Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )
 
5 Strony « < 3 4 5 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

> Głośne sprawy kryminalne w PRL, Było tego trochę...
     
Fuser
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.900
Nr użytkownika: 15.418

 
 
post 29/04/2018, 18:00 Quote Post

Artykuł o pierwszej ofierze seryjnego mordercy "Skorpiona":
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,...a.html#Z_TRwknd

Ten post był edytowany przez Fuser: 29/04/2018, 18:01
 
User is offline  PMMini Profile Post #61

     
Grapeshot
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.160
Nr użytkownika: 79.211

Steven Murphy
Zawód: Marine Engineer
 
 
post 21/09/2018, 0:16 Quote Post

W pierwszej połowie lat 1960, zastrzelono w samochodzie służbowym dwóch milicjantów na patrolu. Na drugi dzień prasa donosiła, że w jakiejś podwarszawskiej miejscowości, nie pamiętam nazwy, ci milicjanci aresztowali Zdanowicza i Cholewińskiego, którym założyli kajdanki i posadzili ich w samochodzie. W czasie transportu Zdanowicz skarżył się, że kajdanki uciskają go zbytnio w nadgarstki i prosił o poluzowanie. Gdy jeden z milicjantów otworzył kajdanki, aby poluzować on wyjął swoją broń i zabił milicjantów. Bronią była tetetka. Pokazano tu ludzkie podejście milicjanta do aresztowanego.
Można tu zapytać, skąd oni to wszystko wiedzieli.
Sprawa została nieprawdopodobnie nagłośniona i po kilku dniach zlokalizowano obydwóch na podkarpaciu, tak jak pamiętam w okolicach Jasła. Donosów prawdopodobnie mieli w nadmiarze.
Zastawiono tam pułapkę, w którą Zdanowicz i Cholewiński weszli.
Sprawa sądowa nie była nagłośniona, a może ją nawet utajniono. Były ku temu najprawdopodobniej powody, bo broń mogła być odebrana jednemu z milicjantów. Dalszy ciąg, o wyroku i egzekucji, podawano w prasie krótko na wewnętrznych stronach. Zdanowicza skazano na śmierć i powieszono. Co do losu Cholewińskiego, to chyba długoletnie więzienie, ale tu nie jestem pewien. Na Google nic o nich nie wystukałem.
Nazwisko Zdanowicz kojarzyło się wtedy z Felkiem Zdankiewiczem z kultowej piosenki.

Ten post był edytowany przez Grapeshot: 21/09/2018, 0:18
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #62

     
Varyag
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.099
Nr użytkownika: 88.193

 
 
post 21/09/2018, 0:28 Quote Post

To było W TARNOWIE! Tetetkę mieli wcześniej - zatrzymujący zrobili ten błąd,że nie przeszukali ich przed wsadzeniem do samochodu.

Ten post był edytowany przez Varyag: 21/09/2018, 0:32
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #63

     
Krzysztow
 

V ranga
*****
Grupa: Użytkownik
Postów: 627
Nr użytkownika: 101.502

Krzysztof Kowalski
Zawód: uczen
 
 
post 21/09/2018, 8:24 Quote Post

QUOTE(T34 @ 24/02/2007, 9:42)
Była też taka głośna sprawa, chyba w latach 60-tych. Kilku facetów napadło na konwój pieniędzy jadący do banku, zabijając przy tym pare osób. Jeden z napastników uciekając potrącił przechodnia tak, że spadł mu kapelusz. Co ciekawe przeprosił go i podniósł mu ten kapelusz. Sprawy nigdy nie rozwiązano.
*


Czy tu nie chodzi czasem o "Napad pod Orłami"? To było 22.12.1964 r(?) przy ul Jasnej w Warszawie? Sprawców nie wykryto natomiast chodziły słuchy że to miało być...SB.
 
User is online!  PMMini Profile Post #64

     
wysoki
 

X ranga
**********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 17.174
Nr użytkownika: 72.513

Rafal Mazur
Stopień akademicki: magazynier
 
 
post 21/09/2018, 9:25 Quote Post

QUOTE(Krzysztow @ 21/09/2018, 9:24)
QUOTE(T34 @ 24/02/2007, 9:42)
Była też taka głośna sprawa, chyba w latach 60-tych. Kilku facetów napadło na konwój pieniędzy jadący do banku, zabijając przy tym pare osób. Jeden z napastników uciekając potrącił przechodnia tak, że spadł mu kapelusz. Co ciekawe przeprosił go i podniósł mu ten kapelusz. Sprawy nigdy nie rozwiązano.
*


Czy tu nie chodzi czasem o "Napad pod Orłami"? To było 22.12.1964 r(?) przy ul Jasnej w Warszawie? Sprawców nie wykryto natomiast chodziły słuchy że to miało być...SB.
*


Dokładnie to dwóch facetów, ponadto napadli oni w sumie na dwa konwoje oraz na kasjerke z "ochroniarzem".
Natomiast faktycznie z powodu użytej broni (jak też sprawności w posługiwaniu sie nią), a zwłaszcza informacji zawartej w liście do rannego ochroniarza uznano, iż muszą być albo milicjantami, albo z SB.
Słuchy natomiast chodziły, iż sprawcy zostali wykryci i sprawa załatwiona "wewnetrznie".
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #65

     
Varyag
 

VI ranga
******
Grupa: Użytkownik
Postów: 1.099
Nr użytkownika: 88.193

 
 
post 21/09/2018, 13:34 Quote Post

Sprawa Bogdana Arnolda. https://kruczek.pl/polscy-seryjni-mordercy-bogdan-arnold/ I chyba sprawy dzieci kieleckich tu nie wspominano?

Ten post był edytowany przez Varyag: 21/09/2018, 13:35
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #66

     
MikoQba
 

Presbyterian Westminster Confession
********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 3.809
Nr użytkownika: 8.008

James Nicholson
Stopień akademicki: Dysortograf
Zawód: Dziennikarz
 
 
post 14/12/2018, 22:08 Quote Post

Sprawa Zakrzewskich i motyw jest nieco bardziej skomplikowana.
https://www.youtube.com/watch?v=G8w9MW0Dzww

Istnieje tam jeszcze tajemniczy motyw sędziego.
"W 20. dniu procesu, po trzech miesiącach od odczytania aktu oskarżenia, proces dobiegł końca. Zapadł wyrok: kary śmierci dla Józefa i Czesława Zakrzewskich, 25 lat więzienia dla Adama. Na tym urywają się relacje sprawozdawców sądowych. Poza jedną – Edmunda Żurka w tygodniku „Kultura”. Napisał: „Spełniając podstawową rolę reportera – jaką jest rzetelność – pierwszy z piszących przerywam przygnębiająca zmowę milczenia. Wśród świadków zabrakło byłego sędziego ze Starachowic Stanisława W., przeciwko któremu prowadzone jest postępowanie prokuratora. Sędzia Borodej nie unikał podczas rozpraw pytań o »kumotra« vel Stanisława W. Czesław Zakrzewski już w drugim dniu procesu tłumaczył: – Nie mogę mówić, bo na ławie oskarżonych nie ma tego, który jest winien, i złość się z rozpaczy rozlewa”.

Żurek nie wyjaśnia wprost, kogo syn starego Zakrzewskiego miał na myśli. Ale z tego komentarza, a także z zamieszczonej w „Argumentach” zaraz po wyroku wypowiedzi wiceprokuratora wojewódzkiego w Kielcach, rysuje się polityczne tło morderstwa Lipów. Za niepiśmiennymi Zakrzewskimi stał sędzia ze Starachowic, któremu – jak zeznał Czesław – składali przysięgę wierności, kładąc rękę na trupiej czaszce.

U podnóża Gór Świętokrzyskich jeszcze w latach 50. wychodziły z lasu niedobitki oddziałów partyzanckich różnych formacji. Może sędzia Stanisław W. był utajnionym oficerem podziemia? A zwalczający władzę ludową Zakrzewscy jego żołnierzami? Dziwny list Czesława do Adama o jakiejś Maryśce, którą o wszystkim informował, nie został podczas procesu rozszyfrowany. Wiadomo tylko, że nie chodziło o kobietę. W osobnym procesie sędzia W. dostał cztery lata za poinformowanie oskarżonych, że mają założony podsłuch. Nie zachowały się akta tej sprawy, a proces był niejawny. Nie wiadomo więc, dlaczego sędzia za cenę przestępstwa chronił zbrodniarzy. Sąd Najwyższy odrzucił kasację wyroku dla Zakrzewskich. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano po roku. Adam Zakrzewski na wiadomość o śmierci ojca i brata nie chciał dłużej żyć. Powiesił się w celi."
https://reportaze-sadowe.wprost.pl/historia...gube-lipow.html
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #67

     
MikoQba
 

Presbyterian Westminster Confession
********
Grupa: Moderatorzy
Postów: 3.809
Nr użytkownika: 8.008

James Nicholson
Stopień akademicki: Dysortograf
Zawód: Dziennikarz
 
 
post 15/12/2018, 19:10 Quote Post

9 września 1959 roku kat zacisnął mu pętlę na szyi, a potem kopnął w drewniany zydel. To był ostatni wyrok śmierci wykonany w Opolu.

Kartki sądowych akt sprzed ponad pół wieku pożółkły, pismo i druk wyblakły, ale czarno-białe zdjęcia z wizji lokalnej największej zbrodni w powojennej historii Polski są nadal jak żyleta.

Na fotografiach z września 1957 r. widać Edmunda Słabego, wówczas 19-letniego chłopaka.
Postawny blondyn w eleganckiej samodziałowej marynarce w kratę, modnych wówczas szerokich czarnych spodniach i z widoczną na ręce bransoletką luksusowego zegarka Delbena. To wszystko Mundek kupił za pieniądze zrabowane Heluszkom. To dla tych pieniędzy zamordował ciotkę i całą jej rodzinę. Nie oszczędził nawet czteromiesięcznej Marysi.
MUNDEK SCHODZI NA ZŁĄ DROGĘ
Urodził się i mieszkał w zapadłej wsi pod Kłobuckiem. Skończył pięć klas, uczyć się nie chciał, w domu bieda piszczała, więc rodzice pogonili go do pracy. W tamtych czasach nie było to nic niezwykłego. Ale Mundek nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, zmieniał zajęcia jak rękawiczki.

- Nie opłaca mi się tyrać za 600 złotych - tłumaczył matce.

Bo Mundkowi marzyło się lepsze życie. Nienawidził swoich wytartych drelichowych spodni po ojcu, dwóch par pocerowanych skarpetek i chleba z margaryną owiniętego w gazetę, który co ranka dawała mu do pracy matka. Mundek, wracając po robocie do domu, z błyszczącymi oczami zaglądał przez szyby do knajpy na rynku w Kłobucku, gdzie bawiły się miejscowe niebieskie ptaki. Zazdrościł im pieniędzy i tych rozchichotanych dziewczyn w przemycanych z Zachodu nylonowych pończochach. Patrzył, jak niebieskim ptakom z Kłobucka siadały na kolanach. On nie miał nawet garnituru na wiejską zabawę.

To dlatego włamał się z kolegą do stojącego na bocznicy wagonu. Niestety, zamiast cenionych na czarnym rynku towarów były tam instrumenty muzyczne. Właściwie tylko jako trofeum wzięli trąbkę i klarnet.

Kilka dni później do ich domów zastukali milicjanci. Dzisiaj taka sprawa skończyłaby się umorzeniem: młodzi, niekarani, niska szkodliwość społeczna itd. Ludowa władza była jednak surowa, w sądzie Mundek i kolega za rabunek społecznego mienia dostali po pół roku więzienia. Odpowiadali z wolnej stopy, ale kiedy wyrok się uprawomocnił, mieli iść siedzieć. Kolega poszedł, Mundek nie chciał, bo się bał.

- Co mam robić? - zapytał bezradnie matkę.

Kobieta po chwili zastanowienia przypomniała sobie o siostrze. - Jedź do cioci do Smarchowic, zaopiekują się tobą, to daleko stąd, znikniesz, w sądzie zapomną o tobie - poradziła synowi.

Mundek posłuchał rady, 19 sierpnia 1957 r. stanął w progu domu na uboczu Smarchowic Małych, przy drodze do Krzykowa.
Heluszkom zostało dziesięć dni życia.
PANIE WŁADZO, TO DOBRY CHŁOPAK
Urodzony w 1899 roku Jan Heluszek i jego o 15 lat młodsza żona Stanisława pojechali przed wojną do Francji za chlebem. Choć ciężko harowali, nie dorobili się tam majątku. Za to w 1941 urodziła im się Genowefa, a cztery lata później Władysława. Kiedy minęła wojenna zawierucha, uznali, że nie znajdą szczęścia nad Sekwaną.

Przywiezionych oszczędności starczyło tylko na dom i dwa hektary ziemi w Smarchowicach. Nie dało się z tego wyżyć, więc Jan dorabiał jeszcze jako robotnik w rejonie dróg publicznych. Stanisława zajmowała się gospodarstwem i wychowywaniem kolejnych dzieci: Zygmunta, Aleksandra i urodzonej w kwietniu 1957 Marysi.

Powoli wychodzili na prostą. Kiedy przyjechał Mundek, mieli w chlewiku dwie krowy, dwie świnie i trzy owce. Wcześniej sprzedali żyto i łubin, za które dostali 4,5 tys. zł. Bez obaw mogli przyjąć pod dach nowego domownika. Na pełnych prawach i obowiązkach, bo u Heluszków każdy jakieś miał. Dorosły musiał pracować.

- Poszukaj sobie jakiejś roboty - powiedziała do siostrzeńca Stanisława. I życzliwie doradziła, by zaczął od pobliskiego PGR w Krzykowie.

Praca była od zaraz, ale trzeba było pokazać dokumenty. Tego jednak Mundek nie mógł zrobić. Bał się, że jak pokaże dowód osobisty, ujawni swoje dane, to szybko wyjdzie na jaw, iż jest poszukiwany przez milicję. Przed Heluszkami się wykręcił, że nie przyjmą go do pracy, bo nie ma ubrania roboczego. - Ale wyślę do mamy list, żeby mi przysłała - zapewnił ciotkę.

Uwierzyła, patrząc w te jego duże niebieskie oczy i szczerą twarz. Mundek umiał się maskować.

Tyle że na wsi nikt zdrowy i młody nie mógł siedzieć bezczynnie, Heluszkowie znaleźli mu zajęcie: rąbał drzewo, nosił wodę i pasł krowy. Właśnie przy tych krowach zauważył go z szosy sierżant Stefan Dobrowolski, mieszkający w Smarchowicach Małych milicjant i tamtejszy dzielnicowy.

- Obcy! - zapaliła się ostrzegawcza lampka w głowie sierżanta. - Trzeba go wylegitymować.

Dobrowolski zatrzymał motor i wszedł do domu Heluszków.
- To siostrzeniec mojej Stasi - wyjaśnił Jan Heluszek. - Przyjechał do nas za robotą. To dobry chłopak, pracowity i spokojny.

- Jan mówił to szczerze - wspomina 88-letni dziś Stefan Dobrowolski. - Zaufałem jego słowom i przez to do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Gdybym wylegitymował wtedy Edmunda, spisał jego dane, to mógłby się wystraszyć, że po sprawdzeniu w komendzie zostanie rozpoznany. Wyjechałby, a Heluszkowie by żyli…
SIEDEM OSÓB W TRZY KWADRANSE
Mundek postanowił wymordować Heluszków już dwa dni po przyjeździe. Podsłuchał, jak Stanisława z Janem rozmawiają w kuchni o sprzedanym życie i łubinie. Jak planują kupno konia i wozu. Mundek szybko sobie przeliczył, że potrzeba na to kilkunastu tysięcy złotych. Majątek! Od tej chwili podekscytowany myślał tylko o jednym: jak zabić Heluszków i dobrać się do ich pieniędzy.

W domu była trutka na szczury, 28 sierpnia Mundek wsypał truciznę do gotującej się zupy. Potem wymówił się od jedzenia - że boli go brzuch. Siedział, patrząc jak wszyscy jedzą zupę i czekał, aż zaczną umierać. Ale nic się nie działo, po kilku godzinach dzieci miały lekkie sensacje żołądkowe i na tym się skończyło. Trucizna była zwietrzała.

Wieczorem Mundek po kryjomu przygotował trzy pętle z aluminiowego drutu i poszedł spać. 29 sierpnia obudził się przed świtem i czekał, kiedy wszyscy wstaną. Zaplanował, że najpierw zabije ciotkę i wujka.

Włożył druciane pętle do kieszeni i wyszedł na podwórko. Spod pieńka wziął siekierę i cichcem zakradł się do chlewika, gdzie Jan rozrzucał widłami słomę. Heluszek nie usłyszał nadchodzącej śmierci. Mundek uderzył go siekierą w tył głowy, leżącemu zadał jeszcze trzy ciosy. Zwłoki wujka przykrył słomą i poszedł zabić ciotkę.

Stanisława zeszła do komórki po węgiel. Kiedy wchodziła z wiadrami po schodach, u szczytu czekał Mundek. Zamachnął się siekierą, potem drugi raz…

Mordował metodycznie, jak maszyna, bez emocji. Siekierę zostawił w komórce obok martwej ciotki, nie była mu już potrzebna.

Na podwórku bawili się 7-letni Zygmuś i 9-letni Oleś. Najpierw wywołał za stodołę starszego: - Chodź, chodź, coś ci pokażę na niebie!

Kiedy chłopczyk spojrzał w górę, Mundek od tyłu zarzucił mu pętlę na szyję i zaczął skręcać, aż drut werżnął się w skórę. Potem w podobny sposób wywabił za stodołę Zygmusia. Ciała chłopców zaniósł do chlewika i położył obok zwłok Jana.

16-letnia Genowefa kucała przy piecu w kuchni i rozniecała ogień. Mundek przewrócił ją na plecy, zatkał usta ręcznikiem, żeby nie krzyczała i udusił dziewczynę gołymi rękami. Martwą kuzynkę zostawił pod piecem, przykrył ją tylko kapą.
Potem poszedł do pokoju, 12-letnia Władzia siedziała ubrana na łóżku, wkładała na nogę bucik. Mundek wyciągnął z kieszeni ostatnią pętlę…

Została tylko 4-miesięczna Marysia, spała w wózeczku. Udusił niemowlę jedną ręką, ciałko zaniósł do chlewika. Wymordowanie siedmioosobowej rodziny zabrało mu trzy kwadranse.

Nic już nie przeszkadzało Mundkowi w plądrowaniu domu. W starym piecu znalazł 4,5 tys. zł i siedem srebrnych monet. Był wściekły, bo to było dużo mniej, niż się spodziewał. Zabrał jeszcze skórzaną kurtkę Jana, zamknął dom, wsiadł na rower i pojechał na dworzec kolejowy w Namysłowie. Wcześniej wypuścił z chlewika zwierzęta, bo ich brak w obejściu mógł przedwcześnie wzbudzić czyjeś podejrzenia.
WIEŚ ODKRYWA MAKABRĘ
- 31 sierpnia 1957 roku, nie zapomnę tej daty do końca życia - mówi Tadeusz Simlat. Tego dnia 6-letni Tadzio i jego 9-letnia siostra Stasia paśli krowy w pobliżu domu Heluszków.

- Był straszny upał, chciało nam się pić - wspomina pan Tadeusz. - Siostra posłała mnie po wodę do Heluszków. Ale nikt nie otwierał, było cicho. Stasia nie chciała mi uwierzyć, poszła sprawdzić.

Dziewczynka zajrzała przez okno do kuchni, pod piecem zobaczyła jakby ludzką postać nakrytą kapą. Stasia wróciła do Tadzia, byli tak spragnieni, że postanowili wcześniej spędzić krowy z pastwiska. Po drodze spotkali jadącego wozem sąsiada, Leona Andrejczuka. Dzieci powiedziały mu o dziwnej ciszy w zamkniętym domu Heluszków i pognały dalej krowy.

Zaniepokojony Andrejczuk postanowił sprawdzić dziecięcą opowieść. Obszedł zamknięte domostwo, zajrzał do chlewika, gdzie zobaczył wystające spod słomy nogi Jana. To mu wystarczyło, wskoczył na wóz, żeby popędzić do sierżanta Dobrowolskiego. Nie musiał go szukać, bo milicjant właśnie nadjechał motorem.

- Ktoś mi powiedział, że krowy Heluszków łażą po polach i weszły w szkodę - wspomina Stefan Dobrowolski. - Zaniepokoiłem się, bo coś takiego nigdy się nie zdarzyło.

W tym samym czasie w kierunku domu Heluszków ruszyło kilkunastu mieszkańców Smarchowic Małych. Niektórzy nieśli widły, inni siekiery. Po wysłuchaniu relacji Stasi i Tadzia dorośli wiedzieli już, że u Heluszków musiało się stać coś złego.
Wkrótce wiadomość o mordzie na siedmioosobowej rodzinie obiegła okolicę lotem błyskawicy, wywołując szok i żądzę odwetu na Mundku, bo ludzie szybko się domyślili, że to on jest sprawcą rzezi Heluszków.

Tymczasem Mundek się bawił, był wreszcie wielkim panem. W Oławie obkupił się w eleganckie ciuchy i delbenę za 1750 zł. Potem pojechał do kolegi do podwrocławskiego Bierutowa. Tam poszli na zabawę, Mundek rządził, stawiał wódkę i piwo, a potem rozbił imprezę - pijany wyciągnął atrapę pistoletu i groził, że wszystkich powystrzela. Następnego dnia wsiadł w pociąg do Piławy Górnej pod Dzierżoniowem. Chciał uciekać na Zachód.

Ale jego wyczyny na zabawie doszły do uszu milicji, szybko pokojarzono fakty i na dworcu w Piławie na Mundka czekali już milicjanci.
MUNDEK RŻNIE WARIATA
Kiedy 2 września przywieziono go do Namysłowa, pod komendą zebrał się tłum, żądając wydania mordercy. Zabarykadowani milicjanci musieli wzywać posiłki. Potem Edka trzeba było stale chronić przed linczem: podczas wizji lokalnych i doprowadzania na proces w opolskim sądzie wojewódzkim.

- W korytarzu sądu trzeba było się przepychać przez tłum rozszalałych kobiet, które chciały rozerwać Mundka na strzępy - opowiada L., emerytowany prokurator, który oskarżał Edmunda Słabego (prosi o niepodawanie nazwiska). - Kobiety nie mogły mu darować, że zabił czteromiesięczne dziecko.

Prokurator L. też był tym zaintrygowany, przecież Mundek nie musiał mordować Marysi, niemowlę nie mogło go rozpoznać.

- Zabiłem je z litości - powiedział Mundek. - Żeby nie zmarła w męczarniach z głodu.

Ale zanim Mundek przyznał się do winy, długo symulował chorobę umysłową. Wchodził np. na salę rozpraw i składając się jak z pistoletu maszynowego strzelał do sędziów: tatatata…

W symulowaniu pomagała mu m.in. lektura… "Przygód dobrego wojaka Szwejka". Prokurator L. szybko jednak rozgryzł Mundka, pomogły mu w tym zresztą zeznania współwięźniów, którzy powiedzieli, iż Słaby chwalił się im, że robi z sędziów wariatów. Decydujące okazały się opinie biegłych.

- Pozbawiony uczuć wyższych, ale poczytalny i świadomy tego, co zrobił - stwierdzili psychiatrzy.

Wyrok mógł być tylko jeden. Nie pomogły apelacje, los Mundka został przesądzony.

PO MUNDKU NIE ZOSTAŁ ŚLAD NA ZIEMI
Rankiem 9 września 1959 r. do drzwi opolskiego więzienia zastukał mężczyzna w średnim wieku. Pokazał strażnikom dokument: "Właściciel niniejszego pisma jest wykonawcą wyroku śmierci na Edmundzie Słabym". To wystarczyło.

W Polsce nie było wtedy zawodowych katów, wykonywaniem egzekucji zajmowały się doraźnie 3-4 osoby. Wiadomo, że jeden z nich był palaczem, inny konserwatorem. Ich nazwiska stanowiły ścisłą tajemnicę, znaną tylko kilku osobom w państwie. Tajemnicą było też wynagrodzenie katów, choć mówi się, że wynagrodzenie za straconego nie przekraczało ówczesnej średniej pensji, czyli około 600-700 zł.

W opolskim więzieniu nie było tzw. oddziału Z, czyli specjalnego pomieszczenia do straceń. Mundek został powieszony w piwnicy, na haku w suficie. Tuż przed egzekucją dotarło do niego, że to koniec. W jednej chwili zamienił się w warzywo, puściły mu zwieracze…

Miał też ostatnie życzenie, "spod sznura" napisał list do matki, w którym przekonywał, że to nie on jest mordercą.

- Dopiero w ostatniej chwili ruszyło go sumienie - przypuszcza prokurator L. - Nie chciał zostawiać matki z tą potworną świadomością, że to jej syn zamordował jej siostrę…

Ciała Mundka nie wydano rodzinie, został pochowany na cmentarzu przy ul. Wrocławskiej w Opolu. W księgach cmentarnych zachowała się adnotacja z datą i przyczyną zgonu: "Edmund Słaby, wykonany wyrok śmierci. Pochowany: Kwatera I J, rząd VIII, grób 5". Dzisiaj to miejsce porasta trawa, nie ma nawet śladu po grobie.
Mundek był ostatnim straconym w Opolu. Potem zapadały u nas jeszcze wyroki śmierci, ale skazańców wieziono na egzekucję do Wrocławia lub Krakowa.
Heluszków pochowano w jednym grobie na cmentarzu w Namysłowie. Choć nie mieli tutaj rodziny, ich mogiła wygląda, jakby pogrzeb odbył się tydzień temu: świeże kwiaty, znicze…

- Za każdym razem, kiedy jestem na cmentarzu, zapalam lampkę na ich mogile - mówi Tadeusz Simlat. - Tak wszyscy robią, Heluszkowie na zawsze pozostaną w ludzkiej pamięci.

Nie ma już ich domu. Po nich zamieszkali tam jacyś ludzie i znów wydarzyła się tragedia: kobieta utonęła w studni. Miejscowi różnie mówią - że sama wpadła, że ktoś ją popchnął. Pewne, że od tego czasu nikt już nie chciał tam nawet wchodzić. Dom uznano za przeklęty i został zburzony. Został tylko zarys fundamentu na polu zboża.

by Krzysztof Świderski
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster Post #68

     
Fuser
 

VII ranga
*******
Grupa: Użytkownik
Postów: 2.900
Nr użytkownika: 15.418

 
 
post 24/05/2019, 17:53 Quote Post

QUOTE(wysoki @ 21/09/2018, 10:25)
QUOTE(Krzysztow @ 21/09/2018, 9:24)
QUOTE(T34 @ 24/02/2007, 9:42)
Była też taka głośna sprawa, chyba w latach 60-tych. Kilku facetów napadło na konwój pieniędzy jadący do banku, zabijając przy tym pare osób. Jeden z napastników uciekając potrącił przechodnia tak, że spadł mu kapelusz. Co ciekawe przeprosił go i podniósł mu ten kapelusz. Sprawy nigdy nie rozwiązano.
*


Czy tu nie chodzi czasem o "Napad pod Orłami"? To było 22.12.1964 r(?) przy ul Jasnej w Warszawie? Sprawców nie wykryto natomiast chodziły słuchy że to miało być...SB.
*


Dokładnie to dwóch facetów, ponadto napadli oni w sumie na dwa konwoje oraz na kasjerke z "ochroniarzem".
Natomiast faktycznie z powodu użytej broni (jak też sprawności w posługiwaniu sie nią), a zwłaszcza informacji zawartej w liście do rannego ochroniarza uznano, iż muszą być albo milicjantami, albo z SB.
Słuchy natomiast chodziły, iż sprawcy zostali wykryci i sprawa załatwiona "wewnetrznie".
*


Jakbym chciał, żeby w świetle tych nowości, jakiś dziennikarz albo historyk "pociągnął" ten temat dalej.
Materiał na film też przedni, tylko trzeba umieć go nie zepsuć:
Zagadka napadu stulecia.
 
User is offline  PMMini Profile Post #69

     
oxygen
 

II ranga
**
Grupa: Użytkownik
Postów: 78
Nr użytkownika: 94.504

 
 
post 13/06/2019, 9:00 Quote Post

Sprawy Zakrzewskich i Sojdów to przykład na to jak funkcjonowało pojęcie sprawiedliwości społecznej i tradycji prawnej w Polsce. W skrócie mówiąc - od wieków w Polsce władza sądownicza leżała w rękach samego ludu któren rozliczał się sam ze sobą. Porachunki sąsiedzkie to plaga w tym kraju a przyczyną jest brak zaufania i tradycji odwoływania się do rozprawy sądowej.
Natomiast z najgłośniejszych spraw kryminalnych najbardziej kontrowersyjna jest sprawa Marchwickiego , który najprawdopodobniej został kozłem ofiarnym. BYć może można było mu przypisać ostatnie morderstwo, natomiast z duża dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić że seryjnym zabójca nie był. Słabo jest wyjasniona rola Jana Marchwickiego w całej tej sprawie i choc dostał wyrok śmierci to nie pociągnięto sprawy dalej a to Jan był z całej grupy osobą która najbardziej pasowała do profilu Brussela. Pasował jednak mniej niż schizofrenik Olszowy.
 
User is offline  PMMini Profile Post #70

     
kmat
 

Podkarpacki Rabator
*********
Grupa: Użytkownik
Postów: 8.172
Nr użytkownika: 40.110

Stopień akademicki: mgr
 
 
post 14/06/2019, 18:53 Quote Post

CODE
Sprawy Zakrzewskich i Sojdów to przykład na to jak funkcjonowało pojęcie sprawiedliwości społecznej i tradycji prawnej w Polsce. W skrócie mówiąc - od wieków w Polsce władza sądownicza leżała w rękach samego ludu któren rozliczał się sam ze sobą. Porachunki sąsiedzkie to plaga w tym kraju a przyczyną jest brak zaufania i tradycji odwoływania się do rozprawy sądowej.

Na oko wygląda to po prostu na jakieś zaburzenia dyssocjalne. Zbrodnie kompletnie bezsensowne, nieadekwatne do motywu, realizowane według jakiejś kompletnie pokręconej logiki. Zieje toto najzwyczajniejszą socjopatią. Podobnie zresztą ten Słaby, Pękalski itp.
 
User is online!  PMMini Profile Post #71

     
oxygen
 

II ranga
**
Grupa: Użytkownik
Postów: 78
Nr użytkownika: 94.504

 
 
post 16/06/2019, 9:34 Quote Post

Sprawa połaniecka to raczej typowy przykład wendetty rodzinnej. Tam od ponad 20 lat rósł konflikt między rodzinami włącznie z morderstwami i wyrokami za gwałt (choć ten gwałt nie był w obrębie rodziny to ostatecznie stał się przyczyną wieloletniego konfliktu między spokrewnionymi familiami). To nabrzmiewało aż w końcu się wylało jeszcze większą zbrodnią. To środowiska zamknięte, odizolowane w tamtych czasach - coś jak wyspa ludności pierwotnej rządząca się własnymi prawami. Tam obowiązywało zwyczajowe, lokalne prawo prawdopodobnie i niepisane układy. Nawet jeden z okolicznych przedstawicieli władzy okręgowej zauważył w latach 60 że w Zrębinie to jacyś dziwni ludzie wtedy mieszkali. Dziś normalnie - cywilizacja, zadbane obejścia choć ponoć ta sprawa dalej zatruwa życie we wsi. Żyją jeszcze i skazani i ich rodziny i matka ofiar, która straciła wcześniej brata, potem dwoje dzieci i zięcia.
Trudno oceniać z perspektywy komputera jaki typ osobowości mieli sprawcy. Główny pomysłodawca mógł być po prostu psychopatą a do tego cierpieć na urojenia. z drugiej strony siedząc w wiezieniu wyrażał obawy co do przyszłosci dzieci i rodziny wiec to by zdawało przeczyć tezie o psychipatii. Mógl być po prostu normalnym człowiekiem - tyle że złym
Sprawa z Rzepina bardzo podobna. Lud wziął sprawy w swoje ręce, a ze lud w tamtych czasach prymitywny był to i zbrodnie takie a nie inne. Siekiera, motyka, bimber, szklanka. To wszystko byli ludzie zdrowi - tyle że ze zniekształconą osobowością. W XIXw pewnie tak rozwiązywano sąsiedzkie konflikty i przetrwało to do lat 60. W odróżnieniu jednak od sprawy Zakrzewskich którzy spotkali się z wyjątkowo okrutną reakcją lokalnego społeczeństwa (gospodarstwo znikło z powierzchni ziemi) to w Zrębinie system układów rodzinno - towarzyskich - charakterystyczny dla wiejskich, zamkniętych środowisk - oraz specyficzny chłopski pragmatyzm który nakazywał trzymać z silniejszym i zasobniejszym sprawił że lokalsi byli skłonni odpuścić sprawcom byle mieć krowę dobrze wycieloną, traktor do pomocy czy zęba dobrze wyrwanego. A to wszystko zapewniał jeden ze skazanych. W konsekwencji ludzie nie chcieli zeznawać przeciw niemu.
Co jeszcze jest ciekawe to to że w obu sprawach gdy przyszło co do czego to ojciec obciążał syna, syn ojca, szwagier szwagra i generalnie jak śmierć zajrzała w oczy to wyszła prawda o człowieku jako takim i co jest w stanie zrobić aby ratować własną skórę.

Ten post był edytowany przez oxygen: 16/06/2019, 9:39
 
User is offline  PMMini Profile Post #72

5 Strony « < 3 4 5 
2 Użytkowników czyta ten temat (2 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:


Topic Options
Reply to this topicStart new topic

 

 
Copyright © 2003 - 2019 Historycy.org
historycy@historycy.org, tel: 12 346-54-06

Kolokacja serwera, łącza internetowe:
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej