie wakacyjno-urlopowym) pojawiły się oranżady w woreczkach (takie kolorowe, jak twierdzono robione z landrynek) to był taki "patent" aby je mrozić i ten kolorowy, smakowy lód połupać i wrzucać do szklanki z wódką... Mieliśmy namiastkę kolorowego "drinka", normalnie "jak na amerykańskim filmie"... laugh.gif
 
User is offline  PMMini Profile Post #91

     
Baszybuzuk
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.389
Nr użytkownika: 50.178

Stopień akademicki: Nadszyszkownik
Zawód: IT
 
 
post 2/10/2015, 8:56 Quote Post



Zdarzało się też za PRLu na wsi (bo nie był to produkt sprzedawany jak obecnie w normalnym obrocie) pić podpiwek.

Kwas chlebowy to z kolei była raczej domena wschodnich sąsiadów - każdy komu się przytrafiło wyjechać do Związku zapewne pamięta uliczne beczkowozy serwujące go latem.

Inna specyfika PRL to masowość wykonywania przetworów, popularność własnej produkcji warzywno-owocowej na działkach pracowniczych oraz piwniczne zapasy na zimę. Obecnie to mimo wszystko zwykle (poza wsią) działalność nieco hobbystyczna, wtedy przez sezonowość produktów po prostu niezbędna.
 
User is online!  PMMini Profile Post #92

     
memex
 

VI ranga
******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.261
Nr użytkownika: 1.184

Stopień akademicki: N/D
Zawód: kalkulator mocy
 
 
post 17/10/2015, 11:23 Quote Post

QUOTE(Baszybuzuk @ 2/10/2015, 8:56)
Kwas chlebowy to z kolei była raczej domena wschodnich sąsiadów - każdy komu się przytrafiło wyjechać do Związku zapewne pamięta uliczne beczkowozy serwujące go latem.

He..he.. Pamiętam, jak Anno Domini 1989 bawiąc w Moskwie na studenckiej "wymianie", byłem stałym klientem pewnego gościa z jedną drewnianą nogą (pirat jaki, czy co???), który na kaca serwował wyśmienity kwas chlebowy. Po dwóch szklankach "jednorazowego użytku" przymocowanych do beczkowozu z napojem za pomocą subtelnego łańcuszka, znowu mogłem stawać w szranki z moimi radzieckimi "kolegami" wink.gif W owym czasie byłem nawet w stanie co poniektórych odprowadzić do ich własnego pokoju...wink.gif
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #93

     
konto usunięte 051218
 

Unregistered

 
 
post 17/10/2015, 11:34 Quote Post

QUOTE(Baszybuzuk @ 2/10/2015, 9:56)
Zdarzało się też za PRLu na wsi (bo nie był to produkt sprzedawany jak obecnie w normalnym obrocie) pić podpiwek.

W pierwszej połowie lat 80-tych na dworcu PKP w Lublinie było serwowane piwo karmelkowe (ze znikomą ilością procentów wink.gif), oraz ersatz hot - doga: długa bułka nabita na metalowy bolec, którą napełnianą ciepłym farszem (na pewno czuć tam było pieczarki rolleyes.gif ).

 
Post #94

     
czarny piotruś
 

IX ranga
*********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.638
Nr użytkownika: 77.765

 
 
post 17/10/2015, 12:40 Quote Post

Czarna Perła o ile pamiętam zwał się ten piwopodobny wyrób. Choć warzono wówczas bardzo dobre ciemne piwa jak Piast i Koźlarz. Istniało w PRL dużo niewielkich browarów ( dziś już nie istniejących albo przejętych przez wielkie koncerny, które warzyły niezłe piwa. Urokiem było to, że większość nie była pasteryzowana jak dziś więc piwo musiało być świeże inaczej kwaśniało. Chemii było wtedy w żarciu i piciu jakby mniej.
 
User is offline  PMMini Profile Post #95

     
konto_usuniete_28.02.16
 

Unregistered

 
 
post 17/10/2015, 14:27 Quote Post

QUOTE(czarny piotruś @ 17/10/2015, 12:40)
Czarna Perła o ile pamiętam zwał się ten piwopodobny wyrób. Choć warzono wówczas bardzo dobre ciemne piwa jak Piast i Koźlarz. Istniało w PRL dużo niewielkich browarów ( dziś już nie istniejących albo przejętych przez wielkie koncerny, które warzyły niezłe piwa. Urokiem było to, że większość nie była pasteryzowana jak dziś więc piwo musiało być świeże inaczej kwaśniało. Chemii było wtedy  w żarciu i piciu jakby mniej.
*


W Radkowie DS, w okolicach Gór Stołowych, istniał taki browar urokiem jego było , iż wszyscy świadomi tego faktu turyści, przychodzili do przyzakładowego sklepiku, kupując za śmieszne pieniądze piwo, ale jedynie z własnymi opakowaniami, karnistry, zbiorniczki, plastikowe baniaczki, banki po mleku, przed wanderem wrzucało się taki obiekt, do górskiego strumienia, a po powrocie .......... echhh, tu powinien być osobny temat smaki PRL, wink.gif niebo w gębie rolleyes.gif
 
Post #96

     
radza
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 100
Nr użytkownika: 58.044

Stopień akademicki: dr
Zawód: hydrobiolog
 
 
post 15/11/2015, 2:13 Quote Post

Świetny temat, moje dzieciństwo to lata 80 te, pamiętam z nich jak Tata odebrał mnie w 2 czy 3 klasie ze szkoły popołudniu i zamiast do domu jeździliśmy z jego kolegą, wielką wywrotką po okolicznych wioskach szukając jakiegoś znajomego weterynarza z tego co wyłapałem z rozmów (tylko synku nic nikomu nie mów) z dzisiejszej perspektywy złożyłem taką historie: znajomy taty na Święta robił chrzciny i chciał zabić wyhodowaną przez siebie świnie ale żeby to zrobić potrzebował od weterynarza zaświadczenia że świnia zdechła. Po za tym w moim mniejszym robotniczym mieście zaopatrzenie było zdecydowanie gorsze niż w dużych miastach (szczególnie w tych które "groziły wybuchem") więc wyprawy po jedzenie do miast wojewódzkich, bułki z pieczarkami jako jedyny fast food, oranżada w torebkach i co piątkowa kolejka po chleb do prywatnej piekarni (stałem w niej czasem po 2-3 godziny) mleko które sam jako dziecko musiałem nalać z bańki taką łychą do przyniesionej z domu butelki i wrzeszczące ekspedientki że rozlewam smile.gif, ketchup w tubkach, obsesje rodziców żeby robić przetwory, pomarańcze tylko na Święta. Koniec lat 80-tych to całkowita zapaść była sąsiedzi w śpiworach od 3 rano czekali pod sklepami u nas znikanie ojca na nielegalne świniobicia które urządzali z wujkami (jak ja mu zazdroszczę że tak nie mogę, idziesz na trzy dni z domu z braćmi i szwagrami, zamykacie się w chałupie po dziadku pijesz bimber, palisz ogniska, rozmontowujecie świniaka a dzisiaj wiem że to zajmuje góra dzień dwa a nie trzy i jest sporo przerw w pracy da się do domu na noc wrócić smile.gif, wracasz do domu i jeszcze żona zamiast się wściekać cała szczęśliwa jak skacowany rozpakowujesz torbę. No i jak się dobić do dziadków do domu nie mogłem i w szoku byłem bo to był jedyny raz jak drzwi zamknięte były na zamek (przy 14 wnucząt dziwne że dziadek obrotowych nie założył)a zależało mi bo tak waliło drożdżami że myślałem że babcia szczególnie dużo pączków albo klusek na parze robi smile.gif i znów było "tylko nikomu nie mów".

Ten post był edytowany przez radza: 15/11/2015, 2:14
 
User is offline  PMMini Profile Post #97

     
marc20
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 3.242
Nr użytkownika: 80.503

Stopień akademicki: student
Zawód: student
 
 
post 22/11/2015, 19:32 Quote Post

QUOTE(Razorblade1967 @ 20/09/2015, 19:46)
To teraz może nieco na odwót... pamiętasz powiedzenie (przepraszam za wyrażenie, ale to tzw. powszechnie znany, przynajmniej kiedyś tekst): "Jedzcie dorsze - gówno gorsze". I pomysleć, że po latach dorsz jest "szanowaną rybą"! A wtedy tanie to było, dostępne i mało kto chciał to jeść... świat się zmienia. Kiedyś, w PRL generalnie wiele ryb było w "kulinarnej pogardzie", królowała "świnina". Dzisiaj mamy inne ciągoty i przyzwyczajenia kulinarne. Tylko ryby są niestety dużo droższe od świńskiego mięsa...

(...)
Przy czym akurat tak naprawdę to "ciemnoty" nie wciskali... tzw. "owoce morza" są jednak od "czerwonego mięcha", a szczególnie "świniny" zdrowsze. Tyle, że obecnie nie trzeba o tym nikogo chyba przekonywać... raczej to teraz bardzo niskie ceny świńskiego mięsa są "motorem napędownym" jego spożycia.
*


Moim zdaniem nie ma naukowych dowodów jakoby ryby były zdrowsze od wieprzowiny . Dietetyka od zawsze była upaprana polityczno-ekonomiczną otoczką niemerytorycznych argumentów. Nawet jeśli wyniki badań są przedstawiane rzetelnie to nie zawsze muszą się one sprawdzać w każdej ludzkiej populacji. Trochę odnośnie historii poglądów na dietę niskotłuszczową i węglowodanową, myślę że Cię zainteresuje:

http://nowadebata.pl/wp-content/uploads/20...-poprawiona.pdf

Tu jeszcze wywiad z autorem książki:

http://nowadebata.pl/2012/02/18/wspolczesn...ubesem-czesc-1/
http://nowadebata.pl/2012/02/24/tlusta-die...ubesem-czesc-2/

Ten post był edytowany przez marc20: 22/11/2015, 21:02
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #98

     
gtsw64
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.416
Nr użytkownika: 38.675

Zawód: st.sier¿.sztab
 
 
post 23/11/2015, 20:34 Quote Post

QUOTE
pamiętasz powiedzenie (przepraszam za wyrażenie, ale to tzw. powszechnie znany, przynajmniej kiedyś tekst): "Jedzcie dorsze - gówno gorsze"

Gdzieś słyszałem taką historię że w Szwecji w XIX wieku parobek podpisując umowę o pracę musiał godzić się na jadanie trzy razy w tygodniu łososia.
QUOTE
Dietetyka od zawsze była upaprana polityczno-ekonomiczną otoczką niemerytorycznych argumentów.


Szwedzka Agencja ds. Żywności: "Ryby z Bałtyku niewskazane dla młodych kobiet i dzieci". W Szwecji wymaga się informacji w sklepie czy ryba pochodzi z Bałtyku. Jest to ustawowy obowiązek.

Bałtyckie łososie i śledzie zawierają dioksyny, które mogą być groźne dla kobiet w ciąży czy dzieci karmionych piersią. Tymczasem rybacy są przeciwni rozpowszechnianiu tych wiadomości i przekonują, że ryby i tak są zdrowsze niż drób czy mięso.

Z informacji, jaka ukazała się na stronach Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni, wynika, że w przypadku łososi i śledzi łowionych w Bałtyku okazjonalnie wykrywa się przekroczenie norm niebezpiecznych dioksyn. Dotyczy to szczególnie dużych osobników, w przypadku łososi powyżej 60 cm i śledzi powyżej 21 cm.

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zdrowy...yba-n23184.html
 
User is offline  PMMini Profile Post #99

     
Szklarz
 

IV ranga
****
Grupa: Użytkownik
Postów: 482
Nr użytkownika: 92.874

Zawód: student
 
 
post 23/11/2015, 21:58 Quote Post

Temat ciekawy, nie miałem okazji żyć w tamtym okresie, ale przypomniało mi się kilka rzeczy ze wspomnień rodziców.
* Co do obowiązkowej zagrychy do wódki w lokalach, w mojej miejscowości w barze pełniła taką rolę połówka gotowanego na twardo jajka, które leżało sobie spokojnie na ladzie Bóg wie ile, klienci rezygnowali z niego gromadnie i przypadało ono następnym w kolejce.
Nawiasem mówiąc, zestaw jajko plus wódka w tym lokalu przetrwał zmiany ustrojowe, wzbogacony o sos tatarski i funkcjonował do bankructwa przybytku jakieś 10 lat temu.
* Z niewymienianych tu jeszcze przysmaków, z opowieści o latach 70 i 80 pamiętam jeszcze o smażonym chlebie obtoczonym w surowym jajku, zupach z krwi, jagód i czego tylko się dało, oraz o jedzeniu szpiku z kości, co dziś jest w sumie nie do pomyślenia. O, jeszcze kiełbasy z nutrii, w życiu tego na oczy nie widziałem, a każdy o nią pytany ją jadł i twierdził, że bardzo smakowała.
* Aha, i mam pytanie na koniec, ojciec opowiadał, że podczas służby wojskowej na początku lat 80 przytył ponad 15 kg. Co wtedy tam jedzono, że tak dobrze masę robiło?
 
User is offline  PMMini Profile Post #100

     
Speedy
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 3.409
Nr użytkownika: 3.192

 
 
post 23/11/2015, 23:41 Quote Post

Hej
QUOTE(Szklarz @ 23/11/2015, 21:58)
O, jeszcze kiełbasy z nutrii, w życiu tego na oczy nie widziałem, a każdy o nią pytany ją jadł i twierdził, że bardzo smakowała.


Nie jestem pewien czy w ogóle była w sprzedaży, ale zdarzyło mi się jeść nutrie. Ich hodowla (na futro oczywiście) musiała być chyba w pewnym momencie bardzo opłacalna, hodował je mój wujek i wszyscy chyba jego sąsiedzi. No i skoro z mięsem było ciężko, no to żeby się nie marnowało... Generalnie nutrię przyrządzano jak królika, w postaci takiej potrawki duszonej w sosie śmietanowym, pasztetu, a jeden sąsiad zajmujący się domowym wyrobem wędlin, kiełbas itp. robił też parówki. Potrawka jak pamiętam nie bardzo mi smakowała (ale ja i duszonego królika za bardzo nie lubię), parówki i pasztet były OK.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #101

     
Grapeshot
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.149
Nr użytkownika: 79.211

Steven Murphy
Zawód: Marine Engineer
 
 
post 23/11/2015, 23:52 Quote Post

QUOTE
marc20
Moim zdaniem nie ma naukowych dowodów jakoby ryby były zdrowsze od wieprzowiny .


Wieprzowina chyba nie zawiera rtęci, nigdy nie słyszałem aby zawierała, ryby podobno tak. Tłumaczy się teraz, że małe stworzenia morskie, rybki oraz inne gatunki, zjadają rtęć. Nie wiem jeszcze skąd ona tam jest. Większe ryby zjadają te małe stworzenia naładowane rtęcią. My zjadamy te większe ryby. Nas nic nie zjada, wiec, rtęć pozostaje w nas. Nie wiem jak jest z rybami roślinożernymi, ale na pewno można znaleźć w nich coś szkodliwego, np.: środki owadobójcze ze ścieków. Bałtyk to zbiornik ściekowy, coś jak źle utrzymywany chlew z zanieczyszczonym powietrzem. Pozostaje poczytać jak bardzo szkodliwa jest dla nas rtęć. Wcale nie sugeruję jedzenia wieprzowiny zamiast ryb. Nie jeść dzikich kaczek, bo nurkują i zjadają śrut ołowiany pozostały po polowaniach. Sugeruję aby nie jeść nic.

QUOTE
Szklarz
Aha, i mam pytanie na koniec, ojciec opowiadał, że podczas służby wojskowej na początku lat 80 przytył ponad 15 kg. Co wtedy tam jedzono, że tak dobrze masę robiło?


Był kucharzem i jadł dużo. Innej możliwości nie ma.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #102

     
pogezan
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 750
Nr użytkownika: 78.883

 
 
post 23/11/2015, 23:56 Quote Post

QUOTE(Szklarz @ 23/11/2015, 21:58)

* Co do obowiązkowej zagrychy do wódki w lokalach, w mojej miejscowości w barze pełniła taką rolę połówka gotowanego na twardo jajka, które leżało sobie spokojnie na ladzie Bóg wie ile, klienci rezygnowali z niego gromadnie i przypadało ono następnym w kolejce.



W jednym z barów pamiętam, że podawano paluszki. Za to w sektorze prywatnym, w bardziej postępowych melinach, dodawano do butelczyny gratisa; ogórek, a czasami papryczkę.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #103

     
carantuhill
 

Bieskidnik
*********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 6.872
Nr użytkownika: 12.703

WOJCIECH
Zawód: Galileusz
 
 
post 24/11/2015, 10:41 Quote Post

CODE
* Aha, i mam pytanie na koniec, ojciec opowiadał, że podczas służby wojskowej na początku lat 80 przytył ponad 15 kg. Co wtedy tam jedzono, że tak dobrze masę robiło?


Kucharze wojskowi nagminnie handlowali mięsem na lewo. Do kucharzy z krakowskich jednostek to pielgrzymki kucharzy "z miasta" przyjeżdżały.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #104

     
gtsw64
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.416
Nr użytkownika: 38.675

Zawód: st.sier¿.sztab
 
 
post 24/11/2015, 12:17 Quote Post

QUOTE
O, jeszcze kiełbasy z nutrii,

Pamiętam taki epizod z pracy w gospodarstwie ogrodniczym w połowie lat 80-tych. Co pewien czas przyjeżdżała do gospodarstwa ekipa kontrolująca z dużego miasta. Celem tych wizyt nie była kontrola a zaopatrzenie się w pomidory i ogórki oraz zdrowe popicie i pojedzenie. Pewnego razu w czasie "kontroli" zostali poczęstowani samogonem i właśnie kiełbasą z nutrii. Oczywiście nic o tym nie wiedzieli. Przy następnej kontroli (za jakiś miesiąc) kierownik tak z głupia frant zapytał czy im smakowała kiełbasa. Oczywiście wszyscy przytaknęli i pytali się czy nie można by takowej kupić. Kierownik trochę się zafrasował i powiedział że, pracownik będzie ubijał nutrie dopiero za parę dni. Nastała chwilowa, głucha cisza a następnie dwóch kontrolujących uczestników poprzedniej biesiady wystrzeliło jak z katapulty. Dobrze że były otwarte drzwi które bezpośrednio wychodziły na pole. Wrócili lekko zieloni na twarzy i dotąd dopóki ja pracowałem nie tknęli żadnej kiełbasy w czasie kontroli mimo zapewnień kierownika że jest wieprzowa.
 
User is offline  PMMini Profile Post #105

9 Strony « < 5 6 7 8 9 > 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej