Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
14 Strony  1 2 3 > »  
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Polskie drogi do niepodległości w XIXw., Za wolność naszą i waszą.
     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 11/12/2003, 15:58 Quote Post

Wojska polskie w okresie rozbiorów, walczące u boku sojuszników "za wolność waszą i naszą" często były niecnie wykorzystywane do dławienia ruchów niepodległościowych (chociażby Haiti).
Czy znacie tego typu konflikty w których Polacy walczyli wbrew hasłom wypisanym na sztandarach (jakie?) i co o tym sądzicie?
 
User is offline  PMMini Profile Post #1

     
chrobry
 

Dziesięciotysięcznik
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 188
Nr użytkownika: 385

 
 
post 11/12/2003, 20:18 Quote Post

A tłumienie powstania na San-Domingo?

To dowód, ze nasi sojusznicy nas wykorzystywali
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #2

     
Qltura
 

Ja�nie Absolutnie O�wiecony
*****
Grupa: Administrator
Postów: 688
Nr użytkownika: 2

 
 
post 11/12/2003, 21:51 Quote Post

''Polacy wysłani na San Domingo

Pierwszym Polakiem wysłanym na San Domingo był gen. bryg. Władysław Jabłonowski (znamienity dawniej ród, miał w swych szeregach hetmanów). Wysłano go na własną prośbę w maju 1802 roku, delegując do sztabu gen. Leclerca.. W sierpniu powierzono mu akcje likwidacji powstania w Departamencie Północnym. W trakcie wykonywania powierzonych sobie zadań Jabłonowski zachorował na żółtą febrę i szybko, 29 września 1802 roku zmarł. Warto wspomnieć jeszcze jego adiutanta, kpt. Konstantego Przebendowskiego, który mając wysokie kwalifikacje, został dołączony do sztabu, a 6 listopada 1803 roku w stopniu szefa szwadronu mianowany adiutantem naczelnego wodza gen. Rochambeau.
Latem 1802 roku Bonaparte planował wysłanie posiłków na San Domingo, listy Leclerca nie nastrajały optymizmem i wiadomo było, że bez szybkiego wsparcia ekspedycja może się zakończyć fiaskiem. Liczbę sił określono na 5 generałów (Jabłonowski już pojechał) i 9008 żołnierzy i oficerów. Do ekspedycji wyznaczono także Polaków z 3 półbrygady Legii Naddunajskiej, stacjonującej wtedy w Livorno. Zniechęceni służbą we Włoszech legioniści, przyjęli decyzję o ekspedycji obojętnie, choć część oficerów złożyła dymisje (robili to też wcześniej). Decyzję za to protestował w Mediolanie Dąbrowski, znający cel wyprawy. Nie zgodził się jednak z propozycją przeprowadzenia oddziałów polskich do Turcji, skąd miały by wyruszyć na ziemię polskie i po zajęciu Kamieńca Podolskiego wywołać powstanie.
Na czele jednostki, przemianowanej 22 grudnia 1801 r. na 113 półbrygadę francuską, po dymisji Stanisława Fiszera, stanął Francuz Fortunat Bernard. Choć stan jednostki miał wynosić 96 oficerów i 3138 żołnierzy, nie był pełny i na wyprawę ruszyło ogółem 2810 Polaków. Zaopatrzono ich w przewidzianą ilość pożywienia, dodatkowe stroje kolonialne, wypłacono żołd. Na pokładach 12 statków przewozowych wypłynęli 17 maja 1802r. Po postojach w Hiszpanii ruszono na Antyle 23 -25 lipca 1802 i dotarto na miejsce 2 września.
Drugim polskim rzutem na San Domingo była 2 półbrygady Legii Naddunajskiej, także przemianowana na 114 półbrygadę francuską, a jej dowódcą był płk. Aksamitowski. (Co ciekawe początkowo proponowano 1 półbrygadzie, ale jej szef Grabiński dzięki dobrym znajomością doprowadził do zmiany decyzji). I Konsul uznając znaczenie tej kolonii, w listopadzie 1802 roku podjął decyzję o wysłaniu kolejnych posiłków. Przewidziano ich liczbę na 12 138 żołnierzy. Tym razem poważnym problemem mogła być dezercja, ponieważ wiedziano już wtedy o stratach i warunkach walk na wyspie. Znowu odezwały się głosy sprzeciwu wśród polskiej emigracji, ale ponownie Dąbrowski nie zdecydował się na jakąś akcję. W grudniu jednostkę przesunięto do Reggio, gdzie zebrano 83 oficerów i 2587 żołnierzy (liczba ta wzrosła po dołączeniu rekonwalescentów). Po przejściu do Parmy, 16 grudnia ogłoszono przemianowanie na 114 półbrygadę francuską i ogłoszono podniesienie żołdu, co poprawiło nastroje. Niestety nie przeprowadzono wymiany karabinów, które były w opłakanym stanie Potem poszła pod Genuę, gdzie 24 stycznia 1803 roku załadowano pierwszą grupę na okręty z eskadry kontradmirała Jakuba Bedouta. Ogółem około 1960 żołnierzy, którzy wypłynęli 27 stycznia. 13 lutego zaokrętowano 475 żołnierzy, czyli ruszyło około 2460 ludzi, plus dodatkowo szebek "L'Eole" z 60 spóźnionymi Polakami z obu półbrygad. Do celu okręty docierały oddzielnie w marcu 1803 roku.
Dane liczbowe nie są pełne, dodatkowo różne źródła różnią się liczbami, a poza tym nie są pewne straty w podróży. Opierając się na podanych wyżej liczbach można przyjąć, że na wyspę ruszyło łącznie 5270 Polaków.

Walki Polaków na San Domingo

Leclerc, a po jego śmierci na febrę (nocą 2 listopada 1802 roku), Rochambeau z utęsknieniem czekali na każde posiłki. Natłok zadań w połączeniu z ogromnymi stratami powodowały, że bez czasu na aklimatyzację, oddziały praktycznie z okrętów szły do walki. Francuscy dowódcy mieli o Polakach jak najlepsze mniemanie, znając ich czyny we Włoszech, czy na teatrze Niemieckim. Niestety, doświadczenia walk europejskich nie mogły się przydać na wyspie, gdzie przeciwnik stosował inną taktykę. Szczególnie było to widać podczas akcji zwalczania nieregularnych band. Polacy nie walczyli jednak jako cała jednostka. Bataliony były przydzielone do różnych ugrupowań, a dodatkowo wydzielano mniejsze oddziały do konkretnych zadań. Np. akcja kpt. Grotowskiego, któremu udało się dostarczyć zaopatrzenie do oblężonego Marmelade. Cały czas istniało zagrożenie, brak poczucia bezpieczeństwa. Dobrze obrazuje to zdrada 31 października 1802 mulackich oddziałów Petiona i Clarvaux, w sile 2500 ludzi. Batalion Wodzińskiego został otoczony i przebijał się z ciężkimi stratami. Dalsze walki batalionu powiększyły straty, znowu zdrada części oddziałów kolonialnych komplikowało sytuację. Np. odcięte kompanie broniące się w wolno stojącym budynku, zostały podpalone. W ten sposób z 984 żołnierzy I batalionu, po dwóch miesiącach walk pod bronią zostało ok. 150. Rok później stwierdzono, że z batalionu zostało przy życiu raptem 20 ludzi.
II batalion Bolesty, wyładowany w Mole Saint Nicolas w sile 701 ludzi, z czego część oczywiście od razu szpital, ruszył w ramach ekspedycji do Departamentu Zachodniego, a następnie Południowego. Wzięli tu udział w walkach o odzyskanie kontroli nad ważniejszymi miejscowościami i stanowili ich załogi. Pojawia się tu kontrowersyjna sprawa wybicia 400 ludzi batalionu kolonialnego w Saint Marc. Cała sprawa miała związek ze wzmiankowanymi wcześniej aktami zdrady i zdradą gen Dessalines 17 października. Murzyni, którzy do apelu wystąpili bez broni, zostali otoczeni i wykłuci przez pozostałe oddziały z załogi. Padło też podejrzenie na Polaków, których w mieście było ponad 100. W polskiej historiografii problem ten wywołał gorącą dyskusje.
III batalion w sile 634 ludzi lądował w Borgne, na zachód od Cap Francais i od razu zasilił dywizję gen. Brunet. Polacy zostali włączeni do akcji pacyfikacji masywu północnego i ochrony szlaków. Np. ok. 14 października bronili przedpola miasteczka Limbe, i zostali odrzuceni do zabudowań, gdzie w kontrataku zdobyli działo. Nie przerwało to jednak murzyńskich ataków, przy ich ciągłym naporze, walki w tym rejonie zakończyły się porażką Francuzów. III batalion doznał ogromnych strat i 9 listopada po ewakuacji do Cap Francais obliczano go na 98 zdrowych i 178 chorych. 1 grudnia 1802 jego resztki włączono do 31 półbrygady francuskiej.
Od listopada główny wysiłek Francuski był skierowany na obronę ważniejszych baz. Wszędzie groziły ataki oddziałów partyzanckich, co uniemożliwiało bez posiłków z Europy, podjęcie działań ofensywnych. Polacy walczyli jako części składowe wymieszanych związków bojowych. Tak na przykład grupa żołnierzy II batalionu pod dowództwem kpt. D. Dziurbasa skutecznie broniła Mole Saint Nicolas, na pamiątkę jeden z fortów nazwano imieniem polskiego kapitana. W styczniu 1803 murzyni zajęli szpital pod Cap Francais, mordując ok. 1600 pacjentów i obsługę, zginęło wtedy kilkudziesięciu Polaków. Podobne wypadki miały miejsce w lutym na wysepce Tortuga. Względną stabilność sytuacji przekreśliło rozprzestrzenienie się powstania na Dep. Południowy w marcu 1803r. Jedyną nadzieją dla opanowania sytuacji, wydawały się znaczne posiłki z Francji. Na samej wyspie pod bronią zostawało jeszcze ok. 11 000 ludzi, ale straty wzrastały, szczególnie że nasiliły się zachorowania na febrę. Dla 113 półbrygady straty były tak poważne, że z końcem marca myślano o jej skreśleniu z ewidencji.
114 półbrygada jak wspomniano przybyła na wyspę etapami. Pojawienie się nowych jednostek, gen. Rochambeau chciał wykorzystać do podjęcia ofensywy. I batalionowi w sile 400 ludzi wspartych jednostkami gwardii narodowej, powierzono główne zadanie oczyszczenia równiny Torbeck z powstańców. II batalion miał iść w kolumnie z zadaniem osłony wybrzeża. A III b. w kolejnej. Cała akcja z powodu braku synchronizacji nie przyniosła efektów, a I kolumna, w tym Polacy, doznała poważnych strat i wycofała się. III batalion w sile 649 żołnierzy ruszył 11 kwietnia, ale od razu problemy z żółtą febrą wstrzymały akcję. Kilka dni później ruszono pod nowym dowództwem i w górzystym obszarze zaatakowano umocnione pozycje powstańców gen. Ferru, po obejściu zmuszając ich do odwrotu. Ale akcja była kontynuowana i po nieudanym boju o kolejne przeszkody 27 kwietnia podjęto odwrót. Kolejna kolumna ruszyła do akcji pod dowództwem wiernego Francji murzyńskiego gen. Laplume. W jej składzie szli Polacy z I batalionu Małachowskiego. Ale brak współpracy i zgrania z innymi kolumnami spowodował, że po licznych perypetiach musiała się wycofać, uznając za sukces brak poważnych strat. 28 kwietnia rozpoczęły się także działania pod Cayes, które próbowali zdobyć powstańcy. Miasta bronili także Polacy ze 114 i dzięki dobrej postawie obrońców, atakującym zadano duże straty. Radość z sukcesu przyćmiewał jednak fakt, że febra powodowała większe straty, od kul przeciwnika. Podobnie ciężkie chwile przeżywała załoga Jacmel, także z Polakami w składzie. Dalsze walki w obronie umocnionych punktów w maju i czerwcu 1803 roku powodowały coraz większe straty. O tym jak ciężkie panowały warunki i powodowały narastanie przygnębienia, niech świadczy fakt samobójczej śmierci powszechnie szanowanego szefa batalionu Ignacego Jasińskiego 22 czerwca.
Nie rokująca nadziei sytuacja, została pogorszona dodatkowo przystąpieniem Anglii do wojny, w maju 1803. Praktycznie kontakt z metropolią został zerwany, a oblężone porty były teraz blokowane i ostrzeliwane z morza. Zaczął panować głód. 1 sierpnia, dowódca obrony Jeremie gen. Fressinet, podjął decyzję o opuszczeniu pozycji, przy jednoczesnym pozostawieniu niczego nie spodziewającej się załogi polskiej cytadeli. Uciekinierzy w większości trafili do Angielskiej niewoli, a pozostawieni 140 Polaków i grupa Francuzów 5 sierpnia kapitulowali. Na szczęście gen. Ferru, mając bardzo dobre mniemanie o Polakach, pozwolił im odpłynąć na Kubę. 12 października kapituluje przed Anglikami Cayes, kilka dni wcześniej Port au Prince. 30 listopada kapitulował sam głównodowodzący gen. Rochambeau, oddając powstańcom Cap Francais, sam zatrzymany przez Angielski "Bellerophon" (ten sam, na którego pokładzie smutną podróż odbył Napoleon).



Niedobitki

Los Polaków i Francuzów biorących udział w tej ekspedycji, może wydać się nam tragiczny. Ale ci, którym udało się przeżyć mieli przed sobą ciernistą, równie koszmarną drogę, na końcu której często czekała śmierć.
Duża część nieszczęsnych jeńców znalazła się w niewoli Angielskiej. Tych przewożono na Jamajkę, gdzie w miarę wzrostu ilości przybywających (do 7000), traktowano ich coraz gorzej, co przyznają nawet angielscy historycy. Dopuszczono się złamania porozumień kapitulacyjnych, odbierano osobiste rzeczy, zdzierano mundury i pogarszały się warunki lokalowe i pożywienie. Szeregowi często przymusem wcielano do regimentów angielskich. Oficerów osadzono w Spanishtown i Kingston, gdzie z czasem posiadający środki na podróż, zostali zwolnieni na parol. Szeregowcy, nie mający szansy na zwolnienie znaleźli się w ciężkim położeniu. Podzielono ich na: ciężko rannych i chorych odesłanych do USA pod opiekę francuskiego konsula w Charlestonie. Ogółem 36, odesłanych potem do Francji. Lżej ranni i chorzy zostali w niewoli w szpitalu, gdzie umierali lub mogli wrócić do zdrowia. Trzecia grupa jako zdolna do służby wojskowej 1)a odesłana do Anglii. Tu z braku miejsca w więzieniach osadzono ich na "pontonach", czyli wycofanych z czynnej służby okrętach. Okropne warunki bytowe powodowały dużą śmiertelność. Stąd pojawienie się werbowników mogło być szansą na przeżycie. Gdy samo to nie skutkowało, starano się przekonać opornych biciem i szczególnym traktowaniem. Szacuje się, że w ten sposób na brytyjską służbę trafiło ok. 1000 legionistów, głównie do 60 regimentu, który brał później udział w walkach w Hiszpanii. Pozostali jeńcy znaleźli się w różnych miejscach Wysp Brytyjskich, z czego przebywało tam jeszcze w 1814 roku 6 oficerów, 72 żołnierzy polskich.
Innym miejscem, gdzie wśród uchodźców z San Domingo znaleźli się Polacy, była hiszpańska Kuba. Wylądowało tu ok. 40 legionistów z załogi Jeremie, a w październiku 1803 ok. 50 z oddziałem gen. Lavalette z Port au Prince. Na mocy umowy generał ten utrzymywał żołnierzy w przygotowanych obozach na koszt Francji, ale ograniczono w ten sposób swobodę poruszania się i do pobliskiej Hawany udawali się tylko posiadający własne środki. W grudniu dołączyła do nich grupa gen. Noailles, a w niej ok. 80 Polaków. W sumie w obozie Baracoa znalazła się grupa 200 legionistów z oficerami, na czele kpt. Berensdorff. Warto zanotować fakt udziału tego oficera i ok. 20 Polaków w akcji gen. Noaillesa, w wyniku której abordażowano brytyjską korwetę i doprowadzono ją do Hawany. Trzecia grupa to żołnierze, którzy znaleźli się we wschodniej części San Domingo, której stolicę Santo Domingo, Francuzi zajęli 21 lutego 1802. Dowodził tu gen. Perichon, z północnej części wyspy wycofał się gen. Ferrand, który w grudniu 1803 miał jeszcze 800 ludzi, w tym 75 Polaków. Ten drugi był zdecydowany bronić miasta, do czego starannie się przygotował tworząc umocnione punkty. Bardzo liczono tutaj na pomoc oddziałów z Kuby, jednak mimo takich planów nie doszło do niej. Warto dodać, że korzystając z baz w tej części wyspy rozpoczęto akcję korsarską. Wśród kaprów było kilkunastu Polaków, np. szef batalionu Kobylański, szef batalionu Blumer (późniejszy generał), ppor. Lux. Atak powstańców na Santao Domingo rozpoczął się 6 marca 1805. Obrońcy dokonywali częstych wycieczek i doczekali się przybycia francuskiej flotylli z posiłkami (Piemontczycy). Mimo tych sukcesów choroby powodowały wykruszanie się obrońców. Po wielu perypetiach ostatni obrońcy Santo Domingo kapitulowali 8 lipca 1809 roku przed oddziałami hiszpańskimi. W ich szeregach było jeszcze ok. 40 Polaków. Warto dodać, że niektórzy w 1807 roku, np. Lux i Wierzbicki otrzymali pozwolenie na powrót do Europy i rozpoczęli służbę w armii Księstwa Warszawskiego.
Przez cały okres walk na San Domingo Polacy wracali do Francji. Najczęściej ranni i ciężko chorzy, często też pozbawieni dowództwa oficerowie. Pod koniec 1803 roku w Paryżu zebrało się 12 oficerów 113 półbrygady. W 1805 w obozie Chalons-sur-Marne wśród 65 polskich oficerów, było 52 przybyłych z wyspy, ogólnie doliczono się 136 którym udało się wrócić. Niestety szeregowcy nie mieli tyle szczęścia, oblicza się, że przeżyć i wrócić mogło ich około 300. Do tego można dodać 150, którzy walcząc w szeregach angielskich w Hiszpanii, przeszli z powrotem do swoich. Warto też dodać, że w 1815 roku, w czasie wojny angielsko-amerykańskiej, w trakcie walk o Nowy Orlean, z szeregów angielskich zdezerterowało do kilkunastu Polaków, prawdopodobnie dawnych jeńców z San Domingo. Oblicza się, że na Antylach pozostało do 600 Polaków. Wśród nich tacy, którzy poszli na służbę murzynów.
To nie była Polska wojna. San Domingo stało się grobem dwóch jednostek polskich i wyraźną rysą na polsko - francuskim braterstwie hartowanym w ogniu wojen napoleońskich. Rysą która nie zachwiała jednak nie zachwiała lojalnością wobec jedynego sojusznika. To był jeszcze jeden straszny, ale konieczny koszt polskiej niepodległości, co dobrze rozumieli Ci, którzy po powrocie wracali do szeregów. Im wszystkim należy się nasza pamięć. ''

M.Korczyk
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #3

     
Qltura
 

Ja�nie Absolutnie O�wiecony
*****
Grupa: Administrator
Postów: 688
Nr użytkownika: 2

 
 
post 11/12/2003, 21:55 Quote Post

Legia naddunajska

''Wydarzenia 1799 roku groziły Francji ostateczną klęską, a Bonaparte utkwił w Egipcie. Nadzieje ratunku przyniosło zwycięstwo Massény pod Zurychem. Przygotowując się do dalszej walki dyrektoriat podchwycił myśl utworzenia nowych polskich oddziałów na teatrze niemieckim działań, niezależnych od szczątkowych legionów włoskich. Dowódcą nowej legii został gen. Kniaziewicz, a żołnierzy szukano wśród licznych jeńców rosyjskich i austriackich. Powołana rozkazem 8 września 1799 roku legia, ze względu na Prusy nie mogła nosić nazwy Nadreńskiej. Przyjęto więc nazwę Legia Naddunajska. Przydzielono ją do armii Massény z zakładami w lotaryńskim Phalsburgu. Początkowo znajdowała się w opłakanym stanie. Brak pomocy materialnej groził rozpadem legii.
Sytuację odmienił powrót Napoleona i przejęcie przez niego władzy. Kniaziewicz osobiście udał się do Pierwszego Konsula i wyjednał pieniądze, obietnicę żołdu i zatwierdzenie przydziałów oficerskich. Znalazło się tu wielu świetnych oficerów z Fiszerem, Gawrońskim, Sokolnickim, Godebskim na czele. Był tu też polski żyd, kapitan Berek Jaselewicz i kilku jego pobratymców, żołnierzy i lekarzy. Początkowo jej zwierzchnikiem został gen. Moreau. Warto dodać, że jednocześnie legie włoskie reorganizował Dąbrowski. Obu generałom pomocy udzielał przebywający w Paryżu powszechnie poważany Kościuszko. Legia Naddunajska nie tylko rozbudowywała się, ale od listopada otwarto nawet Szkołę Obywatela i Żołnierza. Miała składać się z 4 batalionów piechoty po10 kompanii, w tym grenadierska i strzelecka. 13 marca 1800 roku powiększono ją o artylerię i jazdę legii włoskiej. Legia znajdowała się już wtedy w Metzu. Jej stan wynosił 3200 piechoty, 700 jazdy i 70 artylerzystów. Z końcem kwietnia przeniesiono ich do Strazburga, ale jednocześnie pogorszył się stan finansów i warunki bytowe. Wielu żołnierzy nie miało mundurów i broni, co powodowało problem dezercji. Przykładem jest tu sytuacja pod Kehl, gdzie dopiero interwencja osobista Kniaziewicza, zlikwidowała próbę zbiorowej dezercji. Smutne były też nieporozumienia wśród oficerów i karygodne knowania przeciw dowódcy, potępione na szczęście przez Moreau. Początkowo armia Renu nie prowadziła żywszych działań. Prowadzono służbę patrolową na wschodnim brzegu Renu. W czasie akcji 3 czerwca w rejonie Offenburga do niewoli dostał się Fiszer. Smutne, że zagarnęli go polscy ułani. Sytuacja zdecydowanie poprawiła się, gdy nadeszły wiadomości o zwycięstwach Napoleona we Włoszech. Generał Moreau wreszcie podjął zdecydowane działania. Na początku lipca doszło do starć z armią Kraya. Polacy bili się pod Hattersheim, Höchst, a pod Bergen 12 lipca Kniaziewicz prowadząc dwa bataliony zdobył austriacką baterię. Sokolnicki z powodzeniem forsował rzekę pod Offenbach, a kompania Godebskiego odparła szarżę jazdy wroga. Manewr ten pośrednio przyczynił się do zajęcia Frankfurtu. Zaraz potem, 15 lipca Austriacy podpisują rozejm. Pełen obaw Kniaziewicz zaproponował w memoriale Bonapartemu desant polsko-francuski w Kurlandii, dla wywołania powstania. Dąbrowski chciał przez Czechy iść do kraju. Obie propozycje odrzucono, a Legia Naddunajska miała być przeformowana w Dijon. Na szczęście Moreau poprosił o zostawienie jej w armii. W tym czasie arcyksiążę Jan przygotowywał się do nowych działań na froncie niemieckim. Rozejm wygasł w listopadzie i na nowo podjęto działania.
Moreau ruszył na wroga, by zaskoczyć go w Bawarii. Manewr zaczepny powiódł się, 3 grudnia 1800 roku doszło do bitwy pod Hohenlinden, która przypieczętowała klęskę Austrii. Dla Polaków była kolejnym krokiem ku sławie. Legia liczyła wtedy około3500 ludzi, została umieszczona na prawym skrzydle, wraz z dywizją gen. Decaene. To właśnie skrzydło ruszyło do manewru oskrzydlającego, a decydującym momentem bitwy stał się atak flankowy piechoty legii na nacierających Austriaków z kolumny Riescha. Po ich rozbiciu jazda legii ruszyła na tyły kolumny Kollowratha zagarniając park artyleryjski i część taborów. Oddziały przeciwnika rozprzęgły się. Polacy okryli się sławą, por. Kostanecki zdobył 6 dział, strzelec Pawlikowski wraz z francuskim szaserem zagarnęli dwóch oficerów i 57 żołnierzy, ale ofiarowanej mu rangi nie przyjął. 13-letni Rodziewicz, zgubiony sam w bitwie, biciem w bęben wystraszył austriacki batalion, który się wycofał. Zaraz po bitwie ruszono w pościg i w Lambach Legia zagarnęła magazyny. I znowu Polak popisał się bezprecedensową odwagą. Strzelec konny Trandowski "...w skutku zakładu z kolegą o halbe wina ruszył galopem w kierunku sztabu nieprzyjacielskiego, stojącego na czele swej brygady księcia (Lichtensteina) wziął w niewolę i pomimo strzałów nieprzyjacielskich zmęczonego i zduszonego swemu kapitanowi przyprowadził".
Po tak pięknych czynach szokiem dla legionistów była informacja o rozejmie, a potem rozmowach pokojowych. Mimo że liczebność legii wzrosła, jej los był niepewny. Rozgoryczony Kniaziewicz pojechał do Paryża, gdzie niczego nie zdziaławszy podał się do dymisji. Legia Naddunajska pod dowództwem Władysława Jabłonowskiego została skierowana do Toskanii, ale opuściło ją wielu oficerów. Znalazła się tu na służbie Królestwa Etrurii.
Pod koniec 1801 roku Legiony przemianowano na półbrygady. Rok następny przyniósł zbiedzonym żołnierzom wyprawę na San Domingo, ale to już zupełnie inny temat. ''

M.Korczyk
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #4

     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 12/12/2003, 22:32 Quote Post

Czy, aby Polska odzyskała niepodległość potrzebne były liczne powstania i konspiracje? Czy potrzebne były tysiące ofiar?
Czy było możliwe, abyśmy w 1918 odzyskali niepodległość w pełnym wymiarze, jeżeli naród nie zapłaciłby daniny krwi i tylko spokojnie, biernie poddał się biegowi wydarzeń?
Jeśli tak - to jak to państwo by wyglądało?
 
User is offline  PMMini Profile Post #5

     
chrobry
 

Dziesięciotysięcznik
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 188
Nr użytkownika: 385

 
 
post 13/12/2003, 19:11 Quote Post

Ludność polska,była zdesperowana do tego stopnia,że nie mogła siedzieć z założonymui rękoma
Musieli działać
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #6

     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 13/12/2003, 22:07 Quote Post

QUOTE(chrobry @ Dec 13 2003, 08:11 PM)
Ludność polska,była zdesperowana do tego stopnia,że nie mogła siedzieć z założonymui rękoma
Musieli działać

Wiem, że trudno sobie wyobrazić taką sytuację, że to przeczy naszej dumie narodowej i naszemu poczuciu honoru, ale...
Gdyby tendencje uległości wobec zaborców były przeważające i nic się nie działo - czy mimo to Polska by się odrodziła. Czy te wszystkie hasełka z podręczników do historii, że powstania "umacniały dążenia niepodległościowe", mają pokrycie w rzeczywistości - i na ile. Czy to naprawdę by wiele zmieniło?
 
User is offline  PMMini Profile Post #7

     
Kilo
 

I ranga
*
Grupa: Użytkownik
Postów: 25
Nr użytkownika: 335

 
 
post 14/12/2003, 14:18 Quote Post

Przykład Czechów, którzy żadnych powstań nie organizowali a mimo to zachowali tożsamość narodową świadczy, że mogło być różnie.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #8

     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 14/12/2003, 21:40 Quote Post

WIOSNA LUDÓW

Przykro to mówić, ale i w czasie Wiosny Ludów, kiedy to hasła walki za wspólną sprawę były szczególnie żywe istniały konflikty w których obracali się nasi przodkowie przeciwko prawom narodów.

Weźmy najbardziej znany epizod polskiego wsparcia w tym wielkim europejskim wydarzeniu - walki na Węgrzech. Otóż kiedy Polacy ze szczytnymi hasłami opowiedzieli się po stronie Węgrów, stali się tym samym wrogiem dla licznych mniejszości narodowych zamieszkujących tereny Korony św. Stefana, bo nowo powstały rząd węgierski się z nimi nie patyczkował. I tak na przykład Józef Bem, który jest pod niebiosa wychwalany przez historyków polskich i węgierskich w świadomości wielu Rumunów jest czarnym charakterem tamtej epoki. Na terenach Korony św. Stefana zamieszkiwała licznie ludność serbska, chorwacka, rumuńska i słowacka, która będąc zignorowaną przez rząd węgierski stanęła po licznie po stronie Austrii. I tu ukazuje się konflikt tragiczny naszej wspólnej walki o niepodległość - żeby wesprzeć aspiracje jednego narodu, musieliśmy tłumić dążenia wyzwoleńcze innych narodowości. I było to nie do pogodzenia, stąd nieraz jedni Polacy stali po jednej stronie barykady wlacząc za słuszną sprawę, a po drugiej stronie byli również Polacy, walczący o sprawę również słuszną. Taki to jest ten świat niesprawiedliwy...
 
User is offline  PMMini Profile Post #9

     
Pestka
 

Nowicjusz
Grupa: Użytkownik
Postów: 1
Nr użytkownika: 413

 
 
post 16/12/2003, 0:00 Quote Post

Moja wiedzy w temacie jest skromna, bardziej nakierowana na Polskę niż stosunek państw ościennych. A temat czeka na opracowanie. Czy ktoś by mnie poprowadził? Coś, na co warto zwrócić uwagę? Indywidualne zapatrywania? Wszystkie wypowiedzi się liczą.
Pozdrawiam smile.gif
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #10

     
Blancus
 

I ranga
*
Grupa: Użytkownik
Postów: 29
Nr użytkownika: 234

 
 
post 17/12/2003, 10:10 Quote Post

Nie wiem, jak było z rządami, ale czytałem, że ludność wielu państw Europy (nawet naszych okupantów) robiła zbiórki żywności itp. coś jak dzisiejszy "Czerwony Krzyż".
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #11

     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 19/12/2003, 14:11 Quote Post

Moim zdaniem powstania do niczego nie doprowadziły. Nasza więź narodowa nie została zachwiana, ale to nie zasługa wykrwawiania się w ciągłych buntach, lecz silnie zakorzenionego w psychice patriotyzmu.

Szczerze mówiąc jestem niemal pewien, że wystarczyłyby nasze zabiegania podczas I wojny światowej, a mielibyśmy państwo jakie mieliśmy normalnie w 1918, a może nawet większe, bo to wszystko i tak było tylko koncertem mocarstw i nasze odzyskanie niepodległości nie ma wiele wspólnego z powstaniami XIX-wiecznymi.
 
User is offline  PMMini Profile Post #12

     
Himen
 

III ranga
***
Grupa: Użytkownik
Postów: 237
Nr użytkownika: 140

 
 
post 21/12/2003, 19:10 Quote Post

Powstań mogłoby nie być gdyby druga strona wykazała więcej zrozumienia.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #13

     
Rothar
 

Primus Lictor
*******
Grupa: Moderatorzy
Postów: 1.682
Nr użytkownika: 176

Krzysztof Bylinowski
Stopień akademicki: mgr nauk ekonom.
 
 
post 28/01/2004, 19:13 Quote Post

QUOTE(Himen @ Dec 21 2003, 08:10 PM)
Powstań mogłoby nie być gdyby druga strona wykazała więcej zrozumienia.

To znaczy?
Czy chodzi o lżejszą politykę carów wobec terenom pod zaborami? Wbrew pozorom taka polityka zrobiłaby więcej złego naszemu "poczuciu narodowemu". Jeśli nie byłoby represji wobec konspiratorom nie byłoby walki o przetrwanie - tego co Polacy lubią. Nastroje patriotyczne szybko dążyłyby do rozkładu i nie jest wykluczone, że po I wojnie światowej włączone nasze ziemie byłyby do matki-Rosji-Związku Radzieckiego, albo istniałyby nastroje proradzieckie, które doprowadziłyby do klęski w wojnie polsko-bolszewickiej.
 
User is offline  PMMini Profile Post #14

     
Mariusz-ek
 

II ranga
**
Grupa: Użytkownik
Postów: 79
Nr użytkownika: 644

 
 
post 13/02/2004, 1:18 Quote Post

nie wiem, czy powstania były potrzebne czy nie, ale sądzę, że w czasach zaborów nie było innego wyjścia, jak walka. Przecież dogadanie się z zaborcami było niemożliwe. Fakt, że być może bez powstań i tak po I wojnie światowej odzyskalibysmy niepodległośc, ale przecież powstańcy w XIX wieku wiedzieć tego nie mogli, więc walczyli. Nic przecież wtedy nie wskazywało na możliwośc wybuchu wojny pomiędzy zaborcami. Uważam zatem, że powstania były potrzebne.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #15

14 Strony  1 2 3 > »  
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej