Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Jojo Rabbit - czy bedzie Oscar ?
     
Net_Skater
 

VIII ranga
********
Grupa: Supermoderator
Postów: 4.457
Nr użytkownika: 1.980

Stopień akademicki: Scholar & Gentleman
Zawód: Byly podatnik
 
 
post 26/01/2020, 11:32 Quote Post

O ważnych sprawach w niepoważny sposób. Taika Waititi i jego "Jojo Rabbit"

Hitler na wesoło – to po prostu nie brzmi dobrze. Przedstawianie tematyki nazizmu w komediowej formie najczęściej odbierane jest jako wkładanie kija w mrowisko i chęć wywołania kontrowersji. Przeciwko podobnym produkcjom odbywają się protesty, twórcy odsądzani są od czci i wiary. A jednak jest ktoś, komu uszło to ostatnio na sucho.

Taika Waititi urodził się w Nowej Zelandii jako syn Maorysa i Żydówki. Rodzina była biedna, a on sam zmagał się z rasizmem.
Mężczyzna jest stand-uperem, aktorem, reżyserem, scenarzystą, projektantem i malarzem. Jego filmy zawsze charakteryzują się niezwykłą kreatywnością
"Jojo Rabbit" (polska premiera 24 stycznia) mógł być łatwo potraktowany jako obrazoburczy, ale nawet ci wrażliwsi widzowie przyznają, że Waititi stworzył film ciepły, mądry i dający do myślenia. Nie ma mowy o dwugodzinnym żartowaniu z Hitlera
Film "Jojo Rabbit" może pochwalić się świetnymi recenzjami i mnóstwem nagród, w tym sześcioma nominacjami do Oscara. Wcielający się na ekranie w Hitlera, a także reżyser filmu Taika Waititi udowodnił, że o trudnych sprawach można opowiadać w inny, lżejszy i bardziej czuły, sposób. Nie bez powodu uznaje się go za jednego z najciekawszych współczesnych filmowców.
Jak mówi sam reżyser: "Kiedy mam komuś wytłumaczyć, o co chodzi w tym filmie, na pewno nie chciałbym zacząć od: to komedia o nazizmie. Bo tak naprawdę «Jojo Rabbit» nią nie jest". Podobnie jak w jego poprzednich produkcjach, humorystyczne, wręcz absurdalne motywy, płynnie łączą się tu z tymi głębszymi, dotykającymi codziennych, mniejszych i większych, dramatów. Waititi nazywa swój najnowszy film satyrą przeciw nienawiści – a ma w tym temacie sporo do powiedzenia. Jako urodzony w Nowej Zelandii syn Maorysa i Żydówki (często używa nazwiska matki – Cohen) nie miał łatwo. Nie czuł pełnej przynależności ani do jednego, ani drugiego kręgu kulturowego. Gdy przeniósł się do Wellington, było jeszcze gorzej. Wprost mówi, że w większych miastach źle traktuje się Maorysów i Polinezyjczyków. Gdy pracował w sklepie, nigdy nie stawiano go za kasą, zawsze musiał na tyłach myć warzywa. Szef pytał go też na przykład czy wącha klej, tylko dlatego, że wydawało się to normalne dla kogoś z ciemniejszym kolorem skóry. "Uważam, że Nowa Zelandia to najlepsze miejsce na świecie, ale prawda jest taka, że to rasistowski kraj" – kwituje reżyser.
Przemyślenia w stringach
Waititi przebojem wdarł się do czołówki światowych reżyserów, śmiało można powiedzieć, że jest dziś jednym z najbardziej rozchwytywanych filmowców, a sześć nominacji do Oscara dla "Jojo Rabbit" z pewnością tylko pomoże jego karierze. Droga tego Nowozelandczyka na szczyty Hollywood nie była jednak łatwa. Przetarcie szlaku przez Petera Jacksona dla innych krajanów niewiele tu pomogło.
Nie każdy wie, że Waititi zaczynał od aktorstwa. Był członkiem pięcioosobowej grupy komików, która podróżowała ze swoimi skeczami przez Nową Zelandię i Australię. Potem razem z Jermainem Clementem odłączyli się od reszty i występowali w duecie, osiągając jeszcze większy sukces. Mężczyzna o nietypowej urodzie dał się poznać jako zabawny aktor z toną charyzmy. Zwrócono na niego uwagę w branży i tak pojawiły się propozycje ról na małym i dużym ekranie. Produkcje były raczej niskobudżetowe, do grania nie było wiele, ale Waititi w końcu poznał co to finansowa stabilizacja – dla kogoś, kto wychował się w biednym domu, było to niezmiernie ważne. W końcu zrozumiał jednak, że długo tak nie pociągnie. Mówi się, że podczas kręcenia serialu "The Strip" o mężczyznach rozbierających się za pieniądze, gdy czekał na kolejne ujęcie w samych stringach, stwierdził, że pora zawalczyć o siebie i zacząć opowiadać własne historie.
Nie dziwi, że ktoś taki jak on musiał szukać ujścia dla swojej kreatywności i ambicji. Waititi jest bowiem prawdziwym człowiekiem renesansu – oprócz stand-upu i aktorstwa spełniał się w malowaniu, fotografii i projektowaniu. Szybko dołożył do tego scenopisarstwo i reżyserię. Zaczynał w słynnym 48-godzinnym konkursie dla młodych filmowców – na nakręcenie krótkometrażówki uczestnicy mają… jeden weekend. Już tam zdobywał nagrody, ale prawdziwy przełom nastąpił wraz z produkcją "Dwa samochody, jedna noc". 11-minutowy film o początku niezwykłej przyjaźni, która rozpoczyna się na parkingu, zdobył nominację do Oscara. 28-letni Waititi przegrał wtedy co prawda z Andreą Arnold, dzisiaj uznaną reżyserką (między innymi "American Honey" czy "Fish Tank"), ale zapamiętali go wszyscy widzowie gali - podczas wyczytywania nominowanych udawał, że śpi, wzbudzając salwy śmiechu. Z pewnością nikt nie myślał, że 16 lat później film tego wesołka będzie nominowany do Oscara w głównej kategorii.
Gość, który robi to, na co ma ochotę
Pełnometrażowy debiut, "Orzeł kontra rekin" o parze odmieńców zebrał mieszane recenzje, ale już drugi film jego autorstwa, "Boy", cieszył się ogromnym uznaniem. Waititiego nagradzano nie tylko za reżyserię, ale i za drugoplanową rolę ojca głównego bohatera. Dość trudna, poruszająca relacja rodzinna została tu przedstawiona w ciekawej, lekkiej konwencji, do oglądania przez widzów w różnym wieku. Stało się to później znakiem rozpoznawczym Waititiego – dobrze znane z kina historie opowiadał w zupełnie nowy sposób. Po wejściu do kin w Nowej Zelandii film pobił kilka rekordów frekwencji – w box office wyprzedził między innymi międzynarodowe hity: "Alicję w krainie czarów" i "Jak wytresować smoka". "Boy" został najlepiej zarabiającą nowozelandzką produkcją wszech czasów. Niestety reżyser nie mógł pojawić się na uroczystej premierze w swoim kraju, bo wezwało go Hollywood – dostał szansę spełnienia swojego marzenia, występując w ekranizacji komiksowej "Zielonej latarni".
Film okazał się co prawda klapą, ale Waititi nie musiał długo czekać na kolejną propozycję z komiksowego świata superbohaterów. Po świetnie przyjętym mockumencie o wampirach "Co robimy w ukryciu" i przepięknych "Dzikich łowach" (znowu rekord na nowozelandzkiej liście wszech czasów) reżyserowi powierzono kolejną odsłonę sagi Marvela. Był to bardzo zaskakujący wybór – Waititi kręcił do tej pory jedynie skromne, niezależne produkcje – ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Reżyser, który zawsze powtarza, że nienawidzi filmów zrobionych "od linijki", według szablonu, udowodnił, że nawet w sprawdzonej formule można pokusić się o coś wyjątkowego. "Thor: Ragnarok" w ogóle nie przypomina innych części cyklu, jest wypełniony szaloną energią, kolorem i oryginalnym humorem. Podczas spotkania z przedstawicielami Marvela Waititi pokazał swoje pomysły w rytm piosenki "The Immigrant Song" Led Zeppelin i ten pomysł sprawdził się. Producenci zakochali się w jego wyjątkowej wizji. Utwór wykorzystano później w większości materiałów promocyjnych. "Wiem, że wcześniej mówiłem, że nie chcę brać udziału w wielkich produkcjach, w których poświęca się stronę artystyczną dla zysku. Ale tutaj było inaczej. Czułem się jak gość w świecie Marvela, któremu pozwolono robić to, na co ma ochotę" – tłumaczył w wywiadach.
"Thor: Ragnarok" był wielkim przebojem, zarobił na całym świecie ponad 850 milionów dolarów, zbierając dodatkowo wprost rewelacyjne recenzje. Waititiego zaczęto określać jako wizjonera. Nie dziwi, że do planowanej na 2021 rok kontynuacji "Thor: Love and Thunder" ponownie wybrano tego samego reżysera. Jest on w końcu gwarantem zjawiskowego efektu.
Osobliwy miks
Waititi po "Thor: Ragnarok" otrzymał nagrodę dla Nowozelandczyka roku. Kolejne propozycje zawodowe pojawiały się w superszybkim tempie. Reżyser miał zająć się nowymi odsłonami "Co robimy w ukryciu", filmem o życiu Michaela Jacksona opowiedzianym z perspektywy jego szympansa, aktorską wersją "Akiry" czy serialem ze świata "Gwiezdnych wojen" – "The Mandalorian". Nie wszystkie te projekty wypaliły, ale udało się z najważniejszym, a więc "Jojo Rabbit". Co ciekawe, film miał powstać na długo przed "Thor: Ragnarok", bo w 2012 roku. Scenariusz autorstwa Waititiego znalazł się na tak zwanej czarnej liście najlepszych tekstów w Hollywood, ale nikt nie chciał zgodzić się na zagranie roli Hitlera – a producenci byli zgodni, że potrzeba do tego gwiazdy. Lata później, gdy Waititi zdobył sławę, stwierdzono, że przecież on sam mógłby wcielić się w tę postać. Reżyser przyjął tę propozycję z entuzjazmem. Od początku bał się bowiem, że inny aktor zagra zbyt poważnie. A chodzi przecież o wersję Hitlera wyimaginowanego przez 10-latka. "Jestem Maorysem, pochodzę z Nowej Zelandii. Nie wyglądam jak Aryjczyk. Z drugiej strony, Hitler też nie wyglądał…" – opowiadał w jednym z wywiadów. "To wyobrażony przyjaciel małego chłopca, jest w nim zapewne sporo cech jego ojca i innych ważnych postaci w jego życiu, trochę jego samego. Miałem zagrać w dużej mierze 10-latka, bo to ktoś, kogo wymyślił 10-latek i jego wiedza ogranicza się do tej, którą mają dzieci. Stwierdziłem, że to rola dla mnie".
"Jojo Rabbit" nie jest w pełni komedią, nie ma mowy o żartowaniu z wielkiej tragedii. To raczej po prostu inny sposób opowiadania o wojnie. Przecież wyśmiewanie jej absurdów jest jedną z form sprzeciwu. Waititi wprost mówi, że duża część Amerykanów nie ma pojęcia, czym jest Auschwitz i potrzeba mówienia o tym, co robił Hitler, wciąż jest, po prostu trzeba szukać na to nowych sposobów. Widzowie "Jojo Rabbit" są zgodni, że to się udało. Owszem, przy niektórych scenach sale kinowe śmieją się w niebogłosy, jednak historia o 10-latku zafascynowanym III Rzeszą, który odkrywa, że jego matka ukrywa w domu Żydówkę, przede wszystkim porusza i daje do myślenia.
To osobliwy miks, ale bardzo, bardzo udany. Ten film nikogo nie obraża i niczego nie umniejsza, z drugiej strony, pokazuje, że o rzeczach ważnych można mówić w sposób niepoważny, z takim samym, a może nawet lepszym efektem niż zazwyczaj. Wydaje się, że coś takiego mógł dokonać tylko Waititi.

(Onet)

"Jojo Rabbit": będąc młodym nazistą [RECENZJA]

Film o przyjaźni z Hitlerem, zabawnych nazistach, z żartami z Żydów i wojną w krzywym zwierciadle? Jeśli zrobiłby go ktokolwiek inny, można byłoby drżeć. Ale za sterami stanął Taika Waititi ("Co robimy w ukryciu" i "Thor: Ragnarok"). Widzom, zamiast oburzenia, pozostaje więc śmiech: niewygodny, nieokiełznany. Oczyszczający.

10-letni Johannes Betzler (Roman Griffin Davis) to zaangażowany członek Hitlerjugend. Fajtłapowaty chłopczyk nie ma drygu do zabijania, nie spełnia więc fantazji o żołnierzu idealnym. Na dodatek kłopotów przysparza mu reputacja ojca, który, jak się domyślamy, zdezerterował. Choć w domu czeka wspierająca, dzielnie wiążąca koniec z końcem mama (Scarlett Johansson), bohater czuje się przytłoczony bullyingiem i złośliwościami. Na dodatek w wyniku niefortunnego wypadku podczas ćwiczeń z granatem chłopiec ma poranioną twarz. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na schowku w strychu Jojo odkrywa niespodziewaną lokatorkę (Thomasin McKenzie). Matka nazisty zdrajczynią? Ojciec dezerterem? Świat dziesięciolatka staje na głowie. Jak dobrze, że może liczyć na wsparcie wyobrażonego przyjaciela. Co prawda kumpel jest egotykiem, mistrzem egzaltacji i faux pas, ale ma dla Jojo dobrą radę i uśmiech w każdym kryzysie. Jego imię to Adolf. Adolf Hitler.
Jeśli do kogokolwiek trafia przekonanie, że są tematy, z których żartować nie wolno, to film Taiki Waititiego powinien omijać szerokim łukiem. Reżyser "Thor: Ragnarok" nakręcił bowiem czarną komedię, w której jedną ze śmieszniejszych postaci jest największy ze zbrodniarzy. To pełna absurdalnego humoru satyra o antysemityzmie, nazizmie, fanatyzmie i innych grzechach śmiertelnych ludzkości. Ale film nie jest kpiną czy drwiną. Humor jest u Nowozelandczyka narzędziem rozbrajania okrucieństwa. Napędem dla dekonstrukcji absurdalnych założeń, uprzedzeń i fascynacji, które od zarania dziejów leżą u podwalin największych z tragedii, których doświadczała ludzkość. Choć osobiście nie szukam nigdy argumentów z osobistego porządku, mając na myśli tych, którzy ich potrzebują - nadmienię, że ojciec Waititego jest Maorysem, a matka Żydówką, także pozwolenie na mówienie o wykluczonych nabył on przez sam fakt urodzenia się. Jemu wolno.
Waititi nie tylko wyreżyserował film i wystąpił w najbardziej kontrowersyjnej roli, ale napisał też doń scenariusz. Pomysł oparł na książce Christine Leunen “Caging skies”, ale "podrasował" oryginalny materiał, przechylając go zdecydowanie w stronę satyry. "Jojo…" bezbłędnie śmieszy, choć często spontaniczność reakcji wstrzymuje świadomość, że się nie powinno, że nie wypada. Waititi stąpa po grząskim gruncie - by w pełni docenić jego film i się nim cieszyć, trzeba zaufać, że twórca ma dobre intencje. Ja nie miałam wątpliwości. Od początku dałam się wciągnąć w tę przekorną, wielobarwną rozgrywkę charakterów. Może dlatego, że reżyser szybko udowadnia, że najbardziej interesuje go człowieczeństwo, w chwilach próby, słabości i triumfu.
Wizualnie zbliżony do kina Wesa Andersona, muzycznie bezbłędnie operujący poziomem meta (“Komm gib mir deine hand” Beatlesów, "Everybody’s gotta live" zespołu Love!) film nigdy, przenigdy nie zapomina o tym, co trzyma go przy życiu. Czyli prawdzie o duszy i wszystkich jej sekretach. Waititi dowodzi, że jest niezłym i uważnych domorosłym psychologiem: z empatią pokazuje, jak wyglądają relacje z rodzicami, przyjaźń, zakochanie, wreszcie proces dorastania do siebie, z tak dobrze znanymi nam etapami podatności na głupie trendy, z potrzebą przynależności, akceptacji, celu. Tak się po prostu składa, że Jojo trafia na moment, w którym najfajniejszą z subkultur jest ta najbardziej zabójcza. Cóż: ktoś był skejtem, ktoś pił na huśtawkach jabola, ktoś miał grzywkę uczesaną w alfa, a Johannes, tak się składa, był nazistą.
Waititi sprytnie wprowadza w ten, pozornie szyty grubymi komediowymi nićmi, film elementy dramatyczne. I to takie z gatunku: płakałem, ale ciszej niż pan obok. Pierwsza jest zabawna, ale czuła relacja Jojo z pulchnym przyjacielem Yorkim (Archie Yates). Potem związek z mamą Rosie, która pod uwodzicielską aparycją skrywa zniuansowany charakter i heroiczne serce. Prowadzący młodzieżówkę Kapitan Klenzerdorf (fenomenalny Sam Rockwell) tylko na pozór jest typowym nazistowskim chamem. Nienawiść do Żydówki Elsy zmienia się z czasem w sympatię, potem coś więcej. Koronnym klejnotem w tej aktorskiej układance jest grający Jojo Roman Griffin Davis. Chłopczyk dźwiga zarówno komediowy, jak i dramatyczny wymiar roli i robi to z inteligencją i profesjonalizmem starego wygi.

(Onet)

user posted image


Kapitalny film. Polecam.

N_S
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #1

     
Pimli
 

V ranga
*****
Grupa: Użytkownik
Postów: 712
Nr użytkownika: 103.187

 
 
post 28/01/2020, 15:37 Quote Post

Powieść na której opiera się film, ponoć jest dużo mniej zabawna a bardziej mroczna. wink.gif
 
User is offline  PMMini Profile Post #2

     
Baszybuzuk
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.487
Nr użytkownika: 50.178

Stopień akademicki: Nadszyszkownik
Zawód: IT
 
 
post 28/01/2020, 16:05 Quote Post

Fragmenty które widziałem są bardzo dobre. Już nawet pomijając samego "wymyślonego przyjaciela", niemal wszystkie sceny z organizacji HJ są jednocześnie śmieszne i straszne - dokładnie tak, jak zapamiętałem wspólne letnie obozy na których pojawiały się drużyny pionierskie.

Nawiasem mówiąc wszelcy pionierzy (a już najbardziej NRDowscy) na ewidentną, dumnie afiszowaną paramilitaryzację harcerstwa (barwy mundurów, kangurki/panterki, finki) zawsze patrzyli z mieszaniną fascynacji i niepokoju. U nich tak nie było wolno (zamiast tego mieli Lenina), a też by chcieli. biggrin.gif
 
User is online!  PMMini Profile Post #3

     
force
 

Preacher
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.415
Nr użytkownika: 99.758

Jacek Sebastian G
Stopień akademicki: Szkólka niedzielna
 
 
post 28/01/2020, 16:05 Quote Post

QUOTE
Czy Bedzie Oscar ?

Oby.
 
User is offline  PMMini Profile Post #4

     
Baszybuzuk
 

VIII ranga
********
Grupa: Użytkownik
Postów: 4.487
Nr użytkownika: 50.178

Stopień akademicki: Nadszyszkownik
Zawód: IT
 
 
post 10/02/2020, 8:54 Quote Post

No i jest.
 
User is online!  PMMini Profile Post #5

     
petroCPN SA
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 851
Nr użytkownika: 104.458

Stopień akademicki: doktor
Zawód: wyk³adowca
 
 
post 10/02/2020, 10:33 Quote Post

Co prawda tylko w tej jednej kategorii: za najlepszy scenariusz adaptowany.

W pozostałych kategoriach, w których film był nominowany:
- najlepsza aktorka w roli drugoplanowej (Scarlett Johansson)
- najlepsze kostiumy
- najlepszy montaż
- najlepszy film roku
- najlepsza scenografia
. . . na nominacji się skończyło.

Choć zgadzam się, iż dobry scenariusz jest dla sukcesu filmu ciut ważniejszy niż dobra scenografia. Prawie zawsze.

Ten post był edytowany przez petroCPN SA: 10/02/2020, 10:37
 
User is offline  PMMini Profile Post #6

     
Ambioryks
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.362
Nr użytkownika: 57.567

Stopień akademicki: magister
Zawód: animator kultury
 
 
post 18/05/2020, 21:38 Quote Post

Byłem na krótko przed zamknięciem kin z powodu epidemii. Ciekawy, oryginalny i wciągający film z dialogami, które momentami są naprawdę rozbrajające. Jest to tragikomedia z bardzo specyficznym humorem. Mi osobiście podoba się ten rodzaj humoru (bardzo podobał mi się "Thor: Ragnarok", więc uznałem, że ten film również mi się spodoba).

W sumie to jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to zdarzające się w niektórych scenach zbyt szybkie przechodzenie z poważnego i dramatycznego tonu do komediowego.
QUOTE
czarną komedię, w której jedną ze śmieszniejszych postaci jest największy ze zbrodniarzy.

Gwoli ścisłości, to ową śmieszną postacią nie był sam Hitler, tylko jego wyobrażenie będące wymyślonym przyjacielem chłopca - głównego bohatera.
 
User is offline  PMMini Profile Post #7

     
Sima Zhao
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.979
Nr użytkownika: 96.568

 
 
post 19/05/2020, 11:26 Quote Post

QUOTE(Ambioryks @ 18/05/2020, 21:38)
Byłem na krótko przed zamknięciem kin z powodu epidemii. Ciekawy, oryginalny i wciągający film z dialogami, które momentami są naprawdę rozbrajające. Jest to tragikomedia z bardzo specyficznym humorem. Mi osobiście podoba się ten rodzaj humoru (bardzo podobał mi się "Thor: Ragnarok", więc uznałem, że ten film również mi się spodoba).

W sumie to jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to zdarzające się w niektórych scenach zbyt szybkie przechodzenie z poważnego i dramatycznego tonu do komediowego.
QUOTE
czarną komedię, w której jedną ze śmieszniejszych postaci jest największy ze zbrodniarzy.

Gwoli ścisłości, to ową śmieszną postacią nie był sam Hitler, tylko jego wyobrażenie będące wymyślonym przyjacielem chłopca - głównego bohatera.
*



Mnie się bardzo ten film podobał. To chyba (moim zdaniem) pierwsza komedia podejmująca tak poważne tematy na której można się śmiać bez poczucia że ze względu na powagę podejmowanych tematów śmiech byłby niewłaściwy (dzięki wyjątkowemu wyczuciu i umiejętnościom scenarzysty/reżysera etc.). W sumie uważam, że ten film powinien dostać więcej Oskarów nie tylko za scenariusz (za najlepszy film roku też).

Ten post był edytowany przez Sima Zhao: 19/05/2020, 11:26
 
User is online!  PMMini Profile Post #8

     
Isen1822
 

I ranga
*
Grupa: Użytkownik
Postów: 42
Nr użytkownika: 76.877

Sebastian
Zawód: uczeñ
 
 
post 19/05/2020, 22:23 Quote Post

Film przede wszystkim ogląda się cały czas z zaciekawieniem, od początku to końca. Są fragmenty śmieszne, wzruszające, smutne. Bardzo dobra gra aktorska zarówno młodych aktorów i aktorek jak i starszych biorących udział w filmie. Produkcja zdecydowanie dla myślących, którzy potrafią porównać treść filmu do wydarzeń historycznych i go zrozumieć.
 
User is offline  PMMini Profile Post #9

 
2 Użytkowników czyta ten temat (2 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej