Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Obóz koncentracyjny w Świętochłowicach
     
raczeq
 

Nowicjusz
Grupa: Użytkownik
Postów: 1
Nr użytkownika: 70.241

 
 
post 6/01/2011, 20:59 Quote Post

Panowie czy ktoś coś więcej wie na ten temat

tutaj jest dość obszerny artykuł jednak z racji z jakiego ugrupowania politycznego pochodzi nie jestem pewny jego obiektywności

http://raschorzow.org/news.php?readmore=27
 
User is offline  PMMini Profile Post #1

     
adas80
 

IV ranga
****
Grupa: Użytkownik
Postów: 437
Nr użytkownika: 49.021

adam poleski
Stopień akademicki: brak
Zawód: student
 
 
post 6/01/2011, 21:32 Quote Post

QUOTE(raczeq @ 6/01/2011, 21:59)
Panowie czy ktoś coś więcej wie na ten temat

tutaj jest dość obszerny artykuł jednak z racji z jakiego ugrupowania politycznego pochodzi nie jestem pewny jego obiektywności

http://raschorzow.org/news.php?readmore=27
*


To niestety prawda, szeroko opisana. IPN wydał na ten temat dwie książki:
Adam Dziurok - Obóz Pracy w Świętochłowicach w 1945, Warszawa 2002,
Adam Dziurok - Obozowe dzieje Świętochłowic Eintrachthűtte - Zgoda, Katowice-Świętochłowice 2002,
Warto też przeczytać:
Gerhard Gruschka - Zgoda - miejsce grozy: obóz koncentracyjny w Świętochłowicach, Gliwice 1998,
To przetłumaczone z niemieckiego wspomnienia więźnia obozu.
Poszukaj też w internecie informacji o komendancie obozu, którym był Salomon Morel.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #2

     
Net_Skater
 

VIII ranga
********
Grupa: Supermoderator
Postów: 4.458
Nr użytkownika: 1.980

Stopień akademicki: Scholar & Gentleman
Zawód: Byly podatnik
 
 
post 19/04/2020, 21:19 Quote Post

Anna Malinowska: zbrodniarz może odwiesić swoje okrucieństwo jak płaszcz na wieszak

Niewykluczone, że Morel nasłuchał się wspomnień swojej kochanki Loli Potok, która także była Żydówką i w przeciwieństwie do niego była w Auschwitz. Ona też straciła całą rodzinę i zapewne zwierzała mu się z tamtych przeżyć, a on potem przedstawiał je jako swoje. Być może po to, by własne okrucieństwo w Zgodzie przedstawiać jako słuszną zemstę – mówi w rozmowie z Onetem Anna Malinowska, autorka książki o Salomonie Morelu, komendancie komunistycznego obozu pracy w Jaworznie, gdzie zginęło ponad 6 tys. osób.
„Komendant” to książka o jednym z najbardziej znanych i okrutnych funkcjonariuszy komunistycznej władzy tuż po wojnie. Autorka mówi, że chciała opisać nie tylko jego losy, ale i powojenną tragedię Górnego Śląska.

Mateusz Zimmerman (MZ): Ludzie, których pytała pani o Morela i Zgodę, chcieli rozmawiać?

Anna Malinowska (AM) : Nie wszyscy, choć od śmierci Morela upłynęło już przecież sporo czasu. Dotarcie do niektórych osób i przekonanie, by coś opowiedziały, trochę mi zajęło. Wiele osób powtarzało mi, że ta historia to wciąż gorący kartofel.

(MZ): Byli dziennikarze, którzy dotarli do Morela jeszcze za jego życia. Rozmawiał z nimi?

(AM): Pierwsza była Grażyna Kuźnik. Kiedy spotkała się z Morelem, zapytała go o obóz w Jaworznie – wpadł we wściekłość i właściwie wyrzucił ją za drzwi.
Jedynym dziennikarzem, który nawiązał z nim prawdziwy kontakt, był John Sack. Morel z początku nie traktował go chyba nawet jak dziennikarza. Raczej jak kogoś, komu można zaufać, bo jest częścią tej samej wspólnoty. Sack miał przecież żydowskie korzenie – spotykali się w katowickiej siedzibie Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.
Sack przyjechał na Śląsk ze Stanów w 1989 r., o Morelu usłyszał od jego dawnej kochanki, Loli Potok. Podczas spotkań z Salomonem ciągnął go za język, a ten mu się zwierzał. Opowiadał mu o swoim życiu więcej niż komukolwiek innemu. Sack o tym wszystkim napisał potem w książce „Oko za oko”.

(MZ): Morel żałował, że dał się podejść.

(AM): Próbował przekonywać Sacka, by ten o nim nie pisał. Potem kompletnie się od niego odciął. Gdy toczyło się śledztwo w sprawie Zgody, Sack wysyłał do niego listy. Przekonywał w nich Morela, by się pokajał, opisał swoje losy podczas wojny – wtedy ludzie może lepiej go zrozumieją. Salomon nigdy tego nie zrobił.
Początkowo miałam mieszane odczucia: czy mam ochotę pisać o Morelu, zbierać materiały. Coś w tej historii mnie pociągało, a jednocześnie potwornie odpychało. Długo mierzyłam się z tą postacią. Ale odwiedziłam któregoś razu pewną starszą panią, emerytowaną pracowniczkę Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Wcześniej bardzo mi pomogła w zbieraniu materiałów do poprzedniej książki: „Brunatnej kołysanki”. Kiedy przyznałam, że Morel chodzi mi po głowie jako temat kolejnej publikacji, pokiwała głową i powiedziała: bardzo interesująca postać. A potem zdjęła z półki egzemplarz „Oko za oko” z osobistą dedykacją Sacka. Poznali się, odwiedzał ją. Uznałam, że to znak, dopiero po lekturze książki Sacka zapaliłam się na dobre do tej historii.

(MZ): „Mam 26 lat i jestem Żydem. Mój ojciec, moja matka i bracia, wszyscy zostali zabici”. Jest jeszcze wzmianka o sześciu latach w Oświęcimiu. Morel wita taką przemową więźniów obozu Zgoda. To mieszanina prawdy i fikcji, autokreacja. Do czego Morel jej potrzebował?

(AM): Śmierć rodziny – to była prawda. Jego pobyt w Auschwitz – nie. Niewykluczone, że Morel nasłuchał się wspomnień Loli Potok, która także była Żydówką i w przeciwieństwie do niego była w obozie. Ona też straciła całą rodzinę i zapewne zwierzała mu się z tamtych przeżyć, a on potem przedstawiał je jako swoje. Być może po to, by własne okrucieństwo przedstawiać jako słuszną zemstę.

(MZ): Zadawała sobie pani pytanie: skąd zło? W którym momencie Szlomo Morel stał się „tym” Morelem?

(AM): Nie mam wątpliwości: pierwszym i najważniejszym czynnikiem było to, co stało się w jego rodzinnym Garbowie w grudniu 1942 r. – czyli śmierć niemal całej rodziny. Salomon zdołał uciec jedynie z bratem, który zresztą też potem zginął.
Z drugiej strony, jeden z moich rozmówców, więzień Jaworzna, powiedział mi, że traumy wojenne odcisnęły przecież piętno na każdym, kto wojnę przeżył. Gdyby każdy z takimi doświadczeniami miał się zmienić w sadystę, to ludzie, którzy wyszli z wojny, pozabijaliby się nawzajem. Musiały więc o zachowaniach Morela decydować jakieś charakterologiczne właściwości.
Trzeba też brać pod uwagę jego inne przejścia wojenne. Po śmierci rodziny ukrywał się jak zaszczute zwierzę, w chlewiku czy stodole. W partyzantce, do której później trafił, reguły były specyficzne: wyobraźmy sobie grupę mężczyzn żyjących miesiącami w lesie, bez karności typowej dla regularnego wojska, od czasu do czasu pojawiał się alkohol… To wszystko musiało działać demoralizująco na młodego chłopaka bez wykształcenia. Łatwo mogę sobie wyobrazić, że ktoś z takimi doświadczeniami po objęciu władzy w miejscu takim jak Zgoda zachłystuje się nią, staje się „panem na włościach”.

(MZ): Do jakiego stopnia tak brutalne traktowanie osadzonych w obozie Zgoda to był efekt polecenia z góry, a do jakiego decydowała o tym osobowość Morela?

(AM): Morel ani tego rodzaju obozów nie wymyślił, ani nie decydował o tym, kto do nich trafi. Natomiast bez wątpienia na Zgodzie i sposobie traktowania więźniów odcisnął osobiste piętno – podobnie jak to było w przypadku obozu w Łambinowicach i tamtejszego komendanta Czesława Gęborskiego.
Nawet kiedy przyjmiemy, że zadaniem komendanta takiego miejsca było odizolowanie jakiejś „niepewnej politycznie” grupy – zanim o ich dalszym losie zdecydowała prokuratura czy sąd – to mógł on po prostu trzymać ich za drutami, aby nie uciekli z obozu. Do tego nie trzeba było skazywać na karcer z byle powodu, upokarzać, stosować bicia czy różnych krwawych „zabaw”.

(MZ): Morel działał potem podobnie, kiedy kierował eksperymentalnym więzieniem dla młodocianych przestępców w Jaworznie?

(AM): Sadyzmu, wymyślnych tortur już tam nie było. Morel traktował jednak więźniów mniej jak ludzi, a bardziej jak cyfry. W poniżaniu więźniów naśladowali go strażnicy. Osadzonych podle karmiono, pracowali ponad siły czasem kilkanaście godzin na dobę. Bogdan Pyka, dawny więzień Morela, był też w zakładach karnych we Wronkach czy Potulicach, ale z czymś takim jak w Jaworznie nigdy się nie zetknął – np. w trakcie pracy nie dawano więźniom wody.
Morel był pierwszym naczelnikiem zakładu w Jaworznie, ale nie ostatnim. Kiedy go stamtąd przeniesiono, jego „legenda” wciąż żyła, a byli więźniowie zapamiętali stamtąd przede wszystkim jego, choć przecież przewinęło się przez personel wielu innych funkcjonariuszy. A więc jego osobisty wpływ na to, jak to miejsce działało, również był wyjątkowy i trwały.

(MZ): Pani książka jest w takim samym stopniu biografią Morela, co kroniką tragedii jego ofiar, zwłaszcza mieszkańców Śląska. Zgoda to jeden z symboli represji, jakich Ślązacy doznawali po wojnie – to doświadczenie na tle reszty kraju jednak szczególne i nadal chyba nieco wypierane. Na czym ono polegało?

(AM): Mieszkańców tego regionu podczas okupacji III Rzesza zbiorowo potraktowała jako własnych obywateli. Ślązacy nie mieli wyboru.
Folkslista działała tu inaczej niż w pozostałych częściach okupowanej Polski. Jej pierwszą wersją była tzw. palcówka. Ślązacy pozornie sami wybierali, do której grupy etnicznej chcą należeć, przy czym biskup katowicki Stanisław Adamski – za wiedzą i zgodą rządu polskiego i Watykanu - namawiał ludność do deklarowania narodowości niemieckiej. To miało pomóc Ślązakom przeczekać okupację, uchronić się przed aresztowaniami czy innymi prześladowaniami.
Były całe powiaty czy miejscowości, które w plebiscycie w 1921 r. opowiadały się za przynależnością do Polski, a teraz ich mieszkańcy zbiorowo deklarowali się jako Niemcy. Nic dziwnego, że hitlerowska administracja się w tym zorientowała i w efekcie wprowadziła drugą wersję folkslisty. Tym razem nikt już nikogo nie pytał, historia zdecydowała za plecami mieszkańców Śląska – tak jak to zresztą często bywało w dziejach tego regionu. Ślązaków po prostu zaszeregowano do poszczególnych grup według z góry przyjętych kryteriów, a z tych list skorzystała po wojnie nowa władza.

(MZ): Czym to skutkowało?

(AM): Mówiąc krótko: wtedy na Górnym Śląsku podejrzanym czy wręcz zdrajcą albo kolaborantem był każdy. Milicja i bezpieka działały w warunkach kompletnego bezhołowia, miały rozwiązane ręce – a do tego kwitło donosicielstwo. Sąsiad podpadł sąsiadowi. Ktoś wydawał się za bogaty, więc można go było aresztować choćby po to, by go okraść. W grę wchodziła też zazdrość, zadawnione urazy, zbiegi okoliczności – ludzie są ludźmi.
Do miejsc takich jak Zgoda rzeczywiście trafiali członkowie partii nazistowskiej czy proniemieccy działacze, ale to była zdecydowana mniejszość wśród aresztowanych. Większość stanowiły osoby z przypadku.

(MZ): Wróćmy do Morela. W różnych miejscach, w których pracował, składano na niego skargi, dotyczące m.in. nepotyzmu czy korupcji, dostawał nagany – a zarazem nieustannie awansował. Jak to wyjaśnić?

(AM): Ku mojemu rozczarowaniu dokumenty milczą na ten temat, więc pozostają nam hipotezy. Moja jest taka, że był to człowiek stuprocentowo oddany nowej władzy, a właśnie takich ludzi ona w tym czasie potrzebowała, również z uwagi na szczupłość kadr. Z punktu widzenia władzy musiał się wydawać dobrym organizatorem. Drugorzędne było to, czy pod jego komendą kogoś poniżano, torturowano albo czy iluś tam więźniów w jego obozie zmarło na tyfus. Miał pilnować więźniów? Pilnował. To było najważniejsze.

(MZ): Zawodowym końcem Morela był marzec’68. Dlaczego on wtedy nie wyemigrował?

(AM): Najprawdopodobniej tylko dlatego, że jego rodzina była mocno już zakotwiczona w Katowicach – miał troje dzieci, wszystkie były związane z miastem poprzez znajomych, szkołę czy uczelnię. Możliwe też, że jako mężczyzna w sile wieku, który raz już za młodu przeżywał ucieczkę i ukrywanie się, nie zamierzał więcej tego robić. Wiadomo natomiast na pewno, że nie chciał odchodzić z pracy, w której spędził 23 lata, czyli właściwie pół życia. Odbierał wszystko, co się wtedy działo, jako cios w plecy.

(MZ): Pewnie także z uwagi na rolę Moczara – dawnego leśnego towarzysza broni.

(AM): Moczar to przez lata był dla Morela nie tylko autorytet, ale też „swój chłop”. Salomon dostawał od Moczara osobiste rekomendacje, potem był zapatrzony w jego działalność polityczną. To wszystko, co wydarzyło się w 1968 r., musiało być dla Morela olbrzymim rozgoryczeniem i miał prawo się zastanawiać: gdzie się podziało dawne braterstwo broni? Nie jestem pewna, do jakiego stopnia rozgoryczenie Morela dotyczyło stricte antyżydowskiego wymiaru wydarzeń marcowych. On nie ukrywał swojego żydowskiego pochodzenia, ale nie była to dla niego kwestia priorytetowa – czuł się Polakiem. Już po wyjeździe do Izraela pisał w listach do swoich przyjaciół w rodzinnym Garbowie, że z lubością wspomina tamtejszy kościół, Boże Narodzenie i Wielkanoc, że chętnie znów zjadłby wieprzka itd. Ale wiemy też, że kiedy pracował w katowickim więzieniu przynosił swoim kolegom z TSKŻ macę.
Te jego dwie tożsamości, polska i żydowska, przenikały się. Jego rodzina – ta zamordowana podczas wojny – została w Garbowie pochowana na katolickim cmentarzu. To było jedno z największych zaskoczeń, jakie przywiozłam z podróży do jego rodzinnej wsi.

(MZ): Morel przez sporą część życia mieszkał w tej samej okolicy co jego byli więźniowie. Nikt nie próbował szukać odwetu?

(AM): Trudno powiedzieć, ile razy się to zdarzyło, bo takie rzeczy załatwia się raczej po cichu. Jeśli nawet ktoś go kiedyś zaatakował czy nękał głuchymi telefonami, to zapewne nigdy już się o tym nie dowiemy. Wiemy o Irenie Nosal, byłej więźniarce skazanej w procesie pokazowym, która po zwolnieniu co roku wysyłała Morelowi kartkę na 1 listopada. Osobiście spotkałam człowieka, który opowiadał, że razem z kolegami zaczaił się kiedyś na Morela pod jego domem. Pewnie chcieli mu spuścić łomot albo przynajmniej dobrze postraszyć. Tylko że zaczęli się zastanawiać, czy warto ryzykować – oni mieli rodziny i dobrą pracę na kopalni, a on był związany z UB, miał kolegów i wpływy. Zrezygnowali i odjechali.
Poznałam też zaskakującą opowieść byłego więźnia, który Morela wspomina dobrze – bo ten załatwił mu niezłą pracę. Po latach ten człowiek spotkał dawnego naczelnika na ulicy, chciał się ukłonić, ale Morel natychmiast się odwrócił i odszedł.
Po latach nie chciał rozmawiać o swoim dawnym życiu, wolał się od niego oddzielić solidną barierą. Przemawia za tą tezą jego zachowanie już podczas śledztwa, które się przeciw niemu toczyło na początku lat 90. Mógł próbować się usprawiedliwiać, szukać „okoliczności łagodzących” – jak na przykład to, że zginęła jego rodzina. Zamiast tego tłumaczył się dość mętnie, brnął w opisywanie mało znaczących epizodów. To nie miało szans nikogo przekonać.

(MZ): Mam wrażenie, również po lekturze „Komendanta”, że miejsca takie jak obóz Zgoda czy więzienie w Jaworznie jakoś trudno się mieszczą w historii polskiego powojnia.

(AM): W miejscu dawnego obozu Zgoda dzisiaj są ogródki działkowe – o tym, że było to miejsce kaźni, przypomina tylko obozowa brama, którą ustawiono w widocznym miejscu. Teren dawnego więzienia w Jaworznie zmieniono po prostu na mieszkania i punkty usługowe. Dawny więzienny Dom Kultury jest wciąż Domem Kultury.
Kiedy byłam tam pierwszy raz, miałam duży problem, by sobie wyobrazić tamto miejsce. Gdyby więźniowie Jaworzna sami nie zadbali o obelisk czy fragment ogrodzenia, trudno byłoby się zorientować, co się w tamtym miejscu działo przed kilkudziesięciu laty.
Zależało mi, by w książce przedstawić postać Morela bez osądzania – po przedstawieniu faktów każdy czytelnik osądzi go sam. Osobiście uważam, że mój bohater powinien zostać osądzony i skazany na więzienie, nawet jeśli odsiadka ze względu na jego wiek i stan zdrowia byłaby jedynie kilkuletnia. Zależało mi też na przypomnieniu powojennej tragedii Górnego Śląska – nagłośnić ją, upomnieć się o Ślązaków. Bo ich historia w powszechnej świadomości nie istnieje.

(MZ): Jeden z byłych więźniów Morela, zastanawiając się nad jego życiem rodzinnym, stawia pytanie, czy można w pracy, przed wejściem do domu, zostawić własne okrucieństwo. Można?

(AM): Wiemy choćby z biografii nazistowskich przestępców wojennych czy dygnitarzy, że pojawia się taki kontrast: zbrodnia z jednej strony, a z drugiej – kochająca rodzina, czasem nawet mieszkająca tuż obok obozu koncentracyjnego. Trudno porównywać przeszłość Morela do przeszłości hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Mówię raczej o ludziach, którzy mają w sobie gen okrucieństwa, a jednocześnie normalnie funkcjonują we własnym społeczeństwie.
Jedna z córek Salomona została piosenkarką, była osobą dość znaną. W wywiadach mówiła o rodzicach z wielkim rozczuleniem i atencją. Niemal każda z osób, które ją znały, a do których dotarłam, mówiła o szczególnej relacji Danuty Morel z ojcem – ona bardzo kochała jego, on ją. Ktoś porównał Morelów do tradycyjnej włoskiej rodziny: głośni, razem żartowali, razem się śmiali, byli z sobą blisko. Jak to możliwe, należałoby chyba pytać psychologa – ale okazuje się, że najwidoczniej zbrodniarz, wracając do własnego domu, może swoje okrucieństwo odwiesić jak płaszcz na wieszak.

(Onet)

N_S
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #3

     
ChochlikTW
 

W trakcie uczłowieczania
*********
Grupa: Użytkownik
Postów: 5.701
Nr użytkownika: 98.976

Stopień akademicki: magister
 
 
post 24/04/2020, 16:21 Quote Post

"Więźniowie się go strasznie bali, wzbudzał przerażenie". Historia Salomona Morela

W jego zeznaniach nie pojawiła się żadna wątpliwość, żadna skrucha, nic. Uważał, że wszystko było w porządku, takie były czasy. Nie miał absolutnie żadnej refleksji na temat swojego postępowania, nawet w prywatnych rozmowach. Dlatego kiedy wszczęto śledztwo przeciw niemu, był przekonany, że wyjdzie z niego suchą nogą - mówi Anna Malinowska, autorka książki "Komendant. Życie Salomona Morela".

Co o nim myślisz?

Myślę, patrząc na jego życiorys, że był w gruncie rzeczy banalną postacią. Ani specjalnie ciekawą prywatnie, ani zawodowo. Miał rodzinę - żonę i trójkę dzieci, mieszkał w centrum Katowic, chadzał od czasu do czasu na brydża i mecze Ruchu Chorzów. Był zwykłym, szarym panem, który mówi sąsiadom "dzień dobry". Tyle.

Dlaczego poświęciłaś tyle czasu temu "zwykłemu, szaremu panu"?

Bo ten pan przeżył swoje podczas okupacji, a później, dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności, znalazł się na kierowniczych stanowiskach najpierw w obozie Zgoda w Świętochłowicach, a później w Jaworznie, w więzieniu dla tak zwanych młodocianych przestępców.

Miejscach do dzisiaj raczej słabo znanych opinii publicznej.

To prawda, żadne z nich nie funkcjonuje w społecznej świadomości. Jedno i drugie - obóz i więzienie - są traktowane marginalnie także na samym Górnym Śląsku, gdzie się znajdują. Jedno i drugie łączy także osoba komendanta/naczelnika. Był nim Salomon Morel. Postanowiłam się więc dowiedzieć, jak się tam znalazł, kim był, jakie były jego losy.

Skąd ta słaba pamięć o obozie w Zgodzie i więzieniu w Jaworznie? Przecież Polacy kochają martyrologię.

Pamięć o tych miejscach jest jak gorący kartofel. Dodatkowo przez lata Ślązakom nie wolno było w ogóle o nich mówić. Ów zakaz był wpojony do tego stopnia, że o Zgodzie nie rozmawiano nawet w gronie rodzinnym.

O Katyniu też nie można było mówić za komuny, ale po 1989 roku zaczęto.

W Katyniu mamy sytuację zero-jedynkową: polscy oficerowie kontra sowiecki wróg, a tutaj jest więcej odcieni szarości. To historia niewygodna, parząca, boląca każdego. Mamy przecież w Zgodzie oprawców z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu i często polskie ofiary, które przez lata musiały nosić brzemię oskarżenia o zdradę polskości. Bez żadnych wyroków, bez prawa do obrony, bez procesów wysyłano ich do obozów za to, że Niemcy wpisywali ich podczas wojny, często pod przymusem, na volkslistę. Niezrozumienie położenia Ślązaków podczas wojny kończyło się często oskarżeniem o kolaborację z hitlerowcami. Do dzisiaj wielu ludzi na Śląsku odmawia rozmowy na ten temat, bojąc się posądzenia o bycie volksdeutschem czy pochodzenie z rodziny volksdeutschów.

Czyli wstyd jest obustronny. Wstydzą się i oprawcy, i ofiary?

Dokładnie tak. I jeszcze jedno. Trzeba pamiętać, że Salomon Morel nie był jedyną osobą, która pracowała w Zgodzie. Pracowali tam też miejscowi. Dlatego o tej uwierającej historii lepiej, zdaniem wielu, zapomnieć.

Są jednak tacy, co nie zapominają.

Co roku Ruch Autonomii Śląska organizuje Marsz na Zgodę. To jest jedyne wydarzenie, które upamiętnia ten obóz. Kiedy poszłam na marsz pierwszy raz, spodziewałam się naiwnie tłumów ludzi: zarówno byłych więźniów, jak i ich rodzin. Tymczasem, poza pojedynczymi przypadkami, nie spotkałam ich tam. Byłam tym zszokowana. To, że potomkowie ofiar Zgody nie dbają o pamięć, dużo nam mówi o całej sprawie.

Salomon Morel wydaje się w związku z tym figurą wygodną dla obu stron. Jego żydowskie pochodzenie - nie zgadzam się z Pawłem Smoleńskim, że ono "może mieć znaczenie tylko dla antysemitów" - pozwala zrzucić winę na wyimaginowaną tzw. żydokomunę. Można dzięki Morelowi uniewinnić i Polaków, i Ślązaków. Twoim zdaniem pochodzenie Morela ma znaczenie czy nie?


Należy sobie zadać pytanie, czy gdyby nie był Żydem, znalazłby się w tym miejscu, w którym był? Wątpliwe.

Mamy 1942 rok, zaczynają się polowania na Żydów. Dochodzi do egzekucji rodziny Morelów. On ukrywa się z bratem w chlewach i oborach rodzinnego Garbowa na Lubelszczyźnie. Kilkoro sąsiadów im pomaga, coraz bardziej obawiając się o swoje życie. Morel trafia do lasu, do partyzantki Armii Ludowej, co jest kluczowe dla zrozumienia jego dalszych losów.

Losów związanych ze służeniem nowej, komunistycznej władzy.

Nagle ten mizernie wykształcony chłopak z zacofanej cywilizacyjnie wsi znajduje się w centrum wydarzeń, wśród postaci, które będą za chwilę instalować w Polsce nowe rządy. Dostaje od nich wikt i opierunek, dostaje pracę i możliwość kariery. A że poszukiwani są wtedy także ludzie do zajęcia się więziennictwem, Morel zostaje skierowany właśnie na ten odcinek.

Ale chcę a propos jego pochodzenia dodać jeszcze jedno. Czytając bardzo obszerne akta dotyczące obozu Zgoda, nie znalazłam żadnego zeznania więźniów, w którym poruszaliby oni żydowskie korzenie Salomona Morela. To nigdy nie było dla nich ważne.

A dla niego samego?

Morel nigdy swojego pochodzenia nie stawiał pierwszoplanowo. Nie odżegnywał się od niego, czuł się jednak przede wszystkim Polakiem. Ba, czuł się polskim patriotą. Bywał w śląskim oddziale Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, bywał w gminie żydowskiej w Katowicach, ale też wspominał z czułością garbowiecki kościół, katolickie święta, pisał w listach z Tel Awiwu, że chętnie zjadłby wieprzka. Warto również pamiętać, że w Marcu 68 roku nie wyjechał z Polski, nie miał zamiaru. Jego późniejsza emigracja do Izraela była ostatecznością.

I jego wielką tragedią.

Czuł się w Izraelu źle, ciągle narzekał. Tęsknił za Katowicami, za Garbowem, za Polską, ale wiedział, że nie może wrócić, bo wtedy czeka go proces.

Proces nie za samo naczelnikowanie więzieniom, bo naczelników i komendantów było przecież mnóstwo. Ale za to, jak się w podległych sobie obozach i więzieniach zachowywał wobec więźniów i na co pozwalał innym strażnikom. Czy Salomon Morel był oprawcą?

Rzeczywiście Morel nie wymyślił ani Zgody, ani Jaworzna - był trybem więziennej machiny, ale, powiedziałabym, nadgorliwym. Po prostu nie musiał pewnych rzeczy robić, a robił. Strasznie traktował więźniów, przyzwalał na sadystyczne zachowania, uporczywie karał, znęcał się nad ludźmi. I nawet gdyby na początku, zaraz po wojnie, próbować go "usprawiedliwiać" i patrzeć na jego zachowanie przez pryzmat tragicznych doświadczeń okupacyjnych, to potem, pod koniec lat 40. i na początku 50., nie da się jego zachowania już nijak "tłumaczyć". Dlatego, moim zdaniem, motyw zemsty zupełnie tu nie pasuje.

"W Morelu siedział jakiś taki demon zła" - mówi jeden z twoich rozmówców.

Więźniowie się go strasznie bali, wzbudzał przerażenie. Ciągle karał ich bez powodu, stosował rękoczyny, wysyłał do karceru, nie pozwalał pić wody podczas pracy w upalne dni. Myślę, że jego wojenne doświadczenia uruchomiły w nim tego "demona zła", którego nie potrafił spacyfikować. 

Żeby to zrozumieć, trzeba sobie wyobrazić zaszczutego chłopaka, który ląduje w lesie, w partyzantce, gdzie rządzą brawura, alkohol, przemoc i brak drylu. To go właściwie kształtuje. I po paru latach takiego męsko-leśnego towarzystwa dwudziestokilkuletni chłopak trafia do obozu, gdzie jest panem życia i śmierci, gdzie może wszystko. Puściły mu wszelkie hamulce.

Za co był też często nagradzany.

Miał "trzymać za mordę" i trzymał. Władza była zadowolona.

Rodzina też. Był kochającym mężem i ojcem.

To jest właściwie klasyk - oprawca w pracy, kochany ojciec w domu. Znamy tych historii bez liku. Choć też trzeba powiedzieć, że jego znajomi z TSKŻ opowiadali, że nie był wcale taki sympatyczny. Narzucał raczej dystans i zyskiwał dopiero po bliższym poznaniu. A po Marcu '68, odstawiony na boczny tor, zaszył się w domu i nie chodził nawet na estradowe występy swojej córki, Danuty Morel.

Był jednak, zdaje się, jeden świat, w którym Morel stawał się bardzo przyjacielski - Garbów. Z sąsiadami, którzy uratowali mu życie, był do końca w relacjach niemal rodzinnych.

Wpływ na to miało nie tylko to, że on i jego brat byli podczas wojny ukrywani przez sąsiadów, ale także z pewnością nasza generalna skłonność do patrzenia na dzieciństwo jak na czas idylli. Dla Morela Garbów był zawsze najwspanialszym miejscem na ziemi. Nie Katowice i na pewno nie Tel Awiw, ale właśnie Garbów, do którego jeździł regularnie.

W Katowicach był komendantem, w Garbowie wesołym Szlomkiem z mandoliną.

I jednocześnie szychą, osobą, której się w życiu udało. Przyjeżdżał tam w porządnym garniturze i pomagał, kiedy trzeba było coś komuś załatwić. Za całe zło obwiniał wyłącznie Niemców. A Niemcy to był dla niego Górny Śląsk, volksdeutsche.

Wiemy coś o jego życiu od przejścia na przymusową emeryturę w 68 roku do początku lat 90., kiedy zaczęło się śledztwo w jego sprawie?

Absolutnie nic. Żadnych afer, żadnych kochanek. Zwykłe życie.

Zerka wtedy Morel bardziej w stronę żydowskiej społeczności?

W TSKŻ i gminie żydowskiej zaczął bywać jeszcze przed Marcem, co, podejrzewam, wiązało się z odwiedzinami Garbowa. Te wizyty przypomniały mu o jego korzeniach. A po Marcu, po ciosie w plecy od Mieczysława Moczara, kolegi z partyzantki, musiał mieć Morel poczucie chęci przynależności do jakiejś grupy, to naturalne. Tą grupą byli śląscy Żydzi.

Dziennikarzy natomiast traktował bez pardonu.

Grażynę Kuźnik, pierwszą dziennikarkę, która odwiedziła go w domu, wyrzucił po pierwszym trudnym pytaniu za drzwi. Jedynym dziennikarzem, jakiemu udało się zbliżyć do Salomona Morela, był Amerykanin John Sack. Panowie poznali się w TSKŻ, Morel zaufał Sackowi dlatego, że ten też był Żydem.

I to był jego błąd.

Oczywiście, bo Sack był przede wszystkim dziennikarzem i zamierzał wszystko opisać. Tak powstała jego książka "Oko za oko". Morel znów poczuł się zdradzony i mleko się rozlało.

Rozlewało się już w wolnej Polsce. Bardzo wolno.

Po lekturze akt mam wrażenie, że ta sprawa przerosła ówczesnych śledczych. Nie rozumiem wielu ich posunięć. Nie rozumiem, dlaczego jednych świadków przesłuchiwano kilkakrotnie, choć ich zeznania nic nowego nie wnosiły, a innych w ogóle. Nie rozumiem, dlaczego w tak skomplikowanym śledztwie zmieniano osoby je prowadzące. Wszystko to nie służyło postępowaniu w sprawie Morela.

Który z kolei nie rozumiał oskarżenia.

Morel nie uważał, że zrobił coś złego. Nie próbował się usprawiedliwiać, wybielać. W jego zeznaniach nie pojawiła się żadna wątpliwość, żadna skrucha, nic. Uważał, że wszystko było w porządku, takie były czasy. Nie miał absolutnie żadnej refleksji na temat swojego postępowania, nawet w prywatnych rozmowach. Dlatego kiedy wszczęto śledztwo przeciw niemu, był przekonany, że wyjdzie z niego suchą nogą.

Nie wyszedł. Ucieka do Izraela, który odmawia Polsce ekstradycji.

Mieszka tam z córką, Danutą. Reszta rodziny - żona, pozostałe dzieci - nie ma zamiaru wyprowadzać się do Tel Awiwu. Salomon nie ma w Izraelu przyjaciół. Jest samotnym, zgorzkniałym człowiekiem, który strasznie tęskni za Polską.

Danuta Morel nie dała nigdy wiary oskarżeniom wobec ojca?

Ona je wszystkie po prostu wyparła. Dla niej Salomon był ukochanym tatą. Łączyły ich miłość, wzajemne uwielbienie i przyjaźń, mieli niezwykłe porozumienie i podobne poczucie humoru, nawet fizycznie byli do siebie bardzo podobni. Dlatego tak bardzo ciekawi mnie odpowiedź na pytanie, czy gdyby Salomon Morel wiedział, że karę za jego winy poniesie ukochana córka, zrobiłby coś inaczej? Czy gdyby wiedział, że jej sceniczna kariera załamie się w Polsce dlatego, że była jego córką, coś by zmienił w swoim postępowaniu? Bo prawda jest taka, że to Danuta Morel dostała rachunek za ojca i słono za jego uczynki zapłaciła. 

Anna Malinowska. Dziennikarka katowickiego oddziału "Gazety Wyborczej", a wcześniej "Trybuny Śląskiej". Autorka książki "Brunatna kołysanka", opowiadającej o losach polskich dzieci uprowadzonych w czasie wojny przez Lebensborn. Właśnie, nakładem Wydawnictwa Agora, ukazała się jej najnowsza książka "Komendant. Życie Salomona Morela"

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl


https://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,...e-historia.html
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #4

 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej