Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
> Wynalazcy i naukowcy, Jacek Karpiński i polskie komputery
     
swatek
 

Czekam na Króla
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.555
Nr użytkownika: 7.721

 
 
post 6/06/2007, 9:40 Quote Post

"CRN Polska rozmawia z Jackiem Karpińskim, konstruktorem pierwszego polskiego minikomputera K-202.

CRN: W początkach lat 70. skonstruował pan pierwszy polski minikomputer - K-202, maszynę, która wyprzedzała epokę i biła na głowę wszystkie ówczesne konstrukcje. Wie o tym każdy, kto otarł się o informatykę. Znana jest także historia prześladowań - bo tak przecież trzeba to nazwać - jakich doznał pan w PRL. Dlaczego jednak dziś, żeby dotrzeć do fenomenalnego konstruktora, muszę odwoływać się do pomocy Stefana Bratkowskiego? Gdyby nie informacja, że jesteście panowie przyjaciółmi, w żaden sposób nie odnalazłbym pana w mieszkaniu we Wrocławiu.

Jacek Karpiński: To bardzo długa historia. Kiedy w 1980 roku do mojego gospodarstwa na Mazurach pozjeżdżali się nagle dziennikarze, pewna pani z telewizji zapytała, co mi strzeliło do głowy, żeby na zapadłej wsi hodować świnie. Odpowiedziałem, że wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.
Potem to poszło w Polskiej Kronice Filmowej! Po prostu zrobiono mi strasznie dużo świństw.

CRN: W PRL nie chciano ani pana, ani pana komputera. Dlatego w 1978 roku wyniósł się pan pod Olsztyn, żeby hodować świnie i kury. Na początku lat 80. dużo pisano o tym w prasie. Ja jednak pytam o dzień dzisiejszy. Przecież po roku 1990 próbował pan uruchomić produkcję skanerów, kas fiskalnych.

Jacek Karpiński: Próbowałem, ale się nie udało. Tylko po części dlatego, że nie mam głowy do interesów. Próbę produkcji mojego Pen-Readera udaremnił bank BRE, w którym wziąłem kredyt. W rezultacie straciłem dom w podwarszawskim Aninie. Mój zakład pod Mińskiem Mazowieckim, który miał produkować kasy fiskalne, zwyczajnie rozkradziono. Policja nigdy nie trafiła na ślady
złodziei. Próby nawiązania współpracy w produkcji moich kas z Libellą i Apatorem zakończyły się fiaskiem. Libella pozbyła się mnie, jak tylko zorganizowałem zakład i uruchomiłem produkcję. Apator dokumentnie spieprzył mój projekt. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że mam zamiar się poddać.

CRN: Stefan Bratkowski jest pełen podziwu dla pana wielkiej odporności.

Jacek Karpiński: Jako młody chłopak sporo przeszedłem. Musiałem być odporny. I tak już zostało.

CRN: Zmieńmy temat i zacznijmy od początku. Pana wojenna przeszłość nie była dla władz PRL bez znaczenia. Był pan w Szarych Szeregach, batalionie "Zośka", brał pan udział w powstaniu warszawskim.

Jacek Karpiński: W powstaniu niestety tylko jeden dzień. Ale, jak pan powiedział, zacznijmy od początku.
W Szarych Szeregach zajmowaliśmy się drobnym sabotażem. Zrywaliśmy flagi, tłukliśmy szyby w niemieckich sklepach, rzucaliśmy petardy pod posterunki. Takie drobne paskudztwa robiliśmy Niemcom. Do dziś z łezką w oku wspominam, jak rozbijaliśmy szyby u Meinla. Potem wstąpiłem do Grup Szturmowych, które po śmierci "Zośki" zostały przekształcone w batalion jego imienia. Uczestniczyłem w akcji "Sieczychy", w której zginął "Zośka". Brałem też udział w wielu akcjach rozpoznawczych. Takie akcje były w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczne niż walka.

CRN: I wymagały stalowych nerwów.

Jacek Karpiński: Wymagały. Pod Celestynowem i pod Urlami brałem udział w rozpoznaniu ruchu pociągów. Przed akcją musieliśmy dokładnie znać rozkład jazdy, wiedzieć, jaka jest obstawa, mieć pojęcie o tym, jak poruszają się patrole pilnujące torów. Na rozpoznanie nie wolno było brać broni ani dokumentów. Chodziło o to, żeby w razie wpadki nie uprzedzić Niemców, że coś ma się wydarzyć. Zaszyłem się w krzakach, prowadziłem notatki. W pewnym
momencie pojawiło się dwóch żandarmów. z psem. Oczywiście pies natychmiast mnie wyczuł. Zaczął ujadać, rwać się ze smyczy. Trudno opisać, co się we mnie wtedy działo. Przecież gdyby mnie znaleźli albo zastrzeliliby na miejscu, albo trafiłbym na przesłuchanie na Pawiak, co byłoby jeszcze gorsze. Mogłem tylko
czekać. Patrol był nie dalej jak dwadzieścia metrów ode mnie, gdy żandarm niespodziewanie skarcił psa i pociągnął go w inną stronę.
- Głupie bydle - powiedział. - Pewnie rwie się do jakiegoś zająca.
Miałem wtedy bardzo dużo szczęścia.
Byłem też na kilku rozpoznaniach przed likwidacją Kutschery. Pamiętam taką sytuację: siedzimy we czterech w samochodzie na Rynku Nowego Miasta. Nagle od tyłu podjeżdża do nas wanna - odkryta ciężarówka z żandarmami i ciężkim karabinem maszynowym na stojaku. Stanęli obok, wycelowali w nas. cholera!
Naszym kierowcą i dowódcą był "Miki"-"Sem", kapitalny facet, bardzo opanowany.
- Panowie - powiedział - spokój. Uśmiechamy się.
I zaczęliśmy się uśmiechać. Niemcy celują, a my siedzimy i uśmiechamy się do nich, jak gdyby nigdy nic. I niech pan sobie wyobrazi, że po paru minutach odjechali! Ale cośmy wtedy przeżyli, to nasze! W czasie walki nie ma takich stresów. Do dziś pamiętam to paskudne uczucie.

CRN: I nie wziął pan udziału w powstaniu?

Jacek Karpiński: Zostałem ranny już pierwszej nocy. I na tym się skończyło. 1 sierpnia przewoziliśmy broń z dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Magazyn był u mnie w domu, na Obserwatorów 22. Na kilka godzin przed powstaniem wydano rozkaz kompletnego przemeblowania oddziałów. To było zupełnie idiotyczne, potwornie głupie. Byłem dowódcą sekcji, rozkaz przyszedł o dwunastej.
Ściągnęliśmy ze wsi jakąś furę, załadowaliśmy broń, przykryliśmy słomą i zasuwamy - fura kłusem, my biegiem. Koło trzeciej na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej zatrzymał nas szlaban. Już zaczynała się strzelanina, Niemcy zamknęli ulicę. Fura jeszcze zdążyła przejechać, my we czterech zostaliśmy.
Wbiegliśmy do budynku na rogu. Tam był szpital i szkoła pielęgniarek. Spotkaliśmy dwudziestoosobowy oddział naszych. Sytuacja fatalna - wokół pełno Niemców, my prawie bez broni, nie ma jak uciec. Uradziliśmy, że trzeba poczekać do nocy. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Dwie pierwsze szczęśliwie
się ewakuowały. Moją, która szła jako ostatnia, Niemcy wytłukli. Ja dostałem kulę w kręgosłup. Mam ją tam niestety do dziś.

CRN: Jak udało się panu przeżyć?

Jacek Karpiński: Byłem kompletnie sparaliżowany. Lekarze wzięli mnie do szpitala, wystawili lipną kartę choroby. Potem przewieziono mnie do Pruszkowa, gdzie spotkałem moją mamę. I tak niestety ominęło mnie powstanie.

CRN: Znał pan Krzysztofa Baczyńskiego.

Jacek Karpiński: Byliśmy razem w plutonie "Alek". To był wspaniały chłopak. Sądzę, że przeczuwał, że nie przeżyje tej wojny. Podchodził do wszystkiego z dystansem, był bardzo melancholijny. Melancholijny - to dobre określenie.
Komenda Główna proponowała mu pracę w sztabie, ale on chciał do Grup Szturmowych. Powiedział, że chce być w prawdziwym wojsku. Czasem jak siedzieliśmy na dyżurze dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny i nudziliśmy się, pisaliśmy razem głupie wierszyki, on zwrotkę, ja zwrotkę. Zupełnie inne to były czasy.

CRN: Po wojnie trafił pan na Politechnikę Łódzką, potem Warszawską.

Jacek Karpiński: Nie tak prędko. Najpierw musiałem nauczyć się chodzić. Mama zabrała mnie do Krakowa, potem do Zakopanego. Chodziłem o dwóch laskach. Kiepsko mi szło to chodzenie. W 1945 roku poszedłem z bratem i przyjacielem Józiem Lityńskim w góry. Biwakowaliśmy nad Czarnym Stawem. Któregoś dnia poszedłem na grań Liliowe Turnie i wyrzuciłem jedną laskę.
- Cholera - pomyślałem - dość tego! Będę chodził o jednej.
A po jakimś czasie poszedłem na Orlą Perć i wyrzuciłem drugą.
Z Zakopanego mama zabrała mnie i brata do Radomska. Tam zrobiłem maturę.
Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie
działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego. We wrześniu 1945 roku zdałem do liceum, przerobiłem dwuletni program w ciągu roku i zdałem maturę na samych piątkach. I dopiero potem była politechnika w Łodzi, a później w Warszawie.
Naprawdę studiowałem, nie imprezowałem. Nie opuściłem ani jednego wykładu. A że miałem fenomenalną pamięć, do egzaminów wcale nie musiałem się uczyć. To, że moja przeszłość nie jest bez znaczenia, uświadomiono mi bardzo dogłębnie zaraz po studiach. Z kilku dodatkowych prac wyleciałem natychmiast, jak z procy. To były dodatkowe prace, bo przede wszystkim byłem starszym asystentem na Politechnice Warszawskiej.

CRN: W 1957 roku, jako adiunkt w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, skonstruował pan swoją pierwszą maszynę o nazwie AAH. Miała pomagać w prognozowaniu pogody.

Jacek Karpiński: I pomagała. AAH to był w pewnym sensie pomysł Józia Lityńskiego. Pracował wtedy w Państwowym Instytucie
Hydrologiczno-Meteorologicznym, w dziale długoterminowych prognoz pogody. Poskarżył się kiedyś, że strasznie przydałaby mu się maszyna do analizowania dużych zbiorów danych, obliczania całek Fouriera. No to mu zrobiłem. Na 650 lampach. Wykonywała analizy i pokazywała wyniki na ekranie. Przez dwa lata jej
używali. Według dzisiejszej terminologii to był taki wyspecjalizowany procesor, tyle że bardzo duży. Miała jakieś dwa metry na półtora!
Dwa lata później powstał AKAT-1. Stoi dziś w Muzeum Techniki w Warszawie. To było urządzenie do analizy równań różniczkowych.

CRN: Wtedy jeszcze władza ludowa nie zwracała na pana uwagi. Na początku lat 60. bez zastrzeżeń wypuszczono pana za granicę.

Jacek Karpiński: Wtedy jeszcze nauka była nauką. Ubowcy zaczęli infiltrować PAN dopiero w kilka lat później. W 1960 roku wygrałem konkurs młodych talentów techniki organizowany przez
UNESCO. Wybrano sześć osób z dwustu krajów, z których każdy przedstawiał jednego kandydata. PAN przedstawił mnie. Profesor Groszkowski bardzo doceniał moje prace. Przecież te maszyny były pierwsze na świecie! Przyjechała komisja, odbyłem z nią kilkugodzinną rozmowę. A po paru miesiącach przyszła informacja, że jestem jednym z sześciu zwycięzców. To było jak grom z
jasnego nieba! Kiedy zapytano mnie, gdzie chcę studiować, wybrałem Harvard i Massachusetts Institute of Technology.
W ciągu dwóch lat, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych, otarłem się o światowe sławy. Poznałem profesora Moore'a, Shannona11, Rossa Ashby'ego. ENIAC-a13 pokazywał mi sam John Eckert.

CRN: W Stanach wszystkie drzwi były dla pana otwarte. Kilkakrotnie proponowano panu pracę.

Jacek Karpiński: Rzeczywiście, przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas - burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu.

CRN: Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Polski? Wobec takich perspektyw?

Jacek Karpiński: Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku - wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem,
żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy. Ojciec zginął na Nanda Devi, podczas pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, w 1939 roku, brat - w Tatrach, w 1957. Zostaliśmy
tylko ja i ona. Mama była profesorem medycyny. Bardzo zaangażowała się w pracę. Na pewno nie zgodziłaby się wyjechać.

CRN: Wraca pan do Polski i w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN w roku 1964 konstruuje kolejną maszynę - Perceptron.

Jacek Karpiński: Perceptron to była właściwie sztuka dla sztuki. Chodziło mi o to, żeby pokazać, że maszyna może rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Perceptron był wyposażony w kamerę i system do analizy obrazu. Jeśli pokazało mu się na przykład trójkąt, był w stanie odnaleźć cechy charakterystyczne i zidentyfikować kształt niezależnie od tego, czy następny trójkąt, jaki mu pokazano, był mniejszy, większy czy trochę zdeformowany.

CRN: Razem z pojawieniem się Perceptronu zaczęły się kłopoty.

Jacek Karpiński: Kłopoty były już przy AAH. Najpierw zrobił się szum w prasie, potem nie wolno było o mnie pisać. Jak zrobiłem Perceptron, też zrobiło się głośno. Zaraz zaczęły do mnie przyjeżdżać delegacje z zagranicy. To była druga taka konstrukcja na świecie (coś podobnego zbudowali w Stanford, ale na innych zasadach. U mnie to była sieć neuronowa na 2 tysiącach tranzystorów). A w dyrekcji instytutu był profesor Węgrzyn, nieuk, kawał durnia, ale ubowiec. I profesor Węgrzyn nie mógł tego wszystkiego znieść. Zaczął mi robić różne świństwa, nie przyznawał środków na badania. W końcu powiedziałem "dość" i
przeniosłem się do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

CRN: E...gdzie powstał KAR-65.

Jacek Karpiński: KAR-65 zrobiłem dla profesora Pniewskiego. Chodziło o prowadzenie skomplikowanych obliczeń dotyczących cząstek elementarnych. CERN dostarczał instytutowi ogromne ilości danych, których nie było jak analizować.
Profesor Pniewski potrzebował skanera, który analizowałby fotografie zderzeń cząstek. Na rok przed moim pojawieniem się w instytucie zamówił takie urządzenie w Instytucie Badań Jądrowych, ale projekt wciąż nie był skończony. Na okrągło
coś poprawiali i poprawiali, bo skaner nie chciał działać. Pniewski zapytał więc, czy nie mógłbym tego poprawić. Popatrzyłem i odpowiedziałem, że nie ma co poprawiać, bo to jest spieprzone od samego początku. Poprawić - nie poprawię,
ale mogę zrobić nowy. Pniewski chwycił się za głowę.
- Mam czekać jeszcze rok?
- Nie - odpowiedziałem. - Zrobię panu ten skaner w trzy tygodnie.
I zrobiłem.
Ale Pniewski potrzebował jeszcze do tego skanera maszyny liczącej. Był rok 1965, Odry właściwie nie nadawały się jeszcze do użytku. Dostałem dwa pokoiki w piwnicy, sześć etatów i pieniądze na zakup komponentów. W małej ekipie było troje zdolnych inżynierów: Tadeusz Kupniewski, Andrzej Wołowski i Diana Wierzbicka.
I tak powstał KAR-65, który pracował z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę. To było wtedy strasznie dużo. Odry pracowały parę razy wolniej i były przeszło trzydziestokrotnie droższe. KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra - 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem
innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.
Swoją drogą trzeba przyznać, że profesor Pniewski wykazał się wielkim hartem ducha, bo kiedy ja pracowałem nad komputerem, on co miesiąc dostawał anonimy z pogróżkami. Życzliwi donosili, że jestem hochsztaplerem, że nic nie skonstruuję, bo w ogóle nie mam pojęcia o budowie maszyn, i że jak będzie mnie dalej trzymał
w instytucie, w końcu zastuka do niego prokurator, bo marnuje państwowe pieniądze.

CRN: Wie pan, kto pisał te anonimy?

Jacek Karpiński: Później się okazało, że między innymi profesor Węgrzyn. Pniewski przychodził do mnie po każdym takim liście, opowiadał, co w nim było napisane i pytał: - Panie Jacku, ale pan zrobi tę maszynę, prawda?
KAR-65 pracował przez następne 20 lat. Można go sobie obejrzeć w Muzeum Techniki.

CRN: Słynny K-202 powstał także u profesora Pniewskie
Jacek Karpiński: Tam powstał tylko projekt. Wymyśliłem modularną maszynę, jednostkę centralną wielkości dzisiejszego peceta, wyposażoną w pamięć stałą i operacyjną, do której można sobie doczepić 65 tysięcy modułów sterowania i wykonawczych. Coś kapitalnego na przykład dla przemysłu. U Pniewskiego jednak
zbudować komputera już się nie dało. Instytut nie mógł dać na to pieniędzy.

CRN: I tak zaczęło się chodzenie od Annasza do Kajfasza.

Jacek Karpiński: Można tak to określić. Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego - syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn - eksperta od elektroniki.
Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by już ją wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce.

CRN: Za to chcieli ją produkować Brytyjczycy.

Jacek Karpiński: Mój dobry znajomy, angielski handlowiec Howard Lord, pokazał projekt w Londynie. Tam uznano, że jest to najlepsza konstrukcja logiczna na świecie. Poproszono, żebym osobiście przedstawił założenia. I natychmiast pojawiła się propozycja produkcji.

CRN: Z której pan nie skorzystał.

Jacek Karpiński: Jak głupi, zakichany patriota, powiedziałem "dziękuję", włożyłem brytyjskie opinie do kieszeni i wróciłem do Polski. Poszedłem do Stefana Bratkowskiego i pytam, co robić? Tu nie chcą produkować, tam chcą. Ale ja chcę robić komputery w Polsce! Stefan obiecał porozmawiać z ministrem nauki profesorem Janem Kaczmarkiem. Kaczmarek przyjął mnie, uznał projekt za
interesujący i obiecał porozmawiać z Hukiem. Koniec końców okazało się, że produkować można, ale MERA ani Ministerstwo Nauki nie dadzą pieniędzy.

CRN: I wtedy Stefan Bratkowski wymyślił rozwiązanie.

Jacek Karpiński: Stefan zaproponował układ: brytyjskie pieniądze, sprzedaż i marketing - konstrukcja i produkcja w Polsce. To było dla wszystkich do przyjęcia. MERA podpisała umowę z firmami Data-Loop i MB Metals i stworzyła Zakład Mikrokomputerów. Ja zostałem kierownikiem zakładu i jednocześnie
konsultantem strony brytyjskiej.
Co prawda nawsadzali mi zaraz do tego zakładu ubowców, ale jakoś dawałem sobie z tym radę. Najpierw zaprosił mnie Jerzy Łukaszewicz, ten, który później zajmował się propagandą w KC. Wtedy był sekretarzem Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego. Zaprosił, wyraził uznanie dla mojej dziejowej misji i zaproponował mi dyrektora administracyjnego, oczywiście jeśli się zgodzę. Potem zaprosił mnie jeszcze jakiś następny towarzysz i też mi kogoś wcisnął. I tak obsadzili mi całą administrację, od dyrektorów po księgową.
Ale inżynierów na szczęście sam sobie dobierałem. Trzonem zespołu byli: Ela Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Pracowaliśmy po 12 - 15 godzin na dobę, bez nich nie byłoby możliwe wykonanie K-202 z oprogramowaniem w ciągu jednego roku. Zapał do pracy
większości zespołu był niespotykany.

CRN: I udało się panu wyprodukować 30 komputerów. Aż 30, czy tylko 30?

Jacek Karpiński: W tych okolicznościach to było chyba "aż". Prototyp robiliśmy w nieprawdopodobnym tempie - powstał w ciągu roku. Oczywiście razem z oprogramowaniem. K-202 był zbudowany na bazie systemów małej i średniej skali integracji. Pracował z prędkością miliona operacji na sekundę. Był szybszy niż pecety w
dziesięć lat później! Zastosowałem tam kompletną nowość - powiększenie pojemności pamięci przez adresowanie stronicowe. To mój wynalazek. W Londynie, na wystawie w Olimpii, stały obok siebie: brytyjski Modular One, amerykańskie maszyny i K-202 - wszystkie 16-bitowe. I wszystkie miały 64 kilo pamięci, a
K-202 - 8 mega! Wszyscy pytali, jak to zrobiłem. Odpowiadałem, że zrobiłem i, jak widać, działa. W jakiś czas później przyjechał do mnie do Warszawy konstruktor z CDC22. To była
wtedy jedna z największych amerykańskich firm komputerowych. Chciał się dowiedzieć, jak dokonałem cudu. Powiedziałem mu, żeby się domyślił, bo to bardzo proste. Myślał dwa dni - i nic. To mu w końcu powiedziałem. Potem przyjechał następny inżynier z DEC23. Też mu powiedziałem. Trzy lata później stronicowanie
było już stosowane przez wszystkich producentów i jest stosowane powszechnie do dzisiaj. Głupio, że tego nie opatentowałem.

CRN: Komputer zyskał uznanie samego Edwarda Gierka.

Jacek Karpiński: W 1971 roku wystawiłem K-202 na Targach Poznańskich. Miałem piękne, duże stoisko. Obok wystawiali 8-bitowe Odry Elwro. Gierek przyszedł do mnie z całą świtą, Jaroszewiczem, paroma ministrami. Rozmawialiśmy z kwadrans.
- No to jak? - zapytał. - Zrobicie?
- Zrobimy - odpowiedziałem. - Ale czy pomożecie?
- Pomożemy!
Do Elwro w ogóle nie podszedł. To był dla nich straszny policzek.

CRN: A w dwa lata później po pana Zakładzie Mikrokomputerów nie było już śladu.

Jacek Karpiński: Zniszczyli wszystko, cholera jasna! Zaczęła się straszna nagonka na mnie i na K-202. Straszne mi robili świństwa.
Starałem się o autonomię dla mojego zakładu. Nic z tego nie wyszło, przenieśli mnie do Instytutu Maszyn Matematycznych.
Musieli mnie zniszczyć, bo ośmieszałem i Elwro, i IMM. Elwro zatrudniało 6 tysięcy ludzi, IMM - 700. I nie potrafili zrobić żadnej przyzwoitej maszyny. Żaby jakieś robili. Można sobie jeszcze obejrzeć w Muzeum Techniki. U mnie w 1973 roku pracowało raptem 200 osób. Przecież taki Huk wydawał na Elwro miliardy złotych! I nic z tego nie wychodziło. Ja robiłem rewelacyjne maszyny za grosze. To jakie on miał wyjście? Albo mnie zamknąć, albo zamknąć Elwro.
A że i w Elwiro, i w IMM pełno było towarzyszy i ubowców, mieli odpowiednie dojścia, żeby mnie wykończyć. Ja przecież nigdy nie byłem w partii. Wszyscy wiedzieli, że jestem ustawiony bokiem. Dyrektorem Zakładu Mikrokomputerów zostałem tylko dlatego, że wymusili to Brytyjczycy. Jeszcze w 1972 roku MERA zaproponowała, żeby robić K-202 w Elwro. Miałem być ich konsultantem. Czemu nie? Po kilku dniach dowiedziałem się, że muszę do nich
napisać pismo, bo oni do mnie się nie zwrócą. Napisałem. I zaraz dostałem odpowiedź odmowną. Bardzo zabawne, prawda?
A na początku 1973 roku członkowie dyrekcji Elwro zaprosili Jaroszewicza, który był wtedy premierem i pierwszym sekretarzem, i powiedzieli: - Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim! On nas zniszczy ekonomicznie. On ma 200 osób i robi maszyny z zagranicznych części, a my zatrudniamy 6 tysięcy i
robimy z polskich. I on ma 3 tysiące zamówień, a my nie mamy żadnego. U niego to kosztuje dolary, a u nas - złotówki!
Straszne świństwo polegało na tym, że Elwro też robiło Odry z zagranicznych komponentów. Wkład dolarowy w K-202 wynosił 1800 dolarów, a w Odrę - 30 tysięcy.
To była przecież wielka maszyna i scalaków tam wchodziło od cholery. Za wszelką cenę starali się bronić własnej dupy.
Stefan [Bratkowski - przyp. red.] próbował wydeptywać różne ścieżki, ale bez skutku. Od jednego towarzysza, o ile pamiętam Werewki, zastępcy kierownika Wydziału Przemysłu w KC usłyszał, że K-202 w ogóle nie ma.
- Jest towarzyszu - zapewnił.
- Może i jest. Ale nie działa.
- Oczywiście, że działa. Przyjedźcie do Karpińskiego, to zobaczycie.
- Nie przyjadę.
- Dlaczego?
- Bo nie ma takiego komputera.
I tak to wyglądało.

CRN: A towarzysze radzieccy nie dorzucili tu swoich trzech groszy?

Jacek Karpiński: W pewnym sensie. W 1970 roku Związek Radziecki wystąpił z inicjatywą stworzenia jednego typu komputera dla całego Układu Warszawskiego.
Nazwali go RIAD - Jednolity System Maszyn Matematycznych. Zerżnęli projekt z IBM-a 360, który wtedy nadawał się już do muzeum, ale przynajmniej był dobrze oprogramowany.
Wymyślili, że w każdym kraju satelitarnym będzie produkowany jeden typ komputera. W Polsce - RIAD 30, na Węgrzech - RIAD 10, w NRD - RIAD 20, a w Moskwie - RIAD 50.
Na jesieni 1972 roku przyjechał do Polski z całą delegacją towarzysz Ławrionow, główny konstruktor RIAD-a, żeby obejrzeć K-202. Przyjechał, popatrzył i powiedział - niemożliwe! Przecież u nich taka maszyna zajmowała całą ścianę!
Pyta, czy komputer jest odporny na wstrząsy. Odpowiedziałem, że można na nim kamienie łupać.
- A jak z klimatyzacją? - bo i ich maszyny, i Odry wymagały klimatyzacji.
- Nie potrzebuje.
I wypytywał tak, aż w końcu wziąłem szklankę wody i wylałem na komputer. Nic się nie stało.
- No tak - skonstatował z uznaniem. - Ale to nie jest RIAD, prawda?
Odpowiedziałem, że nie jest.
- A można to przerobić na RIAD?
- Można. Na zasadzie emulacji. Ma teraz milion operacji na sekundę, po emulacji będzie miał tylko 300, ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y. I będzie działał na waszym oprogramowaniu.
I w rezultacie zaprosili mnie, żebym poprowadził seminarium w Moskwie.

CRN: Pojechał pan?

Jacek Karpiński: Trochę się obawiałem, bo z tymi wizytami w Moskwie to różnie w historii bywało. Niektórzy wracali stamtąd w drewnianych skrzynkach. Zgodziłem się, ale w końcu nie pojechałem. Pojechał za mnie dyrektor naukowy IMM, profesor
Andrzej Janicki. Wyjątkowa glizda. Niby był pułkownikiem lotnictwa, ale na moje oko pracował dla KGB. W każdym razie o komputerach nie miał żadnego pojęcia. Kompletne zero. I oczywiście z tego całego planu z ruskimi nic nie wyszło.
Ale przynajmniej udało mi się zrobić drakę. Wydałem kolację w pałacyku w Jabłonnie i zaprosiłem tam Ławrionowa z całą świtą, dyrekcję MERY i IMM. Nie mogli nie przyjść. I Ławrionow wzniósł tam toast "za współpracę z inżynierem Karpińskim!". Tych z Elwro i IMM szlag trafił. To była dla nich kompletna kompromitacja.

CRN: Miał pan jednak nie tylko wrogów, ale i sprzymierzeńców. Jednym z nich był ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic.

Jacek Karpiński: Wciąż byłem na czarnej liście cenzury. Nagonka zrobiła się paskudna. Szlachcic miał dobre nastawienie do rozwoju techniki. Rozumiał, co znaczy dla kraju. Bywał w moim zakładzie, był gorącym zwolennikiem produkcji K-202. MSW używało zresztą czterech moich maszyn. Z tych 30, które udało się
wyprodukować, 15 pojechało do Wielkiej Brytanii, resztę zainstalowano w Polsce, między innymi w MSW, MSZ, w Dowództwie Marynarki Wojennej, w Hucie Lenina, na uniwersytetach Warszawskim i Gdańskim. Jeden trafił do CERN. Było więc sporo
udanych zastosowań i on to bardzo doceniał. Zorganizował spotkanie Elwro, MERY, IMM, zaprosił przedstawicieli instytucji, w których działały K-202, i poprosił, żeby przedstawić wszystkie za i przeciw. Na koniec stwierdził, że przeważają pozytywne opinie i że w ciągu tygodnia podejmie ostateczną decyzję dotyczącą przyszłości mojego komputera. I w ciągu tego tygodnia przestał być ministrem.
Zaraz potem dostałem wymówienie. Zwyczajnie wywalili mnie na zbity pysk.

CRN: Pewne elementy tej historii znalazły się w książce Romana Bratnego "Lot ku ziemi".

Jacek Karpiński: Zgadza się. Roman sportretował tam między innymi dyrektora Huka. Przedstawił go jako kompletnego debila (zresztą jak najbardziej zgodnie z rzeczywistością). Oczywiście zmienił mu nazwisko. Na Łomot. Huk zorientował się, w czym rzecz, i poszedł z książką do prokuratury. Opowiadano mi później, że prokurator zapytał:
- To pan się utożsamia z tą postacią?
Huk oczywiście odpowiedział, że nie.
- No to, o co panu chodzi?
Profesora Węgrzyna też tam można znaleźć.
Jak mnie wylali, na linii produkcyjnej było następnych 200 jednostek moich maszyn. Zniszczyli je. Potem MERA przez pięć lat pracowała nad kopią K-202. W końcu ją zrobili - dwa razy wolniejszą, zawodną i niebotycznie droższą od K-202.
Zresztą próbowano kopiować K-202 i w Moskwie, ale z tego w ogóle nic nie wyszło.

CRN: Koniec końców znalazł się pan "za zesłaniu" w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki Warszawskiej.

Jacek Karpiński: Jak mnie wylali, wezwał mnie do siebie towarzysz Wrzaszczyk. Mówił, że bardzo mu przykro, że tak się to wszystko skończyło, i że ponieważ jestem świetnym fachowcem, on ma dla mnie posadę. Zaproponował, żebym został jego pełnomocnikiem i zajął się. konteneryzacją! Powiedziałem mu, że się na tym nie znam.
- To się pan pozna. Opakowania to dla Polski bardzo ważna sprawa. Pan przecież jest patriotą.
Po czterech godzinach zgodziłem się. No, skoro to ma być takie ważne dla Polski.
- Dobrze, panie ministrze - powiedziałem. - W gruncie rzeczy to jest ciekawa propozycja. Będę mógł wykorzystać mój K-202.
- Niech pan zapomni o komputerach - krzyknął Wrzaszczyk.
Na to mu powiedziałem, że w takim razie niech on zapomni o mnie.
- Odmawia pan ministrowi?
- Odmawiam.
No i dostałem wilczy bilet. Pozwolili mi tylko na wykłady w Instytucie Przemysłu Budowlanego.

CRN: Nie mógł pan również wyjechać z kraju.

Jacek Karpiński: W 1975 roku zaproponowano mi pracę konsultanta w Stanach. Instytut zgodził się na pół etatu - mogłem pracować dwa tygodnie tu, dwa tygodnie tam. Wszystko pięknie, tylko paszportu mi nie dali.
Stefan namówił mnie, żebym poszedł do towarzysza Jezierskiego. To był taki towarzysz z Wydziału Nauki KC. Poszedłem, porozmawiałem. Obiecał interweniować.
Zadzwoniłem za kilka dni - już go nie było. No, to Stefan mówi - idź do Werblana. Werblan był wtedy prawie jak Pan Bóg. Przyjął mnie w tym naszym "białym domu" z honorami, wysłuchał, obiecał pomóc i poprosił, żebym zadzwonił za tydzień.
Zadzwoniłem za tydzień, sekretarka powiedziała, żebym zadzwonił za trzy dni. Zadzwoniłem za trzy dni, usłyszałem, żebym więcej już do towarzysza Werblana nie dzwonił.
Potem rozmawiałem jeszcze z Mieciem Rakowskim. Dotarłem do niego przez przyjaciela, dyrygenta Jurka Semkowa. Jurek był kolegą ze studiów żony Miecia - Wandy Wiłkomirskiej. Rakowski obiecał zorientować się w sytuacji, ale po jakimś czasie poprosił, żebym więcej nie rozmawiał z nim o moim paszporcie. Koszmar. Po
prostu koszmar.
Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej kolegę - dyrektora od informatyki w MSW. Bardzo przyzwoity facet. Powiedział, że widział w ministerstwie moją teczkę. Na teczce było podobno napisane ręką Jaroszewicza: "Nie wydawać paszportu. Powód:
sabotażysta i dywersant gospodarczy". - Wiesz - powiedział mi - pierwszy raz w życiu widzę sabotażystę i dywersanta, który w PRL spokojnie sobie chodzi po ulicy.

CRN: I wtedy postanowił pan rzucić wszystko i wyjechać na Mazury.

Jacek Karpiński: W 1978 roku miałem już tej całej zabawy po dziurki w nosie. Wynająłem zrujnowaną chałupę pod Olsztynem i zacząłem hodować świnie i kury. Raz na tydzień jeździłem na wykłady na politechnikę, bo nie chciałem tracić ostatnich stałych dochodów. Dziennikarze znaleźli mnie tam w 1980. Pewien
znajomy robił reportaż z dyrektorem miejscowego PGR-u. Dyrektor powiedział mu, że jest tu w okolicy taki jeden dziwny facet, który przyjeżdża po karmę dla kur, ale nie wygląda na rolnika. I zaraz zleciały się gazety, telewizja.

CRN: E...i dostał pan paszport.

Jacek Karpiński: Nie tak od razu. Dużo się wtedy w kraju zmieniło. W 1981 w MERZE był konkurs na dyrektora. Ktoś zaproponował moją kandydaturę. Dostałem prawie 90 proc. głosów. Tam pracowało wtedy 1800 osób! Ale nie było zgody Ministerstwa Przemysłu. W zamian zaproponowano mi stanowisko dyrektora IMM.
Dziwna propozycja. Powiedziałem, że się zastanowię. Na wszelki wypadek zapytałem o zdanie Stefana [Bratkowskiego - przyp. red.]. Uważał, że powinienem się zgodzić, bo jeśli odmówię, pojawią się zarzuty, że nie chcę współpracować.
Zgodziłem się. Jednak na to z kolei nie wyraziło zgody KC. Zamiast dyrektora naczelnego zaproponowali, żeby został dyrektorem technicznym. Odmówiłem. Co może zdziałać dyrektor techniczny przy dyrektorze naczelnym idiocie?
I znów zaczęła się na mnie nagonka. Jakieś artykuły w prasie, wywiady z babami ze wsi, którym podobno kradłem kury. To one kradły moje kury! Brednie jakieś kompletne.
Doszedłem do wniosku, że muszę wyjechać. Atmosfera wokół mnie gęstniała z dnia na dzień. Stefan był pewny, że szykuje się coś bardzo niedobrego. Sądzę, że postanowili mnie wtedy wykończyć na amen.

CRN: Zabić?

Jacek Karpiński: Tak. Byłem bardzo niewygodny dla zbyt wielu ludzi.

CRN: Wyjechał pan do Szwajcarii, do pana Kudelskiego.

Jacek Karpiński: Poznałem Stefana [Kudelskiego - przyp. red.] w 1972 roku.
Przyjechał wtedy do Polski, oglądał K-202. Nakręciła to Polska Kronika Filmowa - "Spotkanie konstruktorów". Jak wyjeżdżał, któryś z dziennikarzy zapytał, co chciałby kupić w Polsce.
- Jacka Karpińskiego - odpowiedział.
Pracowałem u niego jako konsultant, ale dwa lata później nasze drogi się rozeszły. Stefan chciał dalej produkować sprzęt analogowy, ja namawiałem go do przejścia na technikę cyfrową. Ponieważ nie udało mi się go przekonać, stwierdziłem, że szkoda mojego czasu i jego pieniędzy.
Do spółki ze szwajcarskim matematykiem założyłem firmę - Karpiński Computer Systems. Przetrwała tylko dwa lata. Zabrakło pieniędzy na rozwój. Początek był bardzo dobry. Zrobiłem robota sterowanego głosem i pokazałem go na wystawie w Zurychu. Natychmiast znaleźli się inwestorzy. Niestety, mój wspólnik nie chciał się dzielić udziałami. Jeszcze nie zaczęliśmy nic produkować, a już zabrakło pieniędzy.
Potem zrobiłem jeszcze w Szwajcarii Pen-Readera - skaner i oprogramowanie do skanowania i czytania tekstu po jednej linijce. Też tego nie opatentowałem. Nie mam talentu do interesów.

CRN: W 1990 roku wrócił pan do Polski. To była już inna Polska niż ta, z której pan wyjeżdżał.

Jacek Karpiński: Pod pewnymi względami tak, pod innymi niekoniecznie. Zostałem doradcą ministra finansów do spraw informatyki. Współpracowałem z Balcerowiczem, Olechowskim, a następny to był już taki głupi, że serdecznie podziękowałem.
Postanowiłem produkować Pen-Readera w Polsce. Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z
rozmachem, pewnie niepotrzebnie.
Trafiłem do banku BRE. Bank powiedział, że da mi kredyt, jeśli biznesplan zostanie przygotowany przez fachowca z Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo przysłało mi jakąś panią. Wyszło na to, że potrzeba 860 tysięcy dolarów.
Zabezpieczeniem był mój dom w Aninie wyceniony na 350 tysięcy dolarów. Kredyt miał przyjść w trzech transzach. Pierwsza wynosiła 126 tysięcy dolarów.
Kupiłem maszyny, komponenty, zapożyczyłem się jeszcze u znajomych, wiedząc, że za parę tygodni przyjdzie druga, większa transza kredytu. Czekam, czekam. A pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Poszedłem do banku i pytam, kiedy będzie druga transza. A oni na to:
- A ma pan nowe zabezpieczenie?

CRN: Potraktowali dom jako zabezpieczenie tylko pierwszej transzy?

Jacek Karpiński: Nic o tym wcześniej, cholera, nie powiedzieli! Jeszcze nie zacząłem produkcji, a oni już weszli mi na konta. A że nie miałem czym płacić, zaczęli mi naliczać karne odsetki - 120 proc.! Sprzedałem Pen- -Readery wyprodukowane w Szczytnie, dostałem na konto w Banku Handlowym 30 tysięcy dolarów. Sprawdzam stan konta - pusto. BRE zabrał. Zostałem kompletnie bez pieniędzy.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie - wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę!
Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra!
Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące.
- Panowie - mówię. - Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta.
Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż.

CRN: W rezultacie stracił pan dom.

Jacek Karpiński: Sprawa kredytu w BRE ciągnęła się od 1996 do 2000 roku. W końcu wystawili mój dom przy Nawigatorów 11 na licytację. I sprzedali. za 200 tysięcy złotych! Tam była działka 2,5 tys. mkw. Jeszcze w 1996 był wyceniony na 350 tysięcy dolarów! Kupił go jakiś były policjant.
Miałem mieszkać w tym domu do kwietnia 2001 roku. W październiku 2000 roku nowy właściciel zażądał, żebym się wyprowadził. Powiedziałem, że nie będę się wyprowadzał na zimę. Komornik ustalił przecież, że mogę mieszkać do kwietnia.
Nowy właściciel nie miał co prawda wstępu do domu, ale miał za to wstęp do ogrodu. Zaczęły się świństwa. Najpierw pościnał wszystkie drzewa, potem sprowadził koparkę i rozorał wszystko tak, że nie było jak chodzić. Potem koparka uszkodziła dach. Przeprosił i obiecał, że naprawi - i w ramach tej naprawy zerwał cały dach. Siedziałem w pokoju i pracowałem. pod gołym niebem.
Jak padał deszcz, brałem parasol, a komputer przykrywałem folią. W końcu pozrywał mi koparką przewody elektryczne.
Któregoś dnia poszedłem do córki na kolację. A ten bezczelny łobuz przyjeżdża i mówi, że dom się zawalił! Rozjechał wszystko buldożerem! Wszystko zniszczył.
Całą moją bibliotekę, wszystkie pamiątki, wyposażenie domu.
Nie pamiętam, ile razy pisałem do policji, prokuratury, żeby poskromili jakoś tego łobuza. Bez odzewu. Pisałem do inspekcji budowlanej. Przyjechali dopiero wtedy, jak już z domu nic nie zostało. Przecież było wyraźnie widać, że to wszystko zrobiono ciężkim sprzętem.

CRN: W jaki sposób znalazł się pan we Wrocławiu?

Jacek Karpiński: Jak mi zabrali dom, pomieszkiwałem w Aninie. Potem wyjechałem na pół roku do Szwajcarii, żeby tam robić na zlecenie nowy skaner. To jest specjalny skaner do sprawdzania ksiąg rachunkowych. Sczytuje liczby, przesyła do komputera, gdzie są prowadzone obliczenia. Ja z synem Danielem zajmowałem się tylko konstrukcją. Sprzedaż będą prowadzić Szwajcarzy.
Kiedy wróciłem, przyjaciółka namówiła mnie na przenosiny do Wrocławia. Mam stąd bliżej do synów. Dwaj mieszkają w Szwajcarii, trzeci, Daniel, przyjechał dwa lata temu do Wrocławia. Bardzo zdolny chłopak. Tak jak ja - elektronik i
informatyk. Będziemy razem robić wersję mobilną tego skanera.

CRN: Banki dały już panu spokój?

Jacek Karpiński: Niezupełnie. Jeszcze spłacam długi. Idzie na to jedna czwarta mojej emerytury.
Kiedyś opowiedziałem to i owo o moich pracach pewnemu szwajcarskiemu biznesmenowi. Wywnioskował, że muszę być miliarderem. A ja wiążę jakoś koniec z końcem, żeby przetrwać.

CRN: Jaka jest pana recepta na kłopoty? To, przez co pan przeszedł, starczyłoby, żeby doprowadzić do załamania nie jedną, ale kilka osób. A pan wciąż nie załamuje rąk.

Jacek Karpiński: Co ja robię, jak mam kłopoty? Nic nie robię. Po prostu olewam. Moja dewiza jest bardzo prosta: martwię się, jeśli mogę coś w mojej sytuacji zmienić. Jeśli nic nie mogę zrobić, przestaję się martwić. Jeśli nic nie mogę poradzić na świństwo, po co miałbym jeszcze sam się zadręczać?

CRN: Rozmawiał Adrian Markowski, współpraca Anna Suchta
Adrian Markowski
 
User is offline  PMMini Profile Post #1


> Posts in this topic
swatek   Wynalazcy i naukowcy   6/06/2007, 9:40
babunia   Przykro to stwierdzić, ale nie jest p.Jacek Karp...   18/02/2008, 13:07
slawko   Witam, powyższy post jest dość poruszający. Drogi ...   2/04/2008, 21:55
kontousuniete170817   Odświeżam stary wątek. Brakuje porządnego oprac...   25/01/2015, 10:13
antoni.jakubiak   Witam, Coś mi się nie zgadza. W 1973 nie było komp...   10/04/2008, 11:37
antoni.jakubiak   Cytuję: <<< I wszystkie miały 64 kilo pam...   3/07/2008, 10:47
adrianm   Witam, Ot nie wiedziałem nawet, że wywiad tu się z...   2/07/2008, 12:01
artom   Przeczytałem uważnie posty o K-202. Ponieważ wiele...   25/08/2008, 16:56
Alexander Malinowski2   Jeśli adresujesz adresem 6-bitowym 0..63 to teoret...   1/05/2013, 13:50
pulemietczik   O to niezwykle ciekawe - poznać opinię kogoś, kto ...   26/08/2008, 0:06
artom   Jako 6 letni użytkownik mikrokomputera K-202 mogę ...   26/08/2008, 16:28
Elwrowiec   W swych wspomnieniach Jacek Karpiński niekiedy roz...   9/04/2010, 17:28
minddancer   http://en.wikipedia.org/wiki/Central_Air_Data_Comp...   1/05/2013, 2:19
Arbago   Dziwny temat. Myślę, że musi się tym zainteresowa...   1/05/2013, 3:14
Marek Zak   Pracowałem w fabryce i w nauce za PRL-u, a obecnie...   1/05/2013, 12:35
Domen   Nie wiem czy to można podciągnąć pod PRL, ale na p...   29/06/2013, 21:25
Domen   I jeszcze inne wynalazki Lucjana Łągiewki: http:/...   29/06/2013, 21:40
PM7hawk   Wspominano tu o chybionej turbince Kowalskiego. Mn...   31/08/2013, 16:44
poldas372   Turbinka Kowalskiego to był pic na wodę, fotomonta...   31/08/2013, 16:53
PM7hawk   Nie. Budowano to na bazie 4 suwa który miał zmodyf...   1/09/2013, 11:37
Afterbirds   Czyżby panowie "wynaleźli" rozrząd tulej...   22/10/2013, 12:32
poldas372   Przyznaję, że z opisu nie bardzo wiadomo o co chod...   22/10/2013, 14:31
Afterbirds   W silnikach samochodowych nawet przed pierwszą (ac...   22/10/2013, 20:45
poldas372   Jedynym, co tu jest dla mnie czytelne, to jakiś sy...   22/10/2013, 21:14

 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2023 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej