Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Następny krach finansowy ?
     
Marian Janusz Paździoch
 

II ranga
**
Grupa: Użytkownik
Postów: 81
Nr użytkownika: 97.930

Stopień akademicki: KLON BANITA
 
 
post 16/09/2015, 15:39 Quote Post

Wiele tematów na tym forum poświecono bieżącym wydarzeniom politycznym, wojnom, zmianom rządów, itd. Dziwi mmnie jednak że nikt nie poświęca tu dostatecznej uwagi kwestiom współczesnego systemu finansowego świata. A ten znajduje się obecnie w stanie wielkiej niestabilności:

QUOTE
Powiedzenie „Sell in May and go away” zaczyna zyskiwać na znaczeniu w obliczu tego, co ostatnio dzieje się na rynkach finansowych. Mimo iż wszędzie słyszymy o kolejnych rekordach na rynkach akcji, to sytuacja zaczyna robić się naprawdę nerwowa.

Z giełdy w Stanach Zjednoczonych, czyli na największym globalnym rynku inwestorzy wyprzedawali akcje przez 11 z 12 ostatnich tygodni. Generalnie z rynku uciekło już ponad 90 mld USD. Napływ / ucieczkę kapitału odzwierciedla niebieska linia na poniższym wykresie. Linia czerwona obrazuje zmiany indeksu S&P 500.

Najciekawszy jest fakt, że przez lata linie te prawie zawsze poruszały się w tym samym kierunku, co było naturalne. Kapitał płynął na rynki akcji. Mieliśmy więcej chętnych na zakup akcji niż na ich sprzedaż, w efekcie czego ceny rosły. Od początku roku kapitał jednak uciekał w dość szybkim tempie a mimo to ceny akcji dalej rosły.

http://independenttrader.pl/fotos/ucieszka...%82dy_w_USA.png

Wytłumaczenia tego zjawiska należy szukać w działaniach samych korporacji notowanych na NYSE. Od początku roku drastycznie wzrósł skup akcji własnych. Korporacje mimo bardzo wysokich wycen akcji zaciągają kredyty, po czym skupują z rynku własne akcje aby je następnie umorzyć.

Sprawa jest na tyle niepokojąca, że zadłużenie korporacji jest na ekstremalnie wysokim poziomie. Pojawiły się już także pierwsze efekty nadmiernego zadłużenia w postaci kilku bankructw.

http://independenttrader.pl/fotos/Buybacki.png

Nadmierne zadłużenie nie jest wyłącznie problemem samych korporacji, ale i inwestorów, którzy bezmyślnie biorą kredyty aby za pożyczone pieniądze kupić akcje licząc na dalszy wzrost ich ceny. Historia pokazuje, że im wyższy mamy poziom Margin Debt (dług zaciągnięty na zakup akcji), tym bliżej jesteśmy końca hossy.

Margin debt - dług na zakup akcji

http://independenttrader.pl/fotos/margin_debt.png

źródło: advisorperspectives.com

Jak widzicie powyżej (linia czerwona) poziom długu zaciągniętego na zakup akcji przekroczył już solidnie poziomy ze szczytów hossy z lat 2000 oraz 2008.

Poniżej dołączam jeszcze kolejny wykres obrazujący poziom długu w relacji do PKB, gdyż samo porównywanie długu w USD w dłuższych odstępach czasowych wypaczone może zostać przez inflację. Margin Debt w relacji do PKB przekroczył już szczyt z 2008 roku oraz jest bardzo blisko poziomów sprzed pęknięcia bańki z 2000 roku.

Margin Debt w relacji do PKB

http://independenttrader.pl/fotos/margin_debt.png

źródło: inflation.us

Jest czymś zupełnie normalnym, iż co jakiś czas mamy hossę czy bessę. Tym razem jednak skala problemów wynikająca z załamania się rynku akcji zapewne będzie większa niż w przeszłości. Poza ekstremalnie przeszacowanym rynkiem akcji mamy dużo większy problem na rynku długu.

Myślę, że można uczciwie powiedzieć, iż rynek obligacji przypomina bańkę wszechczasów, która mimo ogromnej skali interwencji banków centralnych zaczyna pękać.

Tylko na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy rentowność 10-letnich obligacji USA wzrosła o 40 % z 1,66 % do 2,2% obecnie. W Europie gwałtownie tracą na wartości obligacje włoskie, niemieckie, hiszpańskie czy portugalskie. Dzieje się tak mimo interwencji Europejskiego Banku Centralnego. Kwota 60 mld EUR, którą co miesiąc bank pompuje w rynek nie jest w stanie powstrzymać skali wyprzedaży.

Skala zadłużenia jest już tak ogromna, że możliwości jakimi dysponują banki centralne powoli stają się niewystarczające. Dług jest zwyczajnie zbyt duży by udawało się nim skutecznie zarządzać. Dla przykładu w 1981 roku cały rynek długu w USA (rządowy, lokalny oraz korporacyjny) odpowiadał za 66% PKB. Dziś jest to 417%. Ponad pięciokrotny przyrost!!! W Europie jest zresztą podobnie.

W ostatnim przemówieniu Bill Gross, tzw. król obligacji, założyciel i wieloletni dyrektor generalny PIMCO stwierdził, iż „Obligacje niemieckie są życiową okazją do shortowania”. W podobnym tonie wypowiada się zresztą Warren Buffet.

Na rynku obecnie panuje minimalna płynność, która zaognia problemy. Wielu zarządzających w funduszach inwestycyjnych zdało sobie sprawę, że czas kiedy obligacje mogły drożeć (rentowność spadała) się skończył i należy pozbyć się długu, który jest niespłacalny a straty wynikające z odpisów będą kolosalne.

Jak mogą reagować banki centralne?

Przez ostatnie lata banki centralne aby podtrzymać bańkę na rynku długu skupowały ochoczo obligacje rządowe kreując tym samym dodatkowy popyt. Rentowność obligacji spadała ceny zaś rosły. Inwestorzy na całym świecie widząc sprzymierzeńców w bankach centralnych rzucili się do zakupów.

Długoterminowy dług rządowy kupowano nie po to by zainkasować 2 - 3% odsetek, lecz wyłącznie aby odsprzedać go po wyższych cenach gdy tylko rentowność spadnie jeszcze bardziej. Trzy miesiące temu, gdy część obligacji zaczęła oferować negatywną rentowność co było gwarantem straty, część funduszy zdecydowała, że trzymanie obligacji nie ma sensu. Lepiej jest pozbyć się długu, który nie wiadomo czy będzie kiedykolwiek spłacony i zamienić go na bezpieczniejszą gotówkę. Tego centralni planiści chyba nie przewidzieli.

W efekcie doszliśmy do sytuacji, w której coraz większa część inwestorów zdaje sobie sprawę, iż 35-letni cykl hossy na rynku obligacji dobiegł końca i należy się po cichu ewakuować. Problem jest jednak taki, że skala długu jest przytłaczająca, a kupujących jest jak na lekarstwo.

Aby ratować sytuację banki centralne na całym świecie zaczną zapewne robić to, co umieją najlepiej, czyli dewaluować walutę. Dodruk oficjalny czy zakulisowy nabierze tempa. Ostatecznie należy zrobić wszystko by zapobiec załamaniu się systemu.

Prawdopodobnie skończy się to tak, jak kończyło wielokrotnie. Banki centralne utrzymają stopy procentowe na minimalnych ale dodatnich poziomach. Dodruk nie powstrzyma skali wyprzedaży długu, w efekcie czego samoczynnie wzrośnie rentowność obligacji. Ogromna część dochodów podatkowych będzie przeznaczana na spłatę zadłużenia, co zmusi z kolei banki centralne do szybszej monetyzacji długu (dodrukowujemy walutę aby spłacić dług). Realna inflacja wzrośnie powyżej 10%, przy czym rząd nadal nie będzie jej dostrzegał. Ostatecznie coraz większa część społeczeństwa zacznie tracić wiarę w walutę szukając ochrony w dobrach materialnych, co tylko przyspieszy ucieczkę od waluty, po czym przejdziemy do nowego systemu.

Turbulencje rynkowe wynikające z drastycznej utraty wartości obligacji stanowiących trzon piramidy derywatów mogą być ogromne. Dzisiejszy system finansowy jest systemem naczyń połączonych. Problemy jednej instytucji w ciągu kilku dni mogą rozlać się na kolejne firmy w kilku krajach, a procedury Bail-in wprowadzone po kryzysie cypryjskim mogą stać się standardem.


http://independenttrader.pl/356,jak_wiele_..._od_krachu.html

Jak może wyglądać przyszły kryzys pisze też Paweł Wawrzyński ("Nadchodzi wielki krach" "Do Rzeczy" 14-20 IV 2014)

"(...)Amerykański bank centralny (FED) dzielnie walczy z kryzysem, który sam wywołał, zapewniając pieniądze wszystkim instytucjom finansowym, które mogłyby ich potrzebować. Robi to dwiema drogami. Po pierwsze utrzymuje niskie stopy procentowe. Po drugie, skupuje obligacje skarbowe i hipoteczne (z pokryciem w postaci kredytów hipotecznych) za wyemitowane dolary. W rezultacie liczba dolarów w obiegu wzrosła w latach 2008-2014 z 800 mld do 4 bln. Tani, łatwo dostępny dolar rozpłynął się po USA oraz całym świecie i spowodował eksplozję rozmaitych aktywów, takich jak akcje przedsiębiorstw. Jaka jest wartość akcji spółek giełdowych i po co ludzie je w ogóle kupują? Podstawowa sprawa jest taka, że te przedsiębiorstwa wypracowują zysk i wypłacają dywidendy. Akcje mają wtedy wartość proporcjonalną do tych dywidend. Jeśli, dla przykładu, oprocentowanie lokat bankowych wynosi jeden dolar, to ta akcja jest warta trochę poniżej 20 dolarów. Dlaczego poniżej? Ponieważ zysk przedsiębiorstwa nie jest tak pewny jak przychód z lokaty. Jeśli jednak bank centralny spowoduje, że oprocentowanie lokat spadnie do 1 procenta, to musimy wyłożyć pięciokrotnie więcej na lokatę, aby dostać jednego dolara, a zatem wartość tego, co przynosi jakikolwiek przychód, w tym akcje przedsiębiorstw, rośnie pięciokrotnie. Na tym tym jednak nie koniec. Jeśli ceny akcji rosną, to opłaca się je kupować spekulacyjnie, aby kiedyś sprzedawać je po wyższych cenach. Teraz kupowane są akcje, bo to na nich "się zarabia".
Spekulacyjnemu wzrostowi cen akcji towarzyszy wzrost ilości długu zaciąganego na ich zakup. Pożyczone pieniądze nie mogą jednak płynąć na giełdę w nieskończoność. W marcu 2000 r. kiedy pękała bańka internetowa, pożyczki na akcje stanowiły 2,7procent amerykańskiego PKB, w lipcu 2007, trzy miesiące przed krachem, stanowiły 2,6 procent. amerykańskiego PKB. Obecnie jest już to 2,7 procent.
Pięciokrotne zwiększenie ilości pieniądza w obiegu pozwoliło amerykańskiej gospodarce złapać nieco oddechu. PKB Stanów Zjednoczonych faktycznie rośnie, w odróżnieniu od PKB Unii Europejskiej. Drukowanie dolarów niewątpliwie bardzo podobało się na Wall Street, gdzie inwestorzy zarobili mnóstwo pieniędzy, a także w Białym Domu. Rząd mógł bowiem tanio pozyskiwać finansowanie swoich wydatków. W rezultacie amerykański dług publiczny wzrósł z 45 proc. PKB w roku 2007, do ponad 100 proc. obecnie.
Co będzie dalej? Program luzowania ilościowego, w ramach którego pieniądze są wstrzykiwane w amerykańską gospodarkę, jest właśnie wygaszany. Jego kontynuowanie nie miałoby już żadnego skutku poza wywołaniem inflacji. Janet Yellen, prezes FED, zapowiedziała 19 marca, że program ten zakończony do końca roku, po czym w ciągu sześciu miesięcy rozpocznie się podnoszenie stóp procentowych. Amerykańskie władze monetarne liczą na to, że można zwiększyć ilość pieniądza w obiegu pięciokrotnie, wywindować ceny akcji do rekordowych poziomów i wrócić do "normalnego" prowadzenia polityki gospodarczej, ze stopą procentową na poziomie 5 procent. Podobne rachuby przyświecały zarządowi FED w roku 2007 i przyniosły opłakane skutki.
Jak krach może wyglądać tym razem? Perspektywa podniesienia stóp procentowych ograniczy popyt na akcje przedsiębiorstw. Stosunek ich cen rynkowych do średniorocznych zysków z ostatnich 10 lat (tzw. Schiller PE ratio dla spółek w indeksie S&P 500) wynos 25, 7 wobec historycznej wartości przeciętnej wynoszącej 16. Ponieważ tylko pewna część zysków przedsiębiorstw jest wypłacana jako dywidendy, są one zbyt małe, aby uzasadnić zakup akcji. Ceny akcji przestaną rosnąć i nie będzie można już dalej zarabiać na tym wzroście. A trzymanie czegoś, na czym się nie zarabia, nie ma sensu. Sprzedający będą przeważać nad kupującymi i ceny akcji zaczną spadać. Trzymanie czegoś co traci na wartości, jest tym bardziej bez sensu, więc nastąpi wyprzedaż akcji i załamanie na giełdzie.
Amerykanie uważają inwestycje za granicą za bardziej ryzykowne niż inwestycje w kraju, więc załamanie na giełdach w USA powoduje ich wycofywanie się z inwestycji na świecie: w akcje, w obligacje rządowe, a także bezpośrednich. Dolar będzie spływał z powrotem do USA, powodując tam inflację. FED będzie walczył z inflacją, podnosząc stopy procentowe i zbierając gotówkę z rynku (prze wyprzedaż obligacji skarbowych). Będzie zmuszony do stosowania środków dokładanie odwrotnych od tych, którymi starał się zamaskować kryzys. Tym samym kryzys wróci do USA, tylko że tym razem nie da się z nim walczyć poprzez drukowanie dolarów, ani przy użyciu wydatków rządowych finansowanych długiem. Gdyby źródłem dobrobytu były prasy drukarskie, nie byłoby biednych państw na ziemi.
Podobnie jak w roku 2008 grypa w gospodarce USA wywoła zapalenie płuc w Europie. Dolary wycofywane przez Amerykanów będą powodowały załamanie cen akcji. Wycofywane z obligacji rządowych europejskich państw będą powodowały wzrost oprocentowania tych obligacji i spadek ich wartości. Europejskie banki, które te obligacje posiadają, będą ponosiły straty. Będą miały mniej środków na kredyty dla przedsiębiorstw czy na kredyty na zakup nieruchomości. Stagnacja europejskiej gospodarki przerodzi się w recesję. Wzrośnie temp zadłużania się europejskich państw i przybliży bankructwo zadłużonych już teraz po uszy Włoch, Hiszpanii oraz Portugalii.(...)"


Jeszcze trochę realnych danych o stanie amerykańskiej gospodarki:

http://www.shadowstats.com/alternate_data/

Jak widać teraz dobrze, polityka Obamy nie przyniosła kompletnie żadnych rezultatów. Nie tylko nie rozwiązano problemów, które powstały na skutek nieodpowiedzialnej polityki Clintona, Busha i FED-u, ale wręcz wręcz je spotęgowano. W końcu wyjdą one na jaw, a pytanie nie brzmi czy, ale kiedy to się stanie...

Ten post był edytowany przez Marian Janusz Paździoch: 16/09/2015, 15:46
 
User is offline  PMMini Profile Post #1

     
Erich_Von_Manstein
 

I ranga
*
Grupa: Użytkownik
Postów: 47
Nr użytkownika: 71.408

 
 
post 16/09/2015, 15:54 Quote Post

^^ No cóż, USA wygrały zimną wojnę ale kosztowało ich to bardzo dużo. Przecież za kilka miesięcy znów będzie wyłączanie wszystkiego w stanach na dwa tygodnie, aż senat się złamie i znów pozwoli na zwiększenie limitu zadłużenia. Już w tym momencie przejście na finansowy realizm i faktyczną spłatę zadłużenia oznacza dla stanów zrezygnowanie ze statusu super mocarstwa.

Trzeba im jednak przyznać, że cały proceder przeprowadzają profesjonalnie i ludziom się wydaje, że to wszystko ma sens. dlatego też dolar trzyma się jako tako cały czas. Faktem jednak jest, że w pewnym momencie to wszystko się zawali. Pytanie czy w tym roku czy dopiero za 20 lat.

Dla dociekliwych polecam sprawdzić jak wyglądała wartość dolara w ostatnich 100 latach. Jak chodzi o same krachy na giełdzie to jeszcze nic strasznego. Zdarzają się regularnie co kilka lat. Nawet ostatni kryzys z 2009 roku nie był tyle spowodowany przez samą giełdę co przez załamanie się rynku nieruchomości w wielu krajach na świecie w tym samym momencie. Typowa bańka spekulacyjna, która pękła.

Przykładowo w 2001 roku jak sprzedawano mieszkania w Domu Wschodzącego Słońca w Krakowie to jeden metr kosztował 1,7zł. 5/6 lat później była oferta sprzedaży mieszkania w tym budynku za 17tys zł za metr. W zwykłych kawalerkach ceny zaczynały się nawet od 9 tys. Wiele ludzi brało kredyty u kupowało licząc że ceny wzrosną jeszcze bardziej.

Na chwilę obecną żadnej aż takiej bańki nie ma, więc jakiegoś wielkiego krachu bym się nie spodziewał.
 
User is offline  PMMini Profile Post #2

     
modulometer
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 100
Nr użytkownika: 69.133

 
 
post 18/09/2015, 9:55 Quote Post

QUOTE
nak przyznać, że cały proceder przeprowadzają profesjonalnie i ludziom się wydaje, że to wszystko ma sens. dlatego też dolar trzyma się jako tako cały czas. Faktem jednak jest, że w pewnym momencie to wszystko się zawali. Pytanie czy w tym roku czy dopiero za 20 lat.


Oni niczego nie muszą robić tak aby wydawało się że to ma sens bo rola dolara w świecie dawno została już ustalona i zdefiniowana. Zamiarem Amerykanów było sprowadzenie dolara do substytutu złota i w dużej mierze tę role dolar obecnie spełnia mimo wszystkich swych wad papierowego pieniądza. jest to waluta światowa w której rozliczane są wszystkie najważniejsze transakcje. Jest to waluta w której obok yena i euro rozlicza się międzynarodowe zadłużenie i w końcu jest to waluta w której na giełdach rozlicza się transakcje ropą naftową. Możesz sie umówić z Putinem że będziesz od niego kupował ropę za zambijskie kwachy, ale na giełdzie i tak będziesz musiał zapłacić dolarami. W końcu fakt że długi zaciągają państwa głównie w dolarze sprawia ze nikomu obalenie tego dolara prócz kilku krajow (głównie Rosji) się nie opłaca. Słowem wszyscy są od dolara uzależnieni i dopóki to uzależnienie będzie trwało dopóty $ będzie walutą światową.
Oczywiście... można spierać się co do rzeczywistej wartości i siły dolara, ale trzeba spojrzeć na fakty. Dziś pieniądzem rządzi polityka i psychologia a nie matematyka niestety. Jeszcze 30 lat temu drukowanie pieniądza w celu wyjścia z deflacji byłoby herezją a rynki natychmiast by to wyceniły. Dzis drukuje każdy. bez skutku. Ni to pozytywnego ni negatywnego. malutka Szwajcaria przestraszyła sie w końcu tego że kiedyś ten drukowany frank wyleje się na rynek i przestała bronić waluty, ale reszta dzielnie tworzy nowe sterty papieru. Japonia nadrukowała yenów już tyle że starczyłoby chyba na wytapetowanie każdego mieszkania na tej planecie. I co? I nic. A to dlatego ze japonia ma głównie problem społeczny a nie finansowy - starzejące się społeczeństwo które nie potrzebuje konsumować tyle co młode. Jak to się skończy tego nie wie nikt, ale stety/niestety fakt dominacji dolara jest faktem niezaprzeczalnym i to on jest głównym czynnikiem potęgi USA, które bedą tego systemu bronić do samego końca.
Natomiast co do krachów to wbrew wszystkim doomsdaysayerom to przykra prawda że każdy z nich taki krach przepowiada raz na 2 miesiące a i tak jak już któryś trafi to jedyny raz w życiu :-). Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują że jesteśmy na progu nowego przekłucia bańki na giełdzie w USA, ale jakoś tego czarnego łabędzia nigdzie nie widać mimo że to co stało się pare tygodni temu w Chinach powinno zatrząść posadami świata.
natomiast co do idiotycznych cen nieruchomości w latach 2006-10 to ja tylko jednego żałuję. Że swojego mieszkania wtedy nie sprzedałem. jak widziałem ludzi kupujących dziury w ziemi na kredyty frankowe to miałem potwierdzenie tego ze rynkami rządzi psychologia. Teraz doszła polityka. I to wszystko. Teraz płacz bo mieszkania warte kilkanaście % mniej a frank droższy o 1.50pln. Mieszkania zresztą to nie jest dobra inwestycja na czas kryzysu. Obecnie największe spadki cen mieszkan mamy w Grecji, Rosji i Hiszpanii. Także uwaga na to jak ktoś liczy na to że kryzys i mieszkanie idą ze sobą w parze.
Moim zdaniem spektakularnego krachu długo jeszcze nie będzie. USA dośc dobrze połatały system bankowy a krach na giełdzie to zjawisko takie samo jak burza w lecie - naturalne w sumie. Będzie kłopot z Grecją i Chinami a przez to ze spowolnieniem. Pewne sektory zaczną upadać - glównie surowcowe w takich krajach jak Australia. W Polsce padną kopalnie, w Norwegii pewnie zamkną kilka platform. Rosja to dla inwestorów rynek wschodzący więc nawet jak się przewróci to problem bedzie bardziej polityczny niż gospodarczy . Słowem ja bardziej zakładam powolny uwiąd i zamieranie koniunktury światowej bo to drukowanie kasy widać nic nie daje. natomiast jakiegoś spektakularnego krachu na wzór Lehman Bro to raczej nie widzę. Giełdy na pewno bedą miały czarne dni, ale to raczej normalne.
Główne pytanie dla przecietnego zjadacza chleba to chyba tylko takie co zrobić z oszczędnosciami. i tu jest problem bo w dzisiejszych czasach nie ma pewnego aktywu który gwarantowałby przeniesienie wartości w czasie. No jest złoto ale złoto jest już drogie i poza tym społeczeństwa od jakichś 30 lat nie traktują złota jako środka płatniczego. Psychologicznie odzwyczaiły się od posiadania i inwestowania w złoto. Złotem zajmują się dziś głównie nielicznie inwestorzy, fundusze i banki centralne. Ze sprzedażą metali nie jest zresztą juz tak wesoło jak kiedyś bo z tego co pamietam NBP już nawet nie skupuje srebra 'z ulicy'. Złoto chyba jeszcze tak. ja gdybym mógł to oszczędzałbym w japońskich yenach, ale w Polsce handel ta walutą w postaci banknotów a nie zapisów w internetowych kantorach praktycznie nie istnieje. Pozostaje trzymanie oszczędnosci w dolarze lub euro i chyba to ma perspektywie kilku lat sens widząc jak przebiegają kryzysy w ościennych krajach i ku czemu zwracają sie ludzie. nie do złota (choć też) ale głównie dolar. I to fizyczny - papierowy właśnie
 
User is offline  PMMini Profile Post #3

 
2 Użytkowników czyta ten temat (2 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej