Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
9 Strony « < 4 5 6 7 8 > »  
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Nawyki żywieniowe i imprezy w PRL
     
Razorblade1967
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.155
Nr użytkownika: 57.526

Zawód: emeryt
 
 
post 23/09/2015, 10:37 Quote Post

QUOTE(Baszybuzuk @ 23/09/2015, 9:01)
nagminnego urywania się z pracy, żeby coś kupić...

Tutaj warto też wspomnieć, że aby unikać "urywania się z pracy" oraz "niepokojów społecznych" związanych z problemem robienia zakupów gdy już niewiele zostało niektóre duże "zakłady pracy" organizowały wewnętrzne punkty sprzedaży mięsa. Pracownik miał przydzielone dni (zwykle trzy w miesiącu) i mógł wykupić "kartkowy przydział" mięsa i wędlin. Nie wiem jaka była tego ogólna skala... ale taka forma sprzedaży też okresowo była stosowana, na pewno istniała w paru miejscach które znałem.

QUOTE(Baszybuzuk @ 23/09/2015, 9:01)
...mlekiem zsiadłym.

Tutaj chyba warto przypomnieć, że w PRL mleko "przychodziło pod drzwi" czyli wykupowało się dostawę i przez miesiąc po wystawieniu wieczorem pustej butelki... rano stała butelka pełna.

Przy czym było to mleko z którego to zsiadłe mleko dało się zrobić... i to bez nijakich dodatkowych komponentów - co może dziwić dzisiejszych konsumentów mleka "z kartonika", które nijak się nie "zsiądzie" tylko będzie śmierdziało.

A jeśli mowa o nawykach, może nie do końca żywieniowych to warto też wspomnieć, że te skrzynki z mlekiem to sobie spokojnie stały od około 4 pod sklepem (i nikt nie ukradł... były wyjątki, ale nieliczne) i nawet jak człowiek wracał z popijawy nad ranem i go zaczęło po drodze suszyć to wypił mleko i do pustej butelki złotówkę wrzucił (a butelkę ładnie włożył na miejsce do skrzynki). Nie honorowo było tego nie zrobić, bo człowiek czuł się jak złodziej. Ot mentalność PRL... "załatwił" (po dzisiejszemu po prostu ukradł, sfałszował dokumentację itd.) człowiek z zakładu rzeczy warte setki złotych czasami, ale mleka spod sklepu nie ukradł, co najwyżej wypił i zostawił należność. To "załatwianie" (czyli po prawdzie rozkradanie PRL poprzez miejsca pracy) było społecznie akceptowalne, ale "zwykły złodziej" był w pogardzie... nie honor było ukraść mleko spod sklepu na ten przykład.

Ten post był edytowany przez Razorblade1967: 23/09/2015, 10:39
 
User is offline  PMMini Profile Post #76

     
Razorblade1967
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.155
Nr użytkownika: 57.526

Zawód: emeryt
 
 
post 23/09/2015, 11:00 Quote Post

QUOTE(ciekawy @ 23/09/2015, 7:47)
To, że nie chodziliśmy głodni jeszcze nie świadczy, że mieliśmy powszechny dostęp do produktów, które teraz są dostępne w byle sklepie za rogiem. Doskonale wiesz, że ludzie "kombinowali", by wieść jak najbardziej normalne życie (w tym konkretnym przypadku sporo mięsa sprzedawanego przez handlarzy w mieście pochodziło z uboju ze wsi). Jesteśmy niemal rówieśnikami (jesteś rok młodszy ode mnie), i nasze wspomnienia z tego okresu powinny się raczej pokrywać.

I pewnie się pokrywają z różnicami na "warunki lokalne". Wspomniałem o tym chyba, w którymś z wcześniejszych postów (temat nie bardzo wtedy dotyczył zaopatrzenia... a więc pobieżnie), ale oczywiście masz rację "wymiana towarowa" była ważnym elementem zaopatrzenia w żywność. Często nawet nie były to zakupy, a właśnie wymiana pomiędzy mieszkańcami miast mającymi lepszy dostęp do artykułów przemysłowych (nawet jak w sklepach się nie "upolowało" to się "załatwiło" bo przecież każdy gdzieś pracował i coś mógł) oraz mieszkańcami wsi produkującymi żywność.

Oczywistym jest, że nie mieliśmy (albo na co dzień, albo czasem w ogóle) pewnych "artykułów luksusowych" (nie mylić z dzisiejszymi ze względu na cenę), ale wiele towarów żywnościowych było pod dostatkiem. W pogardzie były wspomniane dorsze, ale też np. biały ser. Choć go nie brakowało... produktów mlecznych czyli śmietany również. Z warzywami tez problemów nie było, jak nie w sklepie to na rynku. Pomimo raczej średniego wieku pamiętam jeszcze jak rolnicy przyjeżdżali konnymi wozami na te targi. Nie tak dawno (w sobotę) byłem na weselu i tam akurat zeszło na pogaduchy o "dawnych czasach" i wysłuchałem relacji "drugiej strony" - czyli jak wyjeżdżali o drugiej w nocy wozem konnym na ten targ do miasta.

Parokrotnie wspomniałem, że podstawowa różnica w nawykach żywieniowych to monotonia posiłków - przy czym faktycznie z jednej strony to było spowodowane "prymitywnymi" nawykami właśnie (kawał mięcha w różnej postaci, kartofle i sos), a z drugiej niewielkim wyborem towarów... tyle, że to się na siebie nakładało. Dzisiaj robię (w celach zdrowotnych i ograniczenia masy) często posiłki z produktów, na które w PRL bym nie spojrzał. No bo w PRL bezmięsny obiad to była jednak rzadkość... pomimo kartek, braków towarów i rzekomej obecności "tylko octu i musztardy".

Na śniadanko chudy twaróg z jogurtem i cebulką, rzodkiewką, ogórkiem - dzisiaj jest OK (bardzo lubię i chętnie jadam). W PRL jak nie nie było przynajmniej półtłustego (z rzadka) to się na chudy patrzyło z pogarda i mówiło, że "twaróg wykupili"... zresztą "białe szaleństwo" uważaliśmy w wojsku za "marne żarcie". To tylko jeden przykład... ale takich zmian w mentalności żywieniowej jest wiele. Innymi są właśnie ryby, przygotowywanie potraw z samych warzyw (w PRL... normalnie "bieda z nędzą"), których przecież nie brakowało.

Inaczej na to teraz patrzymy... wtedy "świńskie mięcho" było czymś pożądanym, a jego brak "wielką dolegliwością" PRL, a dzisiaj człowiek czasem unika przez tydzień wcinania mięsa, nie dość że z premedytacją to jeszcze się z tego cieszy (że zdrowiej, że mniej kalorycznie itd.).

PS. Oczywiście młodszym też trzeba parę rzeczy wyjaśnić... kiedyś produkty owocowo-warzywne były sezonowe, dzisiaj nie ma tego problemu, bo zawsze gdzieś coś tam akurat jest (różnice klimatyczne) i wiele z tego co mieliśmy sezonowo jest dzisiaj dostępne poprzez import przez cały rok. To również wpływało na monotonie posiłków w PRL.

To w ogóle jest temat-rzeka... bo jeszcze musielibyśmy uwzględnić to, że wtedy żyło się wolniej, że nie było do roboty wielu ciekawych rzeczy, które mamy teraz i w efekcie mieliśmy więcej czasu zarówno na zakupy (dziś 4 osoby przy kasie to już "kolejka" i człowiek nerwowo patrzy na zegarek), jak i na przygotowywanie posiłków. ITD. ITP. A o czymś takim jak "życie towarzyskie w kolejkach" to pewnie można by książkę napisać.

Ten post był edytowany przez Razorblade1967: 23/09/2015, 11:09
 
User is offline  PMMini Profile Post #77

     
Speedy
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 3.426
Nr użytkownika: 3.192

 
 
post 23/09/2015, 11:35 Quote Post

Hej
QUOTE(Razorblade1967 @ 23/09/2015, 10:37)
Przy czym było to mleko z którego to zsiadłe mleko dało się zrobić... i to bez nijakich dodatkowych komponentów - co może dziwić dzisiejszych konsumentów mleka "z kartonika", które nijak się nie "zsiądzie" tylko będzie śmierdziało.


No ale to przecież jest inny wyrób - mleko świeże, a mleko UHT. Tak samo, jak masz wędliny świeże i konserwowe, czy mięso, czy wiele innych produktów. Nie wiem jak tam u ciebie, ale w Warszawie swobodnie można kupić mleko świeże, pakowane w plastykowe butelki lub nawet, jak w PRL-u, w foliowe torebki, z datą przydatności powiedzmy 2 dni. I ono spokojnie się zsiada jak dawniej. "Kartonowe" UHT faktycznie nie da się "zsiąść" - za to może stać u mnie nawet rok, co jest dla mnie o wiele cenniejszą właściwością (mniej więcej tak często przychodzi mi ochota na mleko, raz na rok, może kilka razy), jak mam ochotę na zsiadłe mleko to mogę sobie kupić zsiadłe od razu, czy kefir.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #78

     
carantuhill
 

Bieskidnik
*********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 6.913
Nr użytkownika: 12.703

WOJCIECH
Zawód: Galileusz
 
 
post 23/09/2015, 12:46 Quote Post

CODE
No właśnie chodzi o "wizję", a nie rzeczywisty brak żywności... bo głodni nie chodziliśmy i jakoś w domach ludzie jedli całkiem nieźle (z zastrzeżeniem tego co wcześniej - nieurozmaicenie).


No a jak to było z tą historią, dlaczego przestano używać trucizny do walki z plagą wilków? Ludzi zabierali mięso z przynęty.

Jeśli chodzi o imprezy w PRL to u mnie króluje opowieść o ślubie moich rodziców. A konkretnie jak moja babcia zdobywała produkty na wesele, co skończyło się zatrzymaniem przez milicję na dworcu w Nowym Targu i przekupieniem milicji schabem. Albo zakupami w mięsnym na Floriańskiej w Krakowie, prowadzonym przez jej koleżankę. Jak ktoś z kolejki dojrzał babcię wynoszącą wędliny to gonili ją do dworca.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #79

     
Razorblade1967
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.155
Nr użytkownika: 57.526

Zawód: emeryt
 
 
post 23/09/2015, 16:04 Quote Post

QUOTE(Speedy @ 23/09/2015, 12:35)
No ale to przecież jest inny wyrób - mleko świeże, [...] Nie wiem jak tam u ciebie, ale w Warszawie swobodnie można kupić mleko świeże, pakowane w plastykowe butelki lub nawet, jak w PRL-u, w foliowe torebki, z datą przydatności powiedzmy 2 dni. I ono spokojnie się zsiada jak dawniej.

Masz rację... od jakiegoś czasu (po okresie zachłyśnięcia się "kartonikiem") mleko świeże wróciło do łask i faktycznie jest dostępne i coraz popularniejsze. Mamy jakiś powrót do tego co bardziej naturalne i mniej "obrabiane"... ale jeszcze parę lat temu i pomimo, że mieszkam na dość ludnym osiedlu z bardzo rozbudowaną siecią handlową to królował "kartonik", a świeżego to jakoś się nie widywało.

QUOTE(carantuhill @ 23/09/2015, 13:46)
No a jak to było z tą historią, dlaczego przestano używać trucizny do walki z plagą wilków? Ludzi zabierali mięso z przynęty.

Jak z każdą "historią"... gdzieś, ktoś, podobno... A metoda to była po prostu zanadto przypadkowa i tyle. Zresztą w PRL istniało całkiem rozwinięte łowiectwo (zresztą w zasadzie jedyna forma prywatnego posiadania broni) i chętnych do odstrzału wilka pewnie było niemało.

QUOTE(carantuhill @ 23/09/2015, 13:46)
Jeśli chodzi o imprezy w PRL to u mnie króluje opowieść o ślubie moich rodziców. A konkretnie jak moja babcia zdobywała produkty na wesele, co skończyło się zatrzymaniem przez milicję na dworcu w Nowym Targu i przekupieniem milicji schabem.

To fakt... zdobycie dużej ilości produktów, na wielkie imprezy (a coś o wielkości ich wiem... bo rodzina żony z tych okolic pochodzi) to był problem.

Zresztą moje wspomnienia są nieco "z innej beczki"... moja rodzina spędzała urlopy nad morzem pod namiotem. I mnie się w pamięć wryło produkowanie słoikowanego mięsa na taki wyjazd (zwylkle przez jakiś czas wcześniej), bo na miejscu trudno było mięso nabyć. Inna sprawa, że i tak większość posiłków to były i tak ryby, kupowane za niewielkie pieniądze wcześnie rano (tylko) w sklepie przy porcie rybackim.

W sumie nie zaprzeczam przecież trudnościom z zakupami towarow w PRL... po prostu polemizuję z braniem dosłownie tekstów o "occie i musztardzie", bo to była wtedy ironia, a dziś niektórzy usiłują to na dosłowność zamienić. Współczesna propaganda czasem usiłuje to pokazać jako rzeczywistość, a ludzie PRL-u nie pamiętający biorą to za "dobrą monetę" (odporność na propagandę chyba mocno spadła... my w PRL byliśmy nawykli do niej i jakoś nie "łykaliśmy propagandowej ciemnoty jak pelikany") i prawie sobie wyobrażają, że w PRL "cierpieliśmy głód"... co jest oczywistą bzdurą.

Głodni nie chodziliśmy - jedliśmy za to oczywiście mało urozmaicenie, ale to wynik w sumie w równym stopniu kiepskiego zaopatrzenia w sklepach, jak i dość prymitywnych "tradycji zywieniowych" gdzie królowała nieskompolikowanie przyrządzana "świnina", sos i kartofel.

Ten post był edytowany przez Razorblade1967: 23/09/2015, 16:06
 
User is offline  PMMini Profile Post #80

     
Artimax
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 286
Nr użytkownika: 63.073

Stopień akademicki: BANITA
Zawód:
 
 
post 23/09/2015, 20:55 Quote Post

QUOTE
Głodni nie chodziliśmy - jedliśmy za to oczywiście mało urozmaicenie, ale to wynik w sumie w równym stopniu kiepskiego zaopatrzenia w sklepach, jak i dość prymitywnych "tradycji zywieniowych" gdzie królowała nieskompolikowanie przyrządzana "świnina", sos i kartofel.

Prawda, prawda i jeszcze raz prawda.
Wróciłbym jeszcze do tematu załatwiania zaopatrzenia - w mieście obok były Zakłady Mięsne. Ojciec mój był traktorzysta w Kolku rolniczym i często zawoził tam krowy/świnie na ubój. Dwie-trzy butelki swojszczyzny dla kierownictwa, dwie na bramę dla strażników i potrafił wywieźć ćwiartkę świni pod siedzeniem... Ponieważ takich pomysłowych było dużo więcej zrobiło się manko na stanie i kilka osób z kierownictwa poszło za ######. To był rok 82-83.
Jeździło się tez do rodziny na wieś na świniobicia - ponieważ bywało tak ze akurat bilo się w kilku gospodarstwach zbierało się zamówienia od sąsiadów. I potem wiozło to mięso 400km do domu Trabantem, wyładowany cały bagażnik i na tylnych siedzeniach.
Klimat prawie jak za okupacji smile.gif
Praktycznie cale lata 80-te.
 
User is offline  PMMini Profile Post #81

     
konto_usuniete_28.02.16
 

Unregistered

 
 
post 24/09/2015, 7:23 Quote Post

QUOTE
Jeździło się tez do rodziny na wieś na świniobicia - ponieważ bywało tak ze akurat bilo się w kilku gospodarstwach zbierało się zamówienia od sąsiadów. I potem wiozło to mięso 400km do domu Trabantem, wyładowany cały bagażnik i na tylnych siedzeniach.
Klimat prawie jak za okupacji smile.gif
Praktycznie cale lata 80-te

Tak, tyle ze te świnie w formie rąbanki, były obrzydliwie tłuste dry.gif wedle dzisiejszych standardów niejadalne wiekszosc to słonina, Matka wytapiała z połówki takiego zwierzęcia mnóstwo smalcu z skwarkami, wprost kilkanaście słoików sleep.gif .
 
Post #82

     
Grapeshot
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.160
Nr użytkownika: 79.211

Steven Murphy
Zawód: Marine Engineer
 
 
post 24/09/2015, 10:34 Quote Post

Lata piecdziesiate kojarza mi sie z obfitoscia sledzia. Wojna byla dobra dla sledzia baltyckiego; rozmnozyl sie i wyrosl. W sklepie “Wzorcowym”, w ktorym najczesciej robilem zakupy, byl on w formie marynowanej, w jakichs duzych szklanych pojemnikach, oraz solony w pelnowymiarowych beczkach sosnowych. Jeden i drugi sprzedawano na wage, zawiniety w jakis oszczednie wydzielany papier. Przyniesienie z soba jakichs stron “Trybuny Ludu” moglo tu byc pomocne w dopakowaniu. Trybuny Ludu nie kupowalo sie bo byla ona podkladana w roznych publicznych miejscach do czytania. Ten dzial ze sledziami sprzedawal tez rozne konserwy, napoje (pamietam “Owoc Plynny”), herbate, kawe Dobrzynke i Turek, czekolady, cukier, make, ryz, kasze itd.
W dziale owocowo-warzywnym staly dwie beczki. Z nich nakladano kapuste kiszona i ogorki kiszone.
W dziale nabialowym stal ogromny, metalowy, ocynkowany, otwarty pojemnik na mleko. Z niego czerpano miarka i nalewano mleko do banki klienta.
Dzial alkoholowy w sklepie “Wzorcowym” prowadzil skup butelek i placil 1 zl za butelke, co bylo godziwa zaplata, zwlaszcza dla tych, ktorzy te butelki gdzies pozbierali. Pito wtedy nagminnie, nie tylko w domach ale i w krzkach i gdzie sie dalo. Sama sprzedaz butelek uwazana byla za czynnosc niehonorowa.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #83

     
memex
 

VI ranga
******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.261
Nr użytkownika: 1.184

Stopień akademicki: N/D
Zawód: kalkulator mocy
 
 
post 24/09/2015, 13:51 Quote Post

Bodajże nikt nie wspomniał o lodach za czasów PRL-u. Wychowany w małej miejscowości, a właściwie w wiosce roszczącej sobie pretensje do bycia podmiejskim letniskiem, jadałem lody tylko i wyłącznie w okresie letnim. Kupowało się je w jedynej cukierni oraz okazjonalnie od ulicznych sprzedawców podczas festynów z okazji oficjalnych świąt państwowych (1 maja, 22 lipca, etc.). Smak lodowych kulek podyktowany był etapem, na jakim właśnie znajdowało się lato, czyli dostępne były tylko zwykłe waniliowe, truskawkowe, jagodowe, kakaowe... i to chyba już wszystko. Poza okresem letnim lody były niedostępne - nawet się o nich nie myślało. Pamiętam, jak byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że np. w ZSRR "morożenoje" wpierniczają nawet w zimie. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony, gdy znajomy, który uciekł w latach 70-tych do GB opowiadał, że w brytyjskich supermarketach są całe odrębne stoiska z różnorodnymi lodami, dostępnymi przez cały rok. Po raz pierwszy też usłyszałem od niego o sorbecie.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #84

     
konto_usuniete_28.02.16
 

Unregistered

 
 
post 24/09/2015, 15:33 Quote Post

QUOTE(memex @ 24/09/2015, 13:51)
Bodajże nikt nie wspomniał o lodach za czasów PRL-u. Wychowany w małej miejscowości, a właściwie w wiosce roszczącej sobie pretensje do bycia podmiejskim letniskiem, jadałem lody tylko i wyłącznie w okresie letnim. Kupowało się je w jedynej cukierni oraz okazjonalnie od ulicznych sprzedawców podczas festynów z okazji oficjalnych świąt państwowych (1 maja, 22 lipca, etc.). Smak lodowych kulek podyktowany był etapem, na jakim właśnie znajdowało się lato, czyli dostępne były tylko zwykłe waniliowe, truskawkowe, jagodowe, kakaowe... i to chyba już wszystko. Poza okresem letnim lody były niedostępne - nawet się o nich nie myślało. Pamiętam, jak byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że np. w ZSRR "morożenoje" wpierniczają nawet w zimie. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony, gdy znajomy, który uciekł w latach 70-tych do GB opowiadał, że w brytyjskich supermarketach są całe odrębne stoiska z różnorodnymi lodami, dostępnymi przez cały rok. Po raz pierwszy też usłyszałem od niego o sorbecie.
*


Sztandarowym deserem PRL był krem sułtański ( pamietam tez sutański, ale wyrób ten sam ) ciekawe ...iż zniknął z restauracji, kafejek, ect.... a był zjadliwy .
https://www.youtube.com/watch?v=I3nG5sByXm8
 
Post #85

     
wysoki
 

X ranga
**********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 17.189
Nr użytkownika: 72.513

Rafal Mazur
Stopień akademicki: magazynier
 
 
post 24/09/2015, 16:20 Quote Post

Te lody to jednak bardziej obok tematu imprez, dlatego łatwo było pominąć wink.gif.

Lata 80-te.
Z eleganckich miejsc pamiętam restaurację w swoim mieście, przy skrzyżowaniu ul. Lipowej i alei Racławickich. Tam można było zjeść np. deser lodowy w pucharku, czyli lody gałkowe z dodatkami.
W Wawie pamiętam lokal Hortexu obok dzisiejszego MacDonalda przy Świętokrzyskiej.

A ze zwykłych, jeśli chodzi o te do kupienia na ulicy i nie nad morzem, pamiętam "włoskie" z automatu. Może pamiętam lody kryzysowe, bo kojarzę najbardziej to, iż po kilku-kilkunastu krokach wafelek zaczynał przemiękać (za dużo wody, za mało mleka) i jadło się je w charakterystyczny sposób, liżąc od góry i wysysając dołu, na zmianę smile.gif.


 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #86

     
saywiehu
 

V ranga
*****
Grupa: Użytkownik
Postów: 544
Nr użytkownika: 21.212

Zawód: szybki- nie wolny
 
 
post 24/09/2015, 16:24 Quote Post

QUOTE(lancaster @ 24/09/2015, 16:33)
Sztandarowym deserem PRL był krem sułtański ( pamietam tez sutański, ale wyrób ten sam ) ciekawe ...iż zniknął z restauracji, kafejek, ect.... a był zjadliwy .
*


Pycha, ale mój gust bardziej każe docenić lody cassate + sok Dodoni z puszki przy Hortexowym stoliku. O ichniej Melbie w ogóle już nie wspominając. Z bardziej codziennych przyjemności podniebienia na zawsze utkwił mi smak zwykłej oranżady, bloku waflowego i najzwyklejszych dropsów. Plus namiętnie kupowane mleko o smaku kakaowym (brązowy kapsel na szklanej butelce)!

Co do zasady ogólnej: jasne, pamiętam dni z okresu '81-'85 gdy w sklepach spożywczych było mało towaru. Ale samego octu jakoś nie pomnę. Bardziej z tych "chudych" lat pamiętam wystawy zastawione kompotem z węgierek (Kompot Węgierkowy), który dowcipne sprzedawczynie ustawiały tak, że sąsiadujące z sobą puszki (słoiki?) tworzyły napis KOMPOT GIERKOWY smile.gif

P.S. W br. żonę zabrałem do lokalu, który w tamtych latach w Poznaniu był istną legendą: do baru Kociak przy ul. Armii Czerwonej... znaczy Św. Marcin wink.gif Lokal w sumie stara się zachować ducha tamtych czasów. Zamówiliśmy sobie po deserze lodowym Anula z podwójną czekoladą, jak sam WTEDY kupowałem. Cóż, nie jest źle, ale jednak to nie to- np. zabrakło kostek galaretki, która nadawała genialny smak deserowi. Oj, po zaproszeniu do Kociaka żadna studentka nie odważyła się powiedzieć "nie" biggrin.gif To a propos małych imprez, w cztery oczy..

Ten post był edytowany przez saywiehu: 24/09/2015, 16:29
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #87

     
Razorblade1967
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.155
Nr użytkownika: 57.526

Zawód: emeryt
 
 
post 25/09/2015, 4:26 Quote Post

QUOTE(memex @ 24/09/2015, 14:51)
Kupowało się je w jedynej cukierni oraz okazjonalnie od ulicznych sprzedawców podczas festynów z okazji oficjalnych świąt państwowych (1 maja, 22 lipca, etc.). Smak lodowych kulek podyktowany był etapem, na jakim właśnie znajdowało się lato, czyli dostępne były tylko zwykłe waniliowe, truskawkowe, jagodowe, kakaowe... i to chyba już wszystko.

Wychowałem się w 350-tysiecznym mieście... budek z lodami nie brakowało. Zarówno tych sprzedających lody "kulkach", jak i tych "włoskich z automatu". Może nie było ich wiele, ale pamiętam, że "na osiedlu" były dwie z lodami "w kulkach" i jedna z lodami "z automatu" - pójście na lody nie wymagało wyprawy, tak 500m może... Piszę o latach 70-tych czyli w czasie gdy chodziem do podstawówki - czesto po drodze do domu chodziliśmy na lody, owszem lodów w zimie nie było... budki były zamykane. Ale wiosna, lato, jesień jak najbardziej działały. Ponadto lody "na patyku" były w pobliskich "delikatesach". Te lody w kulkach faktycznie nie miały wielkiego wyboru - pamiętam, że w budce przy głównej ulicy na osiedlu były trzy smaki: waniliowe, owocowe i kakaowe (czy kawowe... nie pamiętam dokładnie).

Pamiętam nawet cenę tych lodów - 0,8-1,2zł za kulkę (połowa lat 70-tych). Pamiętam to bo jest to związane z inną nieporuszona kwestią - a mianowicie barami mlecznymi. Moi rodzice, ktorzy pracowali i byli w domu koło 16-tej rozwiązywali problem mojego żywienia po szkole (a w klasach 1-3 to się ze szkoły wychodziło koło 11-12 po 3-4 lekcjach od 8 rano, no czasem 5 lekcji, ale rzadziej) dając mi monetę 10-20 zł i udawałem się po szkole do baru mlecznego gdzie 6-8 zł można było zjeść i dotrwać do obiadu, który w domu był około 17-tej (po powrocie rodziców w pracy). Strasznie wtedy lubiłem kopytka z gotowaną kapustą, zawsze dało się z tej "normy" 10zł na posiłek na te lody "zaoszczędzić".

Co warto wspomnieć były to czasy gdy dzieciaki od pierwszej klasy podstawówki nosiły "klucz na szyi"... zwykle na sznurowadle, bo to nie były czasy dzisiejszych ozdobnych "smyczy" do kluczy. Czasy gdy 7-9 latek był o wiele bardziej samodzielny niż to jest zwykle obecnie (oczywiście mam na myśli pewną przeciętną). Rodzice po prostu pracowali... i trzeba było sobie radzić samemu przez cały dzień.

PS. Dodam jeszcze jeden "fenomen PRL" czyli oranżadę. W Bydgoszczy była taka pijalnie oranżady (na ulicy Armii Czerwonej... obecnie Focha), gdzie się zjażdżano z całego miasta. Produkowano tam świetną oranżadę, w wielu smakach (ale niebarwioną) i w butelkach niekapslowanych... zamknięęcie takie jakie dzisiaj spotyka się w piwie Grolsch. Piwo w tych butelkach pamiętam jak przez mgłę... byłem zbyt młody by się nim interesować, choć było bo rodzice mieli te butelki i je wykorzystywali przy domowych produkcjach napojów... bynajmniej niewyskokowych.

Na tą oranżadę to z kolegami tramwajem jeździliśmi (bilet normalny 1zł, ulgowy 0,5zł - cały czas połowa lat 70-tych, co ciekawe autobusowy był droższy 1,5zł, ale ulgowy też 0,5zł), kosztowała chyba jakieś 1,5-2zł. Oczywiście 8-9 latek jeżdżący sam po mieście tramwajem czy autobusem nikogo nie dziwił i była to norma w zasadzie - inne czasy. Ale na tą oranżadę to się "pół miasta" zjeżdżało...

Ten post był edytowany przez Razorblade1967: 25/09/2015, 8:17
 
User is offline  PMMini Profile Post #88

     
Grapeshot
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.160
Nr użytkownika: 79.211

Steven Murphy
Zawód: Marine Engineer
 
 
post 25/09/2015, 7:21 Quote Post

Nawyki zywieniowe w PRL w latach 1950-tych wynikaly glownie z niskich dochodow. Zarobki miesieczne mogly wynosic niekiedy tylko 400 zl dla ciezko pracujacego. Wydajna praca akordowa, cokolwiek to bylo, fabryka, budowa, prowadzila do podniesienia norm, ale nie do podniesienia zarobkow.

Rynienka z przetopiona slonina do smarowania chleba, przewaznie z dodatkami takimi jak cebula czy plasterki kielbasy, miala wtedy stale miejsce w wiekszosci domow. Na obiad mozna bylo miec tylko zupe, a jesli bylo tez drugie danie, to jako dodatek sluzyla przewaznie kapusta kiszona lub ogorek kiszony. Kapuste kiszona gotowano na rozne sposoby. Najbardziej ceniona byla taka z miesem, zawsze tlustym, lub z boczkiem. Bigos, czli cos bardziej zageszczonego, byl potrawa wyzszej jakosci. Boczek z chlebem byl uwazany za dobry w zywieniu rodziny. Nikt nas wtedy nie straszyl jedzeniem tlustym. Zastanawiam sie czy znano testy na zawartosc cholesterolu we krwi.

W drugiej polowie lat piecdziesiatych podniesiono cene miesa. Ceny wszystkich wedlin podskoczyly wtedy z dnia na dzien o 10 zl za kilogram. Cena najtanszej kielbasy wzrosla z 26 do 36. Taka bardziej zjadliwa kielbasa, ktora kosztowala wczesniej 32 za kilogram podskoczyla do 42.

Nalpodlejszym jedzeniem, przedstawiajacym obraz ubostwa, byl chleb z margaryna lub z czyms o nazwie “Ceres”. Wtedy reklamowano te “zdrowe” roslinne tluszcze. Pamietam tez takie powiedzenie z pozniejszych lat piecdziesiatych: “margaryna i ceres podnosza interes”.

Pamietam tez dowcip, ze: “my wysylamy do ZSRR wagon sloniny, a oni nam za to przysylaja wagon butow do podzolowania”. W PRL, w latach piecdziesiatych, slonina byla ceniona w naszym jadlospisie, a pod koniec lat piecdziesiatych zaczynalo jej brakowac w sklepach.
Salceson, kaszanka, pasztetowka, mortadela, czyli wyroby o bardzo niepewnej reputacji, byly wtedy czescia naszego wyzywienia. Salceson podrobowy i pasztet pieczony wprowadzono na rynek pozniej.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #89

     
memex
 

VI ranga
******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.261
Nr użytkownika: 1.184

Stopień akademicki: N/D
Zawód: kalkulator mocy
 
 
post 25/09/2015, 7:35 Quote Post

QUOTE(Razorblade1967 @ 25/09/2015, 4:26)
Wychowałem się w 350-tysiecznym mieście...

Ja w góra 1500-osobowej "wiosce", a więc z mojej ówczesnej perspektywy sprawy wyglądały tak jak opisałem. Fakt, w mojej miejscowości działał prywatny przedsiębiorca produkujący przepyszną oranżadę. Poza tym zajmował się napełnieniem takich wielkich szklanych butli wodą sodową. Z pewnością niektórzy je pamiętają. Rozprowadzał też naboje z CO2 do popularnych w swoim czasie "syfonów".
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #90

9 Strony « < 4 5 6 7 8 > »  
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej