Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Ten "straszny" rok 1939
     
Iran
 

Nowicjusz
Grupa: Użytkownik
Postów: 3
Nr użytkownika: 76.860

 
 
post 16/02/2012, 1:29 Quote Post

Wywiad z Włodzimierzem Borodziejem, prof. Uniwersytetu Warszawskiego.

Gdyby Hitler zginął 8 listopada w zamachu w monachijskiej piwiarni, przeszedłby do historii jako największy mąż stanu w dziejach Niemiec. Ale Hitler się spieszył, wyszedł z piwiarni 20 minut przed wybuchem.

Na naradzie z dowódcami 5 listopada 1937 roku Hitler wymienił kierunki ekspansji Niemiec: Austria, Czechy, potem Zachód. W ogóle nie mówił o Polsce. Dlaczego?

- Tego dnia zdarzyło się coś jeszcze istotniejszego z punktu widzenia stosunków polsko-niemieckich, na co niewielu badaczy zwraca uwagę. Otóż w Spale prezydent Ignacy Mościcki przyjął delegację mniejszości niemieckiej. Równocześnie w południe delegacja mniejszości polskiej została przyjęta przez kanclerza Hitlera. Obie strony ogłosiły, że wobec mniejszości narodowych będą odnosić się na zasadzie wzajemności. Są to sprawy bilateralne, a Lidze Narodów, która do tej pory była gwarantem praw mniejszości, nic do tego. Józef Beck uważał, że to wielki sukces. Także 5 listopada padło zapewnienie ze strony Hitlera, że w statusie Wolnego Miasta Gdańska nic się nie zmieni i że będą tam respektowane prawa Polski i Polaków. Wszystko więc na to wskazuje, że Hitler w 1937 roku nie planował wojny z Polską. Uważał, że uda mu się utrzymać z nią dobre stosunki, a może nawet wyprowadzi ją z sojuszu z Francją - która była jego przeciwnikiem pierwszoplanowym.


Trochę to sprzeczne z ideologią o rozszerzeniu przestrzeni życiowej dla Niemców. Przecież ta przestrzeń życiowa to wschód, ziemie Słowian.

- I tu dochodzimy do sedna sprawy: powszechnego przekonania o antyslawizmie Hitlera. Ale jeśli głębiej wczytać się w jego wypowiedzi, to przed 1939 rokiem trudno znaleźć opinie deprecjonujące Polaków. Gdy Hitler mówi o Słowianach, zwykle chodzi mu o Czechów, których z racji miejsca urodzenia i lat spędzonych w Wiedniu dobrze znał. I jak się wydaje, serdecznie nienawidził.


Jakie w takim razie miał oczekiwania wobec Polski?

- Dość jasne. Żeby nie przeszkadzała. Najpierw w rewizji traktatu wersalskiego, potem w ekspansji. Z kolei Józef Beck traktował Hitlera jako szansę na prowadzenie samodzielnej polityki zagranicznej, w jednakowej odległości od dwóch potężnych są siadów: Niemiec i ZSRR.

Musimy pamiętać, że Hitler oznaczał jakościową zmianę. On - w odróżnieniu od wszystkich poprzednich, czyli demokratycznych rządów niemieckich - nie mówił o konieczności rewizji granicy polsko-niemieckiej. Czynił też wiele przyjaznych gestów wobec Polski. Np. ze względu na pogrzeb Piłsudskiego (na którym Rzeszę reprezentowała druga osoba w państwie, czyli Göring) została przełożona sesja Reichstagu, zaś kolejną rozpoczęto minutą ciszy ku czci Marszałka. Wspomnienie o zmarłym wygłosił Göring, mówił o nim też Hitler, który wcześniej uczestniczył w berlińskiej mszy żałobnej w intencji Piłsudskiego. Ciekawe, że w chwili zaostrzenia relacji z Polską w 1939 roku w niemieckich mediach nadal utrzymywał się kult Piłsudskiego. Pojawiła się nawet figura propagandowa, że Beck zerwał z jego polityką, że jest jej żywym zaprzeczeniem. Nawet we wrześniu '39 Hitler demonstracyjnie oddawał cześć pomnikom Marszałka: to był według niego dobry, wielki Polak, który niejako przerósł swój naród. A zwłaszcza jego elitę polityczną.


Beck rzeczywiście odszedł od linii Piłsudskiego?

- Nie. Polityka Piłsudskiego, a potem Becka, to konsekwentna gra na samodzielność. Beck już w 1932 roku, a więc za życia Marszałka, zastąpił na stanowisku ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego. Zaleski jeszcze łączył nadzieje z Ligą Narodów i za jej pomocą próbował zabezpieczać polskie interesy. Ale Liga raczej gorzej niż lepiej strzegła porządku wersalskiego.

Hitler chciał rewizji traktatu wersalskiego, Polsce zależało na jego utrzymaniu.

- I dlatego trudno prowadzić politykę utrzymania wersalskiego status quo, nie sprzeciwiając się polityce Niemiec, które punkt po punkcie go rewidowały. Polityka Becka stała się z czasem schizofreniczna. Godził się na rewizję traktatu przez Niemcy, ale równocześnie zastrzegał, że traktat ma nadal w 100 procentach obowiązywać w sprawach Polski. Beck szczerze napisał w maju 1939 roku, że "albo dociągniemy nasze Państwo do pozycji mocarstwa, albo ( ) staniemy się jakąś Słowacją czy czymś podobnym". Cały okres jego ministrowania to takie "dociąganie" Polski do pozycji mocarstwa. Tak już jest, gdy tylko Polska staje się suwerenna, natychmiast pojawiają się politycy, dla których jest ona ciągle za mała. Oni chcieliby zarządzać takim półmocarstwem.

To dość ostra krytyka polityki Becka.

- Beck świetnie wiedział, ile ryzykuje, kiedy historia powie "sprawdzam". Bo chcieliśmy być mocarstwem, choć nie mieliśmy atrybutów mocarstwa. Polska była dużym, ale słabym państwem. Dlatego też Beck pisze, że "dociąga" ją "mimo całej naszej biedy i słabości". Z drugiej strony wielkiego wyboru nie miał. Czy można było stulić uszy po sobie i przyjąć ugodę z Hitlerem? Nie. To było psychologicznie niemożliwe z punktu widzenia ówczesnej elity i woli narodu.

Jest taki zapomniany epizod z lata 1939 roku, który pokazuje sposób myślenia Becka. Polska negocjuje z Wielką Brytanią kredyt. Wiadomo, że na uzbrojenie armii, bo wojna tuż-tuż. Brytyjczycy oferują śmiesznie mało, a przy okazji próbują załatwić kilka własnych interesów, m.in. ograniczenie eksportu polskiego węgla. Beck rokowania zrywa. Szaleństwo? Może. Ale z drugiej strony umowa kredytowa i tak nie zostałaby zrealizowana przed spodziewanym wybuchem wojny. Więc wojsko polskie nie byłoby ani o karabin lepiej wyposażone. Natomiast Brytyjczycy groźbę wojny potraktowali małostkowo, jako okazję do załatwienia swoich interesów. To było dla Becka nie do zaakceptowania.


Beck jednak skądś czerpał przekonanie o słuszności swojej polityki. Może wierzył, że jesteśmy w stanie pokonać Niemcy?

- Polska militarnie nie mogła się równać z Niemcami. Wiedzieli o tym dobrze i Niemcy, i ci polscy politycy, którzy wiedzieć powinni.

W rozmowie z Ribbentropem w styczniu 1939 roku pada z ust Becka zdanie, które w pewnym stopniu jest kwintesencją jego wizji polityki. On na propozycję niemiecką: Gdańsk dla Rzeszy, autostrada i linia kolejowa przez Pomorze i udział w pakcie antykominternowskim, odpowiada: nie. Ale uzasadnia to stwierdzeniem: "Bo Polska to nie Czechy".

Ta niechęć, wręcz pogarda wobec Czechów była głęboko zakorzeniona w myśleniu polskich elit politycznych. Czesi swoją niepodległość wytargowali, myśmy wywalczyli szablą. Głębokie przekonanie, że Polska nie może podzielić losu Czechosłowacji, było wszechobecne. Beck po prostu uważał, że Polska jest tak dużym państwem i tak istotnym elementem stosunków europejskich, że próba rewizji jej granic musi skończyć się wojną. Z jednej strony się nie mylił. Z drugiej owa godnościowa polityka doprowadziła do tego, że nie zwracał uwagi na realne zagrożenia. Spójrzmy na sytuację z okresu konferencji monachijskiej, gdy decydowały się losy Czechosłowacji.


Tu zachowywał się konsekwentnie. Przecież był oburzony, że Polska nie wzięła w niej udziału na równych prawach.

- To prawda, ale zaraz zaczął się też dopominać o równe prawa mniejszości etnicznych na terenie Czechosłowacji. A więc takie, które dawałyby mniejszości polskiej uprawnienia takie same jak niemieckiej. Racjonalne? Tak. Ale wkrótce okazało się, że chodzi o prawo do secesji, które wymógł na Pradze Hitler w odniesieniu do tzw. Niemców sudeckich. Brytyjczycy i Francuzi, widząc, co się kroi, mówili Polakom: co wy robicie? Jesteście państwem wielonarodowościowym, więc jesteście następni w kolejce. Ale odpowiadało im milczenie polskich polityków albo stwierdzenia, że z Berlinem sami sobie poradzą.


Czy wielkie majowe przemówienie "Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da" jest w pana opinii przemówieniem: my, Polacy, nie jesteśmy Czechami?

- Też, ale nie o to tutaj chodziło. To znowu mówi były żołnierz, w imieniu pokolenia, które przeżyło rzeź Wielkiej Wojny, ale suwerenność swojego państwa - nazwaną tu honorem - ceni wyżej niż strach przed powtórką horroru. On myśli inaczej niż Benesz. Myśli zresztą w ogóle inaczej. Niemcy, tłumaczy Beck swoim podwładnym kilka tygodni wcześniej, "promenują się dziś po całej Europie" w sile dziewięciu dywizji - "z tą siłą nikt Polski nie weźmie". Nie sadzę, by sam w to wierzył, ale w tym samym przemówieniu do współpracowników mówi inną rzecz, właśnie to, czego Niemcy nie byli w stanie zrozumieć: Polska ma swoje "bezpośrednie interesy", do nich zalicza się status prawnomiędzynarodowy Gdańska. Jeżeli ktoś te interesy naruszy - mówi Beck - "przychodzi nasze polskie non possumus. To proste: będziemy się bić".
Naprawdę prosta konstrukcja. Tylko pewnie trzeba być Polakiem, by uwierzyć, że to ani figura retoryczna, ani oferta przetargowa.


Miesiąc po konferencji monachijskiej pojawia się niemieckie ultimatum dotyczące Gdańska, eksterytorialnej autostrady i wejścia Polski do paktu antykominternowskiego skierowanego przeciw ZSRR.

- Propozycja z 24 października 1938 złożona ambasadorowi Lipskiemu nie miała charakteru ultimatum. Dla Hitlera sprawa Gdańska oznaczała - wciąż pokojowe - rewidowanie traktatu wersalskiego. Niewiele więcej. Hitler był przekonany, że jego propozycje są umiarkowane i logiczne. Rozumował tak: Polsce to się opłaca, bo jako pierwszy niemiecki polityk faktycznie gwarantuje jej granice zachodnie, a za drobne ustępstwa pozwoli Polsce odzyskać status - znowu wracamy do tego pojęcia - mocarstwa na Wschodzie. Oczywiście byłoby to imperium drugiej kategorii, faktycznie uzależnione od Niemiec, ale imperium.



Ale gdzie były te imperialne perspektywy?

- Hitler mówił o nich Polakom wielokrotnie. Już podczas wizyty w 1935 roku Göring namawiał marszałka Piłsudskiego, by Polska wraz z Niemcami ruszyła na Moskwę. Podczas wizyty w styczniu 1939 roku Joachim von Ribbentrop mówił o polskiej Ukrainie, na co Beck odpowiadał, że nawet nie wie, "co by z takim obiektem zrobił". Polska była wielokrotnie namawiana do podpisania paktu antykominternowskiego - który skierowany był przeciw międzynarodówce komunistycznej, a jego tajny protokół zakładał przynajmniej neutralność podczas ataku jednego z sygnatariuszy na ZSRR.

Ślady tej konstelacji - sojusz dyktatur europejskich przeciw bolszewizmowi - znajdujemy w dzisiejszych publikacjach rosyjskich o rzekomych tajnych porozumieniach Polski z Niemcami.


I jaka była polska odpowiedź?

- Za każdym razem "nie". Polska nie przystąpiła do paktu, więc nie mogła uczestniczyć w jakichkolwiek tajnych protokołach. Polityka równej odległości między Niemcami a Rosją sowiecką zakładała, że nie będziemy się angażować w jakiekolwiek awantury na wschodzie.

W takim stawianiu sprawy istotną rolę odgrywają biografie czołowych polskich dyplomatów. To byli wojskowi. Mieli za sobą doświadczenie wyprawy kijowskiej i nie było to miłe wspomnienie. Osłabiać ZSRR od wewnątrz, przez wygrywanie konfliktów narodowościowych - jak najbardziej. Natomiast wojna z ZSRR z perspektywy Warszawy mogła być tylko obronna. Agresja czy współudział w niej nie wchodziły w grę.


Beck propozycjami niemieckimi był kompletnie zaskoczony, a i Hitler wydawał się zaskoczony odmową. W kwietniu 1939 roku stwierdził, że oferta niemiecka nie zostanie powtórzona, wypowiedział układ o nieagresji i od razu zarządził przygotowania do wojny. Dlaczego?

- Zrozumiał, że gdyby rozpoczął wojnę na Zachodzie, jak pierwotnie zakładał, Polska nie pozostałaby bierna i zaatakowałaby od wschodu. Musiał więc dokonać zwrotu. Zresztą całe jego otoczenie odetchnęło z ulgą, że wreszcie skończyła się polityka odprężenia z Polską. Goebbels notował w dzienniku, że wreszcie kończy się przyjaźń z "Polaczkami", którzy "są i pozostaną naszymi wrogami". Naprawdę im ulżyło, że już nie trzeba udawać. Bo otoczenie Hitlera nienawidziło Polaków.

Ciekawym z punktu widzenia historyka odbiciem nastrojów są karykatury. Jest taka świetna praca Eugeniusza Cezarego Króla "Polska i Polacy w propagandzie narodowego socjalizmu w Niemczech 1919-45". Przed 1934 r., nim zaczęło się odprężenie, obraz Polski jest straszny - Polacy w karykaturach przedstawiani są jako świnie lub jako wilki czyhające na bezbronne owieczki w Prusach Wschodnich. Cała propaganda niemiecka mówi o polskim zagrożeniu.

W okresie odprężenia mamy inny rysunek: Göring na polowaniu w Polsce, a nad nim szybują dwa orły, biały i czarny.

Przychodzi wiosna 1939 i niemiecka prasa jest znów pełna polskich wilków zagrażających Niemcom. Zresztą polska propaganda odpowiadała pięknym za nadobne. Prasa o sympatiach endeckich żądała represji wobec mniejszości niemieckiej i przypominała o słowiańskości wschodnich Niemiec. I chyba zrobiła wrażenie, skoro Erika Steinbach sugeruje, że taki był mniej więcej oficjalny, rządowy program Polski przed wojną, czyli: odebrać dawne ziemie słowiańskie i wypędzić Niemców mieszkających w Polsce.


Ten post był edytowany przez Iran: 16/02/2012, 1:32
 
User is offline  PMMini Profile Post #1

     
Woj
 

VIII ranga
********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 3.633
Nr użytkownika: 25.745

Stopień akademicki: posiadam
Zawód: historyk
 
 
post 16/02/2012, 7:56 Quote Post

Ładny wywiad - ciekawy i potrzebny, bo prostuje pewne stereotypy, i wyjaśnia kwestie, które dotąd jakoś umykały z pola widzenia. Tylko, jak to czasem bywa, niejako z konieczności operuje skrótem, upraszczając niektóre rzeczy, które w istocie aż tak proste nie były. wink.gif
 
User is online!  PMMini ProfileEmail Poster Post #2

     
mata2010
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.480
Nr użytkownika: 33.783

Andrzej Matuszewski
Stopień akademicki: dr
Zawód: statystyk
 
 
post 16/02/2012, 8:26 Quote Post

Za Gomułki wszystko zwalano na rewizjonistów zachodnioniemieckich. Równie naiwna i tylko propagandowa jest tendencja do szukania istotnych punktów wspólnych między Hitlerem a polskim interesem narodowym.
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #3

 
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej