Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
6 Strony « < 4 5 6 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Wojsko Polskie w ZSRR 1943-1945, Od Lenino do Berlina - czy było warto ?
     
1234
 

Wielki Wuj
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.105
Nr użytkownika: 4.636

 
 
post 16/03/2013, 13:43 Quote Post

Ekipa Sobiesiaka - Brygada Grunwald zrzucona potem do Polski - Polacy /nawet w dużej części akowcy/ z Wołynia.
 
User is offline  PMMini Profile Post #76

     
farkas93
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.244
Nr użytkownika: 73.595

Zawód: student
 
 
post 16/03/2013, 13:48 Quote Post

QUOTE
Nie jestem tu pewny czy Kresowiacy mogli wstępować do LWP. Wiem, że mężczyzn z naszych ziem wschodnich wcielano do Armii Czerwonej, chyba że ci Kresowiacy byli wcielani do LWP później, na terenach na zachód od naszej nowej wschodniej granicy.


Mogli, a nawet byli do tego namawiani np. w Miednikach, jeszcze przed wywiezieniem do Kaługi.

Ten post był edytowany przez farkas93: 16/03/2013, 13:49
 
User is offline  PMMini Profile Post #77

     
January
 

IV ranga
****
Grupa: Użytkownik
Postów: 323
Nr użytkownika: 6.234

Zawód: Wyrzucam śmieci
 
 
post 17/03/2013, 21:48 Quote Post

QUOTE
Nie jestem tu pewny czy Kresowiacy mogli wstępować do LWP. Wiem, że mężczyzn z naszych ziem wschodnich wcielano do Armii Czerwonej, chyba że ci Kresowiacy byli wcielani do LWP później, na terenach na zachód od naszej nowej wschodniej granicy.


Skąd takie teorie?

Kresowiacy, którzy po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 zadeklarowali narodowość polską, byli przydzielani do LWP. Pozostali byli mobilizowani do Armii Czerwonej.

Pozdrawiam
 
User is offline  PMMini Profile Post #78

     
Fuser
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.891
Nr użytkownika: 15.418

 
 
post 1/07/2017, 15:26 Quote Post

Wywiad z jednym z "berlingowców":
Wojna jest straszna. Zawsze przegrywa człowiek


W czasie II wojny światowej został wywieziony na Syberię, gdzie spędził kilka miesięcy w obozie pracy. Po opuszczeniu łagrów wstąpił do Wojska Polskiego w I dywizji im. Tadeusza Kościuszki pod dowództwem generała Berlinga. Wraz ze swoją armią przeszedł z Lenino do Berlina. Otrzymał liczne wyróżnienia za zasługi wojskowe. Po wojnie wziął się za odbudowę kraju i w tym celu został profesorem nauk mechanicznych. Profesor Zbigniew Kikiewicz to żywa lekcja historii, tej prawdziwej, unikatowej, widzianej na własne oczy. W żadnym podręczniku nie przeczytacie o tym, że zwłoki wroga mogą służyć jako tarcza. Nie znajdziecie przemyśleń i opowieści człowieka, który tam był i walczył. W podręcznikach nie ma historii ludzkich — są tylko liczby, daty i suche fakty. Poznajcie wielkiego bohatera, który opowiedział nam o życiu w obozie, II wojnie światowej z perspektywy frontu, a także wielu innych sytuacjach, obok których człowiek nie potrafi przejść obojętnie.

– Gdy Niemcy zaatakowały ZSRR byłem uczniem drugiej klasy gimnazjum. Mieszkałem w Białymstoku z siostrą, bratem i rodzicami. Robiłem to, co każdy 16-latek w moim wieku. Uczyłem się, chodziłem na lekcje pianina, spotykałem ze znajomymi i dziewczyną, Halą. Nim zaczęła się wojna, żyło nam się całkiem dobrze. Nie mogłem narzekać, ponieważ ojciec był doktorem prawa, a matka nauczycielką.

Całe nasze życie runęło w gruzach 20 czerwca 1941 roku. Bardzo dobrze pamiętam tamten dzień, bo był najgorszym w moim życiu. Wieczorem jak zawsze zamknęliśmy drzwi i położyliśmy się spać. Około północy zbudziło nas głośne pukanie do drzwi. Musieliśmy otworzyć, nie było już wyjścia. Do mieszkania wtargnęło kilku umundurowanych Rosjan, a chyba jeden pozostał na zewnątrz. Powiedzieli nam, że ze względu na sytuację polityczną i bezpieczeństwo zostaniemy przewiezieni w głąb ZSRR. Chodziło im o mnie i moją matkę, ponieważ ojca zabrali wcześniej i oznajmili nam, że został aresztowany. Nie było dyskusji, mogliśmy zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy i ubrać się na podróż. Później okazało się, że to i tak było dużo.


Dlaczego ojca aresztowali i do jakiego więzienia trafił?

Związek Radziecki oddzielał ojców od rodzin. Taką miał politykę i tak działał w każdym przypadku, dlatego ojciec został aresztowany i trafił do więzienia w Białymstoku. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo już po dwóch dniach Niemcy niespodziewanie zaatakowały Związek Radziecki. W ten sposób żołnierze III Rzeszy zajęli więzienia i wypuścili wszystkich więźniów. Później poszli dalej i zajmowali Grodno, Kijów, Smoleńsk. Tak więc ojciec został pod zaborem niemieckim, a ja z matką pod rosyjskim.

Co się stało z bratem i siostrą?

W dzień aresztowania moja siostra przypadkowo była na wsi. Natomiast brat wcześniej uciekł do Rumunii. Dlatego tylko ja i matka zostaliśmy wywiezieni, a ojciec został skazany na więzienie. Gdyby Hitler nie zaatakował ZSRR, ojciec również trafiłby do obozu, ale bardziej na północny-wschód, gdzie były najcięższe warunki, ponieważ tam trafiali więźniowie.

Pamięta profesor przewóz na Syberię?

Zawieźli nas na dworzec, a później załadowali do pociągu towarowego. Było mnóstwo wagonów i ludzi. Pociąg był obstawiony żołnierzami, którzy nie zawahaliby się strzelić, jeśli ktoś stawiałby opór. Gdy wszyscy już byliśmy w środku, okazało się, że tam kompletnie nie ma miejsca. Siedzieliśmy albo leżeliśmy obok siebie strasznie ściśnięci. Nie wiedzieliśmy, dokąd dokładnie jedziemy i co później z nami zrobią, gdy już dotrzemy na miejsce. Dopiero po trzech dniach dostaliśmy pierwszy posiłek o godzinie 12:00. To była zupa z jarzynami i małą ilością kaszy. Później codziennie o tej samej godzinie dostawaliśmy identyczną zupę. Na początku mieliśmy jeszcze jedzenie, które udało nam się zabrać z domu. Wydzielaliśmy małe porcje, a ci, którzy nie mieli możliwości zabrania pożywienia z domu, byli częstowani przez tych, którzy zdążyli zabrać najwięcej. Pociąg nie zatrzymywał się praktycznie na żadnej stacji. W trakcie podróży jedna kobieta urodziła dziecko. Podróż trwała trzy tygodnie. Gdy ktoś umierał, to jego zwłoki wyrzucano z jadącego pociągu.

Przerażające.

Wie pan? Tam nawet nie można było się zabić, bo jak? Wszyscy byli w szoku. Wszyscy mieli depresję. Wszyscy się bali. Nikt nie wiedział, co z nami zrobią. Wszyscy byli głodni. Wszyscy byli nieodpowiednio ubrani.

Gdzie skończyła się podróż?

Ostatnią stacją był Bijsk, a stamtąd samochodami przewożono nas do Ałtajskiego Kraju. Do Bijska dojechaliśmy 10 lipca i bardzo szybko przekonaliśmy się, że na Syberii nie ma wiosny ani jesieni. Przez osiem miesięcy panuje sroga zima, czyli około -50 stopni Celsjusza, a latem jest czterdzieści na plusie. Przykładowo, jeśli jest -30 stopni Celsjusza, to Sybirak idzie z odpiętą kurtką, bo tak mu ciepło. Pamiętam jeszcze, że w trakcie drogi ze stacji kolejowej do sowchozu Pobieda zachorowałem na różyczkę. Pomogła mi wtedy młoda dziewczyna, której byłem za to bardzo wdzięczny. Szybko wróciłem do zdrowia.

Jak wyglądało życie w obozie?

Sowchoz znajdował się w olbrzymim stepie. Była tam tylko trawa, żadnych drzew. Na jego terenie było kilka małych chat, w których znajdowały się trzy izby. Każda z nich miała jakieś 12 m2 i była przeznaczona dla około dziesięciu osób. Nie było tam żadnej elektryczności, a o świecę było bardzo trudno. Palono krowimi odchodami, które wcześniej zbieraliśmy w lecie, a następnie formowaliśmy w kostki. Wodę do picia i mycia się trzeba było przynieść ze stawu, który był oddalony o kilkaset metrów od chaty. Do pracy zaciągnięto nas drugiego dnia – licząc od przyjazdu. Wyglądało to tak, że każdego dnia przychodził tzw. poliwod (zarządca, który rozdzielał pracę) i przydzielał nam zajęcia na dany dzień. Prace były najróżniejsze np. w kuźni, kopanie grobów, praca w polu, jako pomocnik zduna, oborowy, zaprzęganie byków, bo konie zostały wysłane na front. W zależności od tego, jak ciężko pracowałeś, tyle dostawałeś chleba do zupy. Praca trwała czternaście godzin każdego dnia albo dłużej, jeśli taka była decyzja. Zawsze o 12:00 była zupa, która służyła jako posiłek na cały dzień.

Która praca była najcięższa?

Zaczynałem w kuźni i to była najcięższa praca. Później miałem nieciekawą historię z bykiem, bo jeden ruszył na mnie i prawie mnie zabił – mało brakowało. Ogólnie wszystkie prace były ciężkie i czasami ponad ludzkie siły. Była jednak empatia i ludzie sobie pomagali bez względu na pochodzenie.

Z jakich krajów byli skazańcy?

W naszym obozie byli tylko Polacy. Oczywiście różnego pochodzenia, ale Polacy. Natomiast w innych obozach były różne narodowości: Litwini, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Mongołowie…

Miał profesor znajomych w innych łagrach? Ciekawi mnie, jak w obozach wielonarodościowych byli traktowani Niemcy.

Miałem znajomych w innych obozach i bez wątpienia Niemcy byli traktowani tak jak pozostali więźniowie, którzy mieli inne pochodzenie. W ZSRR panowała idea, że każdy człowiek jest równy i tak rzeczywiście było. Nie było mowy, żeby traktować kogoś gorzej na podstawie tego, jakiej był narodowości.

Naprawdę inni więźniowie nie czuli nienawiści do Niemców?

Wszyscy byli traktowani równo. Jedynie były kary, jeśli ktoś sprzeciwił się polityce ZSRR. Można było wtedy trafić do kamieniołomów na dziesięć/pięć/dwa lata. Ale nie było różnicy, kto popełni przestępstwo. Każdy był traktowany identycznie.

Były próby ucieczki z obozu?

Nikt nawet o tym nie myślał, bo dokąd tutaj uciekać? Przyroda, która tam panowała, była bardziej trwała niż drut kolczasty. Ewentualna ucieczka skończyłaby się śmiercią głodową, przez zamarznięcie albo zagryzieniem przez wilki. Jeśli jednak jakimś cudem udałoby się dotrzeć do miasta, to ktoś z NKWD bardzo szybko doszedłby do tego, że pojawił się ktoś nowy. Zgłoszenie do centrali i po ucieczce.

Wiem, że to pytanie może być nietaktowne, ale jak radzono sobie w trudnych chwilach?

Dlaczego nietaktowne? Nie robiliśmy niczego szczególnego, ale wszyscy się wspierali i pocieszali nawzajem. Cały czas żyliśmy nadzieją, że kiedyś wrócimy do ojczyny. Po prostu nie mieliśmy niczego innego, a nadzieja była. Jak w kimś umierała, to pozostali starali się ją bardzo szybko wskrzesić.

Pamięta profesor wyjście z obozu?

To było we wrześniu. Najpierw zwołali nas wszystkich i powiedzieli, że jak zgodzimy się przyjąć obywatelstwo ZSRR, to będziemy na takich samych prawach jak rodowici Rosjanie. Oznaczało to zwolnienie z obozu. Podpisało kilka osób i głównie byli to Polacy pochodzenia żydowskiego albo ukraińskiego. Ja oczywiście nie podpisałem. Po godzinie od tego wydarzenia skrzyknęli wszystkich Polaków, którzy nie zgodzili się na poprzednią propozycję. To było coś niesamowitego, bo powiedzieli nam wtedy, że generał Sikorski podpisał umowę ze Stalinem, na mocy której zostaliśmy uwolnieni. Byliśmy traktowani tak samo, jak inni obywatele ZSRR. Mogliśmy opuścić obóz i pracować za wynagrodzenie. Największymi przegranymi byli ci, którzy podpisali za pierwszym razem i zgodzili się na ich obywatelstwo. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że generał Sikorski jest bohaterem. Uratował pół miliona Polaków od ciężkiej, katorżniczej pracy, a w konsekwencji śmierci. Zdecydowanie za mało się o tym mówi. To był mój najszczęśliwszy dzień w życiu. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to nie ma pojęcia, jakie to uczucie. Generał Sikorski to bohater.

Na mocy tego układu powstały też armie Andersa i Berlinga.

Oczywiście, ale do armii generała Andersa, która była tworzona na południu, nie każdy mógł się dostać. Trzeba było otrzymać specjalne pozwolenie albo znać kogoś z tamtej armii. Niektórzy moi znajomi tam trafili, ale to nie była łatwa sprawa. Dopiero później powstała armia generała Berlinga, do której dołączyłem.

To co profesor robił na Syberii, zanim trafił do wojska?

Najpierw przeniosłem się wraz z moją matką do innej izby, gdzie poznałem Mariana Łukaszewicza, który później okazał się moim przyjacielem. Oczekiwaliśmy też na polskie paszporty, które miały być dostarczone do nas niebawem, ale czas leciał, a dokumentów nie było. Bardzo nam na tym zależało, więc postanowiliśmy zrobić zebranie i wybrać osobę, która pójdzie do NKWD i zapyta, jak wygląda sytuacja. Było wtedy już bardzo zimno, a trzeba było przejść jakieś trzydzieści kilometrów. Dość niebezpieczna podróż, bo wygłodniałe wilki tylko czyhały na zbłąkanych wędrowców.

Padło na profesora?

Tak, ale droga była naprawdę trudna. Chciałem ją przejść w jeden dzień, dlatego nie robiłem przystanków na odpoczynek i jedzenie. Mówiąc szczerze, to przeliczyłem wtedy siły na zamiary. Co prawda po kilku godzinach dotarłem do celu i powiedziano mi, że mamy być cierpliwi, a niebawem dostaniemy paszporty. Powrót był jeszcze gorszy, bo zaczęło boleć serce, a padał śnieg i zasypywał drogę. W gruncie rzeczy nie wiedziałem, w którym kierunku zmierzam, bo nie było nic widać. Na szczęście jechał jakiś człowiek i zabrał mnie na sanie. Dowiózł mnie do pierwszej wioski, a tam trafiłem do ziemianki, w której byli Polacy. Opowiedziałem im moją historię, a oni nakarmili mnie i napoili. Później wróciłem do swojej chaty.

Dostaliście paszporty?

Dostaliśmy po kilkunastu dniach od mojej podróży do NKWD. To oznaczało, że jesteśmy wolnymi obywatelami – obywatelami Polakami! Z dokumentem w ręku udałem się wraz z mamą do Bijska.

Do tego Bijska, w którym zakończyła się podróż pociągiem?

Dokładnie do tego samego. W tamtych czasach miasto liczyło około stu tysięcy mieszkańców. Zacząłem tam pracę przy wycince drzew i kursy szkoleniowe. Zdecydowałem się, bo zawsze byłem dobry z przedmiotów ścisłych i niemieckiego. Spotkała mnie wtedy dość ciekawa historia, bo jeden nauczyciel nie przepadał za mną, ale raz poprosił mnie o pomoc w tłumaczeniu dokumentów z języka niemieckiego. Pamiętam, że zdałem wtedy test z historii WKP(cool.gif, a to był jego przedmiot. Nie muszę chyba mówić, że kompletnie nic nie rozumiałem, a zdałem, bo wcześniej pomogłem z tymi dokumentami. Jak widać, niemiecki przydaje się nawet na Syberii.

Skąd profesor znał tak dobrze niemiecki?

Nauczyłem się w szkole, gdy mieszkałem jeszcze w Białymstoku. Mieliśmy świetną nauczycielkę niemieckiego, która od pierwszej lekcji mówiła do nas tylko po niemiecku. Taki był jej system i muszę przyznać, że genialny. Bardzo szybko wchodziło do głowy i już po kilku miesiącach wszyscy świetnie mówili po niemiecku.

Wiele mówi się o gwałtach i bestialstwie ze strony żołnierzy ZSRR. Czy był profesor świadkiem takich okrucieństw?

Nigdy. W Bijsku nie było mowy o takich rzeczach. Tak samo w obozie i na froncie. Nigdy nie słyszałem o czymś takim, podobnie moi znajomi, którzy też tam byli. Jedyne, czego można było się obawiać, to wilków i NKWD.

Chyba NKWD najgroźniejsze?

Zdecydowanie, a co warte uwagi, to każdy odpowiadał przed nimi tak samo. Wszyscy się bali i wszyscy byli równo traktowani. Niezależnie od tego, czy to był rodowity obywatel ZSRR, czy Polak albo Ukrainiec. Trzeba było uważać na to, co się mówi i w jakim towarzystwie. Było wielu donosicieli, a ja sam miałem propozycję współpracy z NKWD.

Jak do tego doszło?

Pewnego dnia w Bijsku podszedł do mnie pracownik NKWD i zapytał, czy jestem Kikewicz Zbigniew. Odpowiedziałem, że tak i wtedy zabrał mnie na komisariat. Tam przyszedł oficer i powiedział, że chcą mnie na swojego współpracownika. Miało to polegać na tym, że będę donosił co dwa tygodnie. Dodał przy tym, że to ogromny zaszczyt pracować dla NKWD i ogólnie to zostałem wyróżniony. Od razu powiedziałem, że nie nadaję się do tej pracy, bo jestem zbyt nerwowy, a poza tym, jeśli bym słyszał, że ktoś mówi źle o ZSRR, to od razu bym doniósł. Dla nich to oczywiście było za mało i chcieli, abym podpisał dokument, w którym oświadczę, że będę donosił. Początkowo obiecywali, że załatwią mi pracę, pomogą we wszelkich problemach i troskach. Byłem nieugięty i zaczęły się groźby i straszenie. Cały czas mówili, że mam pomyśleć o matce. Rozmowy były bardzo trudne, bo czasami musiałem zeznawać całą noc. Mówili mi wtedy, że jak nie podpiszę zgody na współpracę, to będzie świadczyło tylko o jednym – wróg NKWD. Ich retoryka była prosta jak budowa cepa, bo jeśli wróg NKWD, to również wróg ZSRR, ponieważ NKWD to najważniejszy organ władzy państwowej. Kontynuowali przy tym, że jedynym wrogiem wielkiego Związku Radzieckiego są hitlerowcy, więc jestem hitlerowcem. A dla takich jest co najmniej dziesięć lat więzienia. Za ścianą miał być też prokurator, dlatego oskarżenie byłoby natychmiastowe. Przez trzy dni i trzy noce cały czas ta sama rozmowa. Aż wreszcie przynieśli mi obiad i powiedzieli, że mam zjeść i przemyśleć sprawę na wolności, a następnie wrócić za trzy dni. Kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Miałem w głowie ucieczkę, ale to było bardzo trudne do zrealizowania. Poradziłem się wtedy mojego przyjaciela Mariana Łukaszewicza, który podpowiedział mi genialne wyjście z sytuacji.


Jakie?

Genialne. Po trzech dniach wróciłem na komisariat NKWD i powiedziałem, że przemyślałem sprawę na wolności i chcę podpisać dokument. Powiedzieli mi wtedy, że podjąłem jedyną słuszną decyzję i tak należy – właśnie tak czynią uczciwi obywatele ZSRR. Gdy miałem już podpisywać, powiedziałem, że pod podpisem muszę szczerze napisać, kim jestem. Czyli pijakiem, który nie może żyć bez alkoholu. Dlatego w trakcie upojenia alkoholowego mogę przez pomyłkę zdradzić jakąś ważną tajemnicę. Gdy skończyłem to mówić, zapanowała chwilowa cisza, a później podoficer dostał szału i zaczął mnie wyzywać od debilów, kretynów, idiotów, ubogich jednostek i skończonych pijaków, a na końcu zrzucił mnie ze schodów. Nawet pan nie wie, jaki wtedy byłem szczęśliwy. Marian swoim pomysłem uratował mi życie.

Niedługo po tym wydarzeniu wstąpił profesor do wojska?

Do wojska wezwanie dostałem w maju 1943 roku i było to pewnego rodzaju wybawienie, ponieważ wraz z kolegami wykradliśmy z magazynu worek mąki, który wtedy był na wagę złota. Prawie nas złapali, ale jeśli szło się walczyć, to wszystkie przewinienia były unieważniane.

Co znaczy ,,prawie złapali”?

Cała akcja miała miejsce, gdy pracowałem w cukrowni. Mieszkałem wtedy z kolegami w pewnego rodzaju akademiku. Warto jednak dodać, że kradzież państwowych zapasów była karana więzieniem. Jednak nasz plan wydawał się idealny, dlatego podjąłem się tego ryzyka. Kolega miał dorobiony klucz do magazynu i wszystko szło jak po maśle. Jednak później okazało się, że nie do końca, bo gdy wywoziliśmy już worek, to ktoś w tym samym czasie okradał dziewczyny z pokoju obok. Jedna z nich się obudziła i narobiła szumu, a nas nie było w łóżkach. Podejrzenie padło oczywiście na nas. O worku mąki nikt nie mówił, ale ten niefartowny zbieg okoliczności sprawił, że i tak byliśmy podejrzani, w innej sprawie.

Pechowo.

Pech to mało powiedziane, bo ogólnie nie było okradania siebie. Jeśli już, to właśnie tak jak my, którzy chcieliśmy okraść ZSRR z jednego worka mąki. (śmiech).

Pamięta profesor dzień wstąpienia do wojska?

Oczywiście, to było 24 maja 1943 roku. Jechaliśmy dwa tygodnie pociągiem towarowym do Silec niedaleko Moskwy. Na miejscu dostaliśmy pełne umundurowanie, a na czapkach był orzełek. Bardzo nas to cieszyło, bo wreszcie czuliśmy się Polakami. W trakcie obozu przygotowawczego i szkoleń mówiono do nas po polsku. Przydzielono mnie do 1. kompanii piechoty 1. batalionu pod dowództwem mjr Lachowicza. Byliśmy nazywani Wojskiem Polskim im. Tadeusza Kościuszki.

Jak wyglądały szkolenia i jak długo trwały?

Po raz kolejny należy powiedzieć, że byliśmy traktowani na równi z żołnierzami armii radzieckiej. Dostaliśmy ten sam sprzęt i wyżywienie. Przygotowanie do wyjazdu na front trwało trzy miesiące. To były bardzo intensywne ćwiczenia, od rana do wieczora. Szkolenie było podzielone na parę części, ponieważ byliśmy szykowani na różne ewentualności, które mogą spotkać nas na froncie. Musieliśmy wiedzieć, jak zachowywać się w trakcie ataku, a jak w razie oblężenia przez wroga. Początkowo przez miesiąc byłem w piechocie. Następnie przez dwa tygodnie w strzelcach wyborowych i kolejne pół miesiąca w łączności. Później dwa tygodnie spędziłem w fizylierach i tyle samo czasu przy obsłudze czołgu.

Jakie zadania mieli fizylierzy?

Dobrze, że pan pyta, bo często ludzie mylili ich z oddziałem kobiecym. Fizylierzy w trakcie ataku szli za czołgiem, a następnie wskakiwali do okopu nieprzyjaciela i walczyli wręcz. Byli wyposażeni w broń krótką. Przede wszystkim mam tutaj na myśli nóż. Zostawali nimi najbardziej sprawni, którzy potrafili dobrze walczyć z bronią krótką w ręku.

Czuliście się przygotowani po tych trzech miesiącach?

Mieliśmy świetnych dowódców, to byli ludzie, którzy znali się na swoim fachu. Byliśmy w wielkiej grupie i człowiek, jadąc tam, czuł się pewnie. Przede wszystkim mieliśmy przekonanie, że jesteśmy lepszymi żołnierzami niż Niemcy. Jednak gdy dojechaliśmy na front i zobaczyłem, z czym mam do czynienia, byłem w ogromnym szoku.

Piekło na ziemi?

Jeśli ktoś nie był na froncie, to nie zrozumie. Sam dojazd i dojście na front było bardzo trudne, bo jechaliśmy parę dni, a później maszerowaliśmy i nie było możliwości spania. Jednak z każdym krokiem coraz bardziej czuliśmy front. Niemcy uciekali i po drodze palili wszystko, co tylko mogli. Maszerując przez Smoleńsk, nie dowierzaliśmy, że tutaj wcześniej było miasto.
Prawda jest taka, że frontu musisz się nauczyć. Trzeba go czuć i wtedy jest dużo łatwiej. Na początku jest niezwykle trudno, bo nawet najlepsze ćwiczenia nie nauczą instynktu. Po kilku miesiącach na froncie jesteś w stanie przewidzieć różne sytuacje. Przykładowo po rodzaju dźwięku idzie poznać, w którą stronę leci granat. Wiesz, jak się ustawić do ataku, w którym momencie zaatakować, w którym schować się do okopu, jak działać w przypadku ostrzału. To wszystko przychodzi z czasem, którego jest bardzo mało. Jeśli się szybko nie nauczysz, to zginiesz. Niestety, codziennie na froncie ginęło 10 000 rosyjskich żołnierzy.


Pierwsza bitwa to Lenino?

Tak, i to było pierwsze, prawdziwe zetknięcie się z frontem. Byłem w szoku, ale mieliśmy świetnego dowódcę i to mnie uspakajało.

Rozumiem, że atakowaliście?

Tak, atakowaliśmy, a Niemcy się cofali. Na początku zrobiliśmy im ostrzał artyleryjski, a następnie ruszyliśmy do ataku. Niektórzy się poddawali, a inni walczyli dalej i mocno trzymali pozycje. Najstraszniejsze w tym jest to, że biegniesz z kolegą do ataku, a on nagle pada na ziemię. Jak żyje, to obwijasz mu ranę i zrzucasz go do okopu, jeśli to możliwe. Atak nie może zostać zatrzymany.

Jak wygląda ostrzał artyleryjski?

Ostrzał artyleryjski był przygotowywany przed każdym większym atakiem. Trwał zwykle dwie godziny i wyglądało to tak, że siedzieliśmy w okopach, a nad naszymi głowami przelatywała masa pocisków. Mnóstwo huku i światła. Po tych dwóch godzinach ruszaliśmy do ataku i zdobywaliśmy teren. Niemcy się cofali, bo nie mieli innego wyboru, gdyby tego nie robili, to zginęliby od pocisków.


Jaki był najtrudniejszy moment dla profesora w bitwie pod Lenino?

Biegliśmy do ataku, a Niemcy atakowali nas z góry. Ich samoloty cały czas nas ostrzeliwały, a naszych nie było widać. Nie miałem wtedy żadnego doświadczenia w takich sytuacjach, ale adrenalina była tak duża, że jakoś sobie radziłem. Prawda jest taka, że człowiek w tamtych chwilach nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje. Pierwsze dni na froncie to szok psychiczny, to jest coś niemożliwego, a jednak się dzieje.

Jak zakończył się ten ostrzał?

No właśnie. Ostrzeliwali nas z samolotów, a później również z czołgów. W pewnym momencie znalazłem się w okopie i widziałem, że kilka samolotów leci w moją stronę. Wiedziałem, że jeżeli stamtąd nie ucieknę, to już po mnie. Nie mogłem wybiec, bo hitlerowcy mieli nas na muszce i tylko na to czekali. Obok było ciało zabitego Niemca. Przesunąłem się do niego i przykryłem się tymi zwłokami. Czułem, jak strzały przebijają jego ciało, ale do mojego nie dochodzą. Gdy zakończyli ostrzał, to chciałem stamtąd wyjść i przejąć inny okop, dlatego czołgałem się z tym zabitym Niemcem na plecach. Do dzisiaj pamiętam, jak bryzgała z niego krew. Rzuciłem wtedy parę granatów w inny okop i ostatecznie z pomocą kolegów udało nam się go zdobyć.

Jak wyglądała praca medyków w trakcie bitwy?

Był pluton sanitarny, który składał się z dwóch, trzech osób i one szły razem z atakiem. Każdy żołnierz w lewej kieszeni munduru miał bandaż. Gdy jakiś wojskowy był ranny, to ludzie z plutonu sanitarnego doskakiwali do niego i obwiązywali ranę bandażem. Jak już to zrobili i była możliwość, to wrzucali go do rowu. Dopiero po bitwie wracało się do nich i sprawdzało, kto żyje. Jeśli żołnierz żył, to brało się go na nosze i przewoziło do sanitarnego batalionu, który znajdował się piętnaście kilometrów od frontu. Tam był pierwszy szpital polowy, w którym można było wykonać operację, udzielić szerszej pomocy. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajdował się normalny szpital i tam były dużo większe możliwości pomocy. W przewozie rannych nieocenione były psy zaprzęgowe, które były niesamowicie wytresowane i przystosowane do frontu. Ciągnęły one wózek z rannymi. Każdy zaprzęg psów miał swojego opiekuna. Gdy opiekun padał, to psy robiły to samo. Właściwie to powielały każdy ruch swojego pana.

Profesor był ranny w trakcie wojny?

Miałem kilka kontuzji, ale nigdy nic poważniejszego. Jeśli miałeś kontuzję, to nie trafiałeś do szpitala. Raz jednak, gdy byliśmy w wąwozie, to wytropili nas Niemcy. Zostaliśmy wtedy ostrzelani z armat ciężkich i lekkich. Taki ostrzał ma niewyobrażalną moc. W wąwozie były wnęki, w które trzeba było się schować, żeby mieć szansę na przeżycie. Udało mi się wtedy schować, a gdy się ocknąłem, to zobaczyłem nad sobą księdza, który krzyczał „on żyje”. Każda armia miała duszpasterza, który rozgrzeszał przed walką i po walce. Nie mam pojęcia, jak długo byłem nieprzytomny, ale na pewno nie była to chwila. Gdy wyszedłem z jamy, to zobaczyłem coś strasznego. Praktycznie nikt nie przeżył, na ziemi było bardzo dużo ciał kolegów, psów zaprzęgowych, koni. Nie było szans przeżycia, gdy nie schowałeś się w porę. Taki ostrzał jest potężny.

Z tego, co mi wiadomo, pod Lenino ponieśliście ogromne straty?

Zginęło wielu żołnierzy. Moja kompania przed walkami w Lenino liczyła 142 żołnierzy, a przeżyło tylko 26. Batalion stracił około 30% walczących. Winą obarczony został dowódca, czyli pułkownik Derks. W każdym wojsku było tak, że jeśli armia poniosła duże straty, to winny był tylko dowódca. Nie było rozmowy w tym temacie i usprawiedliwiania się. Albo w jedną stronę, albo w drugą. Remis nie wchodził w grę i pochwał za piękną walkę też nie było. Degradacja dowódcy, a na jego miejsce przychodził nowy.

Co było po Lenino?

Były jeszcze inne walki. Szliśmy od Lenino do Berlina. Bardzo krwawa walka odbyła się w Kołobrzegu. Miałem wtedy już inne zadania, bo w 1944 roku zostałem skierowany do szkoły samochodowej w Riazaniu. Gdy ją skończyłem, po czterech intensywnych miesiącach, byłem już oficerem. Zostałem dowódcą 1. plutonu w 1. Armii Wojska Polskiego, pierwszego batalionu samochodowego.

Na czym polegała ta funkcja?

W szkole nauczono nas wielu cennych rzeczy. Zajęcia były z taktyki wojskowej, ale przede wszystkim z użytkowania i naprawy samochodów. Znaliśmy ich całą specyfikę, czyli potrafiliśmy je naprawiać, wiedzieliśmy, jak się przemieszczać, żeby nie trafić na wroga itd. W moim plutonie miałem 24 samochody ciężarowe i 40 żołnierzy. Głównie zajmowaliśmy się dowozem amunicji i benzyny z magazynów polowych na front. To było bardzo niebezpieczne, bo Niemcy często starali się przechwycić nasze samochody. Jeździliśmy zwykle w nocy i trzeba było bardzo uważać na dziury po bombach czy miny, a także, jak wspomniałem, na żołnierzy wroga i ich samoloty. Oczywiście cała podróż bez świateł, zapalało się tylko w konieczności.

W trakcie tej służby doszło do jakiegoś niebezpiecznego zdarzenia?

Często jeździłem stałą trasą. Pewnego dnia jechałem bez świateł i nastąpił wybuch. Drzwi miałem zablokowane, ale wyskoczyłem przez okno. Pod samochodem był motocyklista wraz z maszyną – płonęli. Silnik mojego samochodu był w płomieniach. Musiałem odłączyć zawór paliwa, bo ogień z silnika przeszedłby do zbiornika z benzyną. To było obok klasztoru i zakonnicy pomogli mi gasić ogień, a później nadjechał jeszcze rosyjski samochód i tamci również gasili z nami. Motocyklista był już nie do odratowania. Poza tym było dużo niebezpiecznych sytuacji, ale tutaj było dużo bezpieczniej niż na froncie.

Sprawdzał się profesor jako dowódca? Jakie obowiązki doszły?

Dowódca przede wszystkim musi znać swoich żołnierzy. Wiedzieć, kto jaki jest, jak reaguje w danych sytuacjach. Trzeba przewidywać różne sytuacje. Czy się sprawdzałem, to trzeba by już zapytać moich żołnierzy. Wiele razem przeszliśmy i relacje na wojnie są nieco inne niż jak się człowiek poznaje w innych okolicznościach.

Szliście przez Warszawę, jakie profesor miał wtedy odczucia?

Pamiętam, że była doszczętnie zniszczona.

Kiedy dowiedzieliście się o powstaniu warszawskim? Jakie profesor ma zdanie w sprawie słuszności tego bohaterskiego zrywu?

W sierpniu 1944 roku moja jednostka znajdowała się w Otwocku, gdzie ukrywaliśmy się w lasach, dlatego byliśmy kompletnie odcięci od świata. Nie mieliśmy pojęcia, co dzieje się w Warszawie. O powstaniu dowiedziałem się, jak już się kończyło, to było jakoś pod koniec września. Skutki i ogromną tragedię ludzką, jaką przyniosło to powstanie, poznałem dopiero w 1945 roku. Oczywiście Polacy, którzy tam walczyli, są bohaterami narodowymi i należy o tym cały czas mówić. Jednak z politycznego i taktycznego punktu widzenia uważam, że to była zła decyzja. Nie mieliśmy szans wygrać tej bitwy, a śmierć tylu osób była kolejnym ciosem dla nas, Polaków. Nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc, bo 1939 rok pokazał, że nikt nie pomoże w obliczu takich okoliczności. Warszawa była doszczętnie zniszczona i śmierć tylu ludzi… To strasznie bolesne, że po raz kolejny tylu Polaków musiało oddać życie. Tak więc to była zła decyzja polityczna i taktyczna, ale pamiętajmy, że zginęli tam wielcy ludzie, którzy walczyli o swój ukochany kraj.

Wspomniał profesor, że Kołobrzeg był najbardziej krwawą bitwą.

Tak było, bo Hitler wydał rozkaz swoim wojskom, który był jednoznaczny. Mają walczyć do ostatniej kropli krwi, do ostatniego zajmowanego budynku. Mieliśmy już za sobą długą drogę, ale wiedzieliśmy, że koniec jest coraz bliżej. W Kołobrzegu wojska niemieckie walczyły zaciekle, właśnie tak, jak chciał ich przywódca. Pamiętam, że po zajęciu tej nadmorskiej miejscowości dopiero po tygodniu spotkałem starego, schorowanego Niemca. Wyszedł z piwnicy, bo zmusił go do tego głód. Poprosił mnie o chleb.

Dostał?

Tak, dałem mu kawałek chleba. On był cywilem, a ja żołnierzem.

A gdyby był żołnierzem?

Nie wiem, trudno mi teraz odpowiedzieć na to pytanie. Ale dowódca podejmował decyzję w takich sprawach. Czasami braliśmy jeńców, ale było też rozstrzeliwanie.

Po Kołobrzegu ruszyliście na Berlin?

Wszyscy krzyczeli „idziemy na Berlin”. Czuliśmy smak zwycięstwa i wolności. Gdy tam dotarliśmy, na miejscu byli już Amerykanie. Witaliśmy się z nimi i wiwatowaliśmy. Miasto było totalnie zniszczone. Po pewnym czasie zostaliśmy odesłani do miasta Bizental, które było oddalone czterdzieści kilometrów od Berlina. Tam dowiedzieliśmy się o końcu wojny. Wracaliśmy na Śląsk.

Na pewno było wesoło w trakcie powrotu?

Właśnie nie dla wszystkich, bo nasza kolumna samochodów została zaatakowana przez niemieckie samoloty, a akurat przewoziliśmy amunicję. Jeden kolega cudem przeżył, bo pociski przeleciały przez samochód i przebiły skrzynki z ciężką amunicją. Co więcej, w kilku z nich były rozerwane łuski, ale pociski nie wybuchły. To było niebywałe szczęście, ale kilka dni później, gdy wracaliśmy na Śląsk, ten szczęściarz poszedł do sadu zrywać owoce, ale już nie wrócił, bo wpadł tam na minę. Przeżył całą wojnę i na koniec miał tyle szczęścia, a zginął w sadzie.

Jak potoczyły się losy profesora po powrocie na Śląsk?

Dostałem tygodniową przepustkę na odwiedzenie rodziny w Białymstoku. Zabrał się ze mną jeden z żołnierzy. Podróż pociągiem była niebezpieczna, bo ludzie koczujący w lasach wyciągali żołnierzy z pociągu i rozbierali do naga, zabierali broń. Jeśli ktoś był z milicji albo UB, to dostawał kulkę w głowę. Przebraliśmy się więc w cywilny strój i udawaliśmy podróżnych.

Kim byli ci ludzie?

Nikt nie wiedział, ale było parę wersji. Jedni mówi, że z AK albo AL, a inni, że to zwykli rabusie.

Udało się dojechać bez problemów?

Tak, ale później miałem problemy przez tego żołnierza, który ze mną jechał, bo po tygodniu nie mogłem go odnaleźć. Byłem nawet w jego wiosce i pytałem jego rodziców, co się z nim dzieje. Mówili, że wyszedł dzień wcześniej i nic nie wiedzą. Przeczuwałem, że go ukrywali. Zgłosiłem sprawę na milicji w Białymstoku, ale i tak byłem podejrzewany o pomoc w dezercji tego żołnierza. Gdy wracałem do jednostki, zachorowałem jeszcze i trafiłem do szpitala z bardzo wysoką gorączką. Później okazało się, że rozwiązano moją jednostkę i sprawa zakończyła się sama.

Jak wyglądało spotkanie w domu?

Było bardzo wzruszająco. Po paru latach zobaczyłem siostrę i ojca. Nie mieliśmy żadnych wieści od mojego brata. Wiedzieliśmy tylko, że został zatrzymany na granicy, gdy uciekał do Rumuni. Od tamtego czasu zero informacji.

Wrócił profesor do swojej dziewczyny Hali?

Gdy byłem na froncie, dostałem od niej list, że nie może dłużej na mnie czekać. Wyszła za mąż za innego człowieka, aby nie trafić do obozu. Gdy już studiowałem, spotkaliśmy się i wszystko mi wyjaśniła. Zrozumiałem, co nią kierowało, gdy podejmowała tę decyzję. Przyjaźnimy się do dzisiaj, dzwoniła do mnie parę dni temu.

Przyjaźń z Marianem Łukaszewiczem, który pomógł w sprawie NKWD, przetrwała?

Nie przetrwała, losy się tak potoczyły, że po wojnie już się nie spotykaliśmy.


Matka profesora wróciła z Syberii?

Tak, wróciła po wojnie.

Jak profesor radził sobie po wojnie? Chodzi mi tutaj o psychikę, bo w końcu przez cztery lata przeżył pan piekło.

W dzisiejszych czasach te choroby mają swoje nazwy, ale po II wojnie światowej każdy musiał radzić sobie z tym sam. Nie było żadnej pomocy, żadnego programu dla weteranów. Mówimy tutaj oczywiście o zdrowiu psychicznym i traumie, jakiej tam doznaliśmy. Tuż po powrocie bałem się chodzić ulicami, bo nie wiedziałem, czy ktoś się zaraz na mnie nie rzuci. Przez tyle lat żyliśmy innym życiem, a nagle ma być normalnie. Człowiek bał się chodzić po ulicach, ale tak miało wiele osób. Było bardzo ciężko, ale jakoś sobie radziliśmy.

Dlaczego profesor wybrał studia techniczne?

Bardzo chciałem studiować, a w Łodzi powstawała politechnika. Chciałem odbudować kraj, który był bardzo zniszczony po wojnie. Jako naród potrzebowaliśmy wtedy inżynierów, a ja zawsze dobrze czułem się z przedmiotów ścisłych, dlatego taką drogę wybrałem.

Czym zajmował się profesor w trakcie kariery naukowej?

Zajmowałem się maszynami papierniczymi. Mówiąc konkretniej, to parałem się udoskonalaniem tych maszyn. Chodziło tutaj o konstrukcje tych urządzeń, optymalizację czy dobór parametrów eksploatacyjnych.

Jak wyglądała ścieżka kariery na uczelni?

W Łodzi zdobyłem tytuł magistra inżyniera na wydziale mechanicznym. Później zrobiłem tam doktorat i habilitację. Następnie przeniosłem się do Bydgoszczy na ATR, ponieważ w Łodzi mieli ze mną problem. Całe życie byłem bezpartyjny i po prostu wtedy były takie czasy, że niektórym to się nie podobało. Dlatego trafiłem do Bydgoszczy, gdzie zdobyłem tytuł profesora nadzwyczajnego, a później profesora zwyczajnego. Przez całą karierę zajmowałem się problematyką maszyn papierniczych.

Były też liczne konferencje na całym świecie.

Przede wszystkim jeździłem po różnych krajach, aby poznawać nowe technologie. Dzięki nabytej wiedzy mogłem kształcić moich studentów, a to bardzo napędzało gospodarkę. Musiało być nas coraz więcej. Najbardziej w pamięć zapadła mi konferencja w Niemczech, na której spotkałem pewnego Niemca. Właściwie to chodzi o bankiet po konferencji. Przysiadł się wtedy do mnie, a już wcześniej zauważyłem, że kulał. Po wypiciu kilku kieliszków wina zagaiłem do niego, dlaczego kuleje. – W czasie wojny byłem lotnikiem i we wrześniu 1943 roku w bitwie pod Orszą zostałem zestrzelony. Wyskoczyłem ze spadochronem, ale przy lądowaniu złamałem nogę. Momentalnie przypomniałem sobie wtedy, że w bitwie pod Orszą zestrzeliliśmy samolot niemiecki. Los jest okrutny, bo dwadzieścia lat temu strzelaliśmy do siebie, żeby się zabić, a po jakimś czasie piliśmy wino i dyskutowaliśmy o technologii. Żołnierz jednak nie jest niczemu winien – on tylko wykonuje rozkazy.

W trakcie wojny nie ma takich myśli? „Dlaczego ja do niego strzelam, przecież w innych okolicznościach to mógłby być mój kumpel”.

Jak już mówiłem, na froncie człowiek jest inny. Na froncie to działa tak, że albo ja zabiję jego, albo on mnie. Żadnych innych myśli nie ma.


Który kraj najszybciej odbudowywał się po wojnie?

Oczywiście Niemcy. Mają w sobie iskrę odbudowy i tworzenia. Ten kraj rósł jak na drożdżach. Bardzo szybko stanął na nogi.

Przez półtora roku mieszkał profesor w Nigerii. Dlaczego akurat tam? Jak wyglądało życie?

Zupełnie przypadkowo. Ministerstwo organizowało konkurs na stanowisko uczelniane w nowo powstającym uniwersytecie Yola w Nigerii. Dowiedziałem się o tym przez przypadek. Poszedłem na rozmowę i pytali o osiągnięcia naukowe itd. Taka zwykła rozmowa kwalifikacyjna. Okazało się, że z mnóstwa kandydatów wybrali mnie i jeszcze kilka osób. Mówiąc szczerze, ucieszyłem się, bo to zawsze nowe doznania. Pojechałem tam z żoną, a na uczelni byłem kierownikiem katedry. Zajęć mieliśmy stosunkowo mało, a warunki bytowe świetne. Domek z ogrodem, a kilkaset metrów od nas busz. Cały czas było słychać dziką przyrodę. Muszę przyznać, że tamtejsi studenci radzili sobie całkiem nieźle na uczelni. Bardzo dobrze wspominam półtora roku w Nigerii.

Pod swoją pieczą miał profesor sporo zagranicznych studentów.

Miałem studenta z Indii, który przetłumaczył moją książkę „Podstawy obliczeń maszyn i urządzeń papierniczych” i tę książkę uzupełnił, a następnie wydał w Indiach. Poza tym miałem też kilku zagranicznych studentów, którzy robili u mnie doktorat. Swego czasu pod moją pieczą byli nawet studenci z Korei Północnej. Wtedy mieliśmy przyjazne stosunki z nimi, to było chyba w roku 1977–1978. Odbywali u mnie staż i muszę powiedzieć, że byli bardzo zdyscyplinowani. Mieli ze sobą opiekuna i musieli meldować się w konsulacie. Skończyli studia bardzo szybko i wrócili do swojej ojczyzny z tytułem i wiedzą. Dopiero później wszystko się zmieniło i nasze stosunki z Koreą znacznie się pogorszyły.

W którym kraju po wojnie dało się podłapać najwięcej wiedzy?

W trakcie pobytu w USA pracowałem bardzo intensywnie od rana do wieczora i tam poznałem masę ciekawych nowinek konstrukcyjnych. Ale z każdego kraju szło podpatrzeć i zainspirować się różnymi technologiami. Bardzo rozwinięte to było w Szwecji, Norwegii. Byłem też w ZSRR, ale już jako profesor. To też było dla mnie duże przeżycie z wiadomych względów.

Na koniec muszę o to zapytać. Wybaczył profesor oprawcom?

Sprecyzujmy – nie mogę wybaczać żołnierzom niemieckim, rosyjskim, jakimkolwiek, bo proszę mi uwierzyć – nikt nie chce iść na wojnę. Żołnierze niemieccy też jej nie chcieli, a musieli walczyć, bo takie były rozkazy. Oni też mieli rodziny, które ich opłakiwały. Taka jest wojna, że cierpią obie strony, wszyscy. Wojna jest straszna, bo zawsze przegra człowiek i to niestety setki, tysiące, miliony ludzi.
Natomiast jeśli chodzi o Hitlera i Stalina, czy im wybaczam? Przede wszystkim Hitler był tchórzem. Mordował ludzi w bestialski sposób. Zmuszał ich do katorżniczej pracy, a jak przegrał, to najprawdopodobniej popełnił samobójstwo. Ludzie wytrzymywali w obozach, a on nie zniósł porażki – tchórz! Takim draniom i łotrom się nie wybacza. Hitler i Stalin zrobili piekło na ziemi. Przelali najwięcej krwi w dziejach ludzkości. Nigdy im tego nie wybaczę.


WYSŁUCHAŁ BARTOSZ BURZYŃSKI

***

Profesor Zbigniew Kikiewicz za udział w II wojnie światowej został odznaczony m.in. krzyżem srebrnego orderu VIRTUTI MILITARI, srebrnym medalem chwały za walki pod Lenino, medalem za Warszawę 1939-1945, medalem za Odrę, Nysę i Bałtyk, medalem za udział w walkach o Berlin, medalem zwycięstwa i wolności 1945.

(skopiowalem z podango zrodla. Bardzo czesto strony internetowe po jakims czasie znikaja - a warto zachowac ten wywiad.
Moderator N_S)


Ten post był edytowany przez Net_Skater: 1/07/2017, 21:12
 
User is offline  PMMini Profile Post #79

6 Strony « < 4 5 6 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej