Życie codzienne w PRL-u - kliknij, aby przejść na forum
historycy.org > Historia Polski > POLSKA LUDOWA > Stosunki gospodarczo-społeczne
Pages: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18
gabciak
Latem 1980 roku całą Polskę ogarnęły strajki. Zapoczątkowane one zostały drobną w istocie sprawą a mianowicie wprowadzoną przez władze podwyżkę cen na niektóre gatunki mięsa. Sprawa ta rozpoczęła łańcuch wydarzeń, które w zasadniczy sposób zmieniły historię.
Reakcja robotników była natychmiastowa. Już 1-go lipca zaczęły się strajki w niektórych zakładach Warszawy, Ursusa , Sanoka, Tczewa, Rzeszowa i innych miast. Władze były przerażone ich zasięgiem. Ograniczyły podwyżki ale nie uczyniły nic, by zmniejszyć napięcie wśród robotników, to też wkrótce wybuchły strajki także w innych miastach.
14-go sierpnia zastrajkowała „Stocznia Gdańska”. Doszło do rozmów między przedstawicielami strajkujących i rządu. W ich wyniku podpisano porozumienie na mocy którego władze zgodziły się na utworzenie Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego „ Solidarność”. Jego przewodniczącym został Lech Wałęsa. NSZZ „Solidarność” domagała się nie tylko polepszenia warunków życia ale także przywrócenia podstawowych swobód obywatelskich, przede wszystkim wolności słowa. „Solidarność” rosła liczebnie i umacniała swe struktury regionalne do czego przyczynił się objazd przywódców związku: Lech Wałęsy, Andrzeja Gwiazdy, Mariana Jurczyka i innych osób po Polsce południowej pod koniec października. W tym też miesiącu władze zgodziły się na wydawanie przez związek ogólnopolskiego tygodnika w masowym nakładzie, audycje solidarnościowe w radio i telewizji oraz zwolniły od cła urządzenia poligraficzne otrzymane przez „Solidarność” z zagranicy. Nie rozwiązano jednak palącej kwestii dotyczącej zaopatrzenia sklepów a mianowicie wprowadzenia kartek na mięso.
Jesienią 1980 r. pogorszyła się jeszcze sytuacja gospodarcza kraju co związane było z nieurodzajem, załamaniem produkcji przemysłowej oraz rosnącym napięciem rynkowym.
W połowie stycznia 1981 r. delegacja „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele gościła w Rzymie u Jana Pawła II. Podczas mszy św. Papież powiedział iż w tej niezwykłej chwili „staje mu przed oczami cała Polska, jak gdyby wielki warsztat pracy”. Modlił się, by ta praca „służyła godności człowieka” i „dźwigała cały naród”. Spotkanie to dodało „Solidarności” nowej siły moralnej a budziło wielkie niezadowolenie władz Polski i ZSRR.
Kwiecień 1981 r. przyniósł Polsce stopniowe uspokojenie. Wprowadzono kartki na mięso. Liczba strajków spadła. Rozpoczęły się rozmowy między rządem a „Solidarnością”. Jednak nie doszło do żadnych konkretnych porozumień. Od początku maja z oznaką odprężenia towarzyszyły prowokowane napięcia.
Niepokojącym zjawiskiem były rozgłoszone przez prasę wiadomości o bezczeszczeniu pomników i grobów żołnierzy radzieckich. Sprawców tych czynów nigdy nie udało się znaleźć co wskazywało na prowokację ze strony MSW lub służb radzieckich w Polsce. Groźnym momentem dla Polski stał się zamach na życie papieża Jana Pawła II, którego 13. V. 1981 roku dokonał w Rzymie terrorysta turecki Ali Agca. Zamach ten wstrząsną opinią publiczną w Polsce i na świecie. Dwa tygodnie później społeczeństwo polskie przeżyło drugi wstrząs. 28 V. Zmarł prymas Wyszyński – duchowy przywódca narodu w najtrudniejszych latach komunistycznego bezprawia.
W lipcu 1981 roku dalsze pogorszenie sytuacji rynkowej doprowadziło do ponownego wzrostu napięć i strajków. Głównie były to protesty zdesperowanych kobiet, które ponosiły ciężar stania w kolejkach po żywność, odzież czy środki higieniczne. Brakowało praktycznie wszystkiego, nawet chleba. Pod koniec lipca powtarzały się marsze głodowe. W Łodzi manifestowało ok. 50 tys. kobiet. Szczególnie charakterystyczne było hasło: „ Idziemy do komunizmu – prosimy nie jeść w marszu”. Braki w zaopatrzeniu były wynikiem bałaganu i biurokracji a także gromadzeniem przez władze zapasów na wypadek wprowadzenia stanu wojennego. Wciąż pogarszające się zaopatrzenie w żywność a także rosnące kolejki po benzynę wywoływały coraz gorsze samopoczucie ludzi i ich obawy przed zimą. Byli zmęczeni i zniechęceni bezskutecznymi starciami „Solidarności” z władzami. Dlatego też stworzenie kilkuset wojskowych grup operacyjnych i rozesłanie ich po kraju nie wzbudziło żadnych emocji. Uznawano je dość powszechnie gdyż ludzie myśleli, że uporządkują bałagan i bezprawie w kolejnej administracji. 4 listopada odbyło się spotkanie gen. Jaruzelskiego, prymasa Glempa i Wałęsy jednak jego efekty były właściwie żadne.
Władze przygotowywały się do wprowadzenia stanu wojennego. 24. XI. Gen. Jaruzelski spotkał się z Kulikowem i innymi dowódcami radzieckimi referując im stan przygotowań. Kierownictwo „Solidarności” otrzymało szereg sygnałów o przygotowaniach wojskowych, lecz na ogół traktowało je jako element wojny nerwów.
W niedzielę 13. XII. 1981 roku , rano miliony Polaków dowiedziały się z radiowi-telewizyjnego przemówienia gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Wojskowy przewrót rozpoczął się już przed północą, gdy zablokowano połączenia telefoniczne. Wielu działaczy „Solidarności” trafiło do więzień. Zakazano demonstracji i strajków. Rozwiązano „Solidarność” i wprowadzono podsłuch na rozmowy telefoniczne. Obowiązywała godzina policyjna, a ulice miast były patrolowane przez wojsko i milicję. Pod względem prawnym stan wojenny był zamachem stanu. Bez odwoływania się do jakiegokolwiek aktu prawnego ogłosiła swoje istnienie Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego ( WRON) pod przewodnictwem gen. Jaruzelskiego. W przemówieniu powtarzanym przez cały dzień jako jedyny przekaz radia i telewizji, gen. Jaruzelski nakreślił sytuację Polski w najczarniejszych barwach stwierdzając, iż „ ojczyzna znalazła się nad przepaścią”. Akcentował zagrożenie państwa przez rzekome wezwanie do rozprawy z komunistami , chaos, demoralizację i przestępczość. Zapowiedział kontynuację reform. Wzywał do spokoju i podporządkowania się rygorom stanu wojennego, który trwał prawie dwa lata.
Mimo represji część społeczeństwa nie straciła woli oporu. Członkowie „Solidarności” działali w podziemiu, wydawali gazety i książki, a nawet nadawali audycje radiowe. Organizowali demonstracje, które były brutalnie tłumione przez siły porządkowe.
Stan wojenny budził i budzić będzie różne opinie. Z jednej strony istniała groźba interwencji radzieckiej, której być może zapobieżono przez użycie sił polskich. Nie wydaję się jednak by gen. Jaruzelski wykorzystał wszystkie możliwości uniknięcia akcji zbrojnej przeciw swojemu narodowi. Stan wojenny kosztował życie kilkunastu osób, które zginęły z rąk rodaków zrzeszonych w ZOMO i wojsko, lecz ogólną liczbę ofiar, odcięcie telefonów, zablokowanie transportu i bałaganu wywołanego przez komisarzy wojskowych ocenia się na kilkaset osób. Poza ofiarami ceną stanu wojennego było zniszczenie entuzjazmu i gotowości do poświęceń dla dobra kraju. 18 XII 1982 roku Sejm uchwalił ustawę o szczególnej regulacji prawnej w okresie zawieszenia stanu wojennego, zawierającą przepisy dające władzom ogromną swobodę łamania praw obywatelskich. Nadal utrzymywała się ciężka sytuacja gospodarcza.
Wciąż brakowało towarów na rynku a ich ceny rosły. Ówczesne władze polskie podejmowały próby reform, ale były one nieudane. Nasiliły się strajki. Coraz powszechniejsze stawało się przekonanie, że gruntownej przebudowy wymagają wszystkie dziedziny życia . Nawet część członków partii komunistycznej skłaniała się ku zmianom. I tak 27 stycznia w Magdalence podczas kolejnych rozmów przedstawicieli władz komunistycznych i „Solidarności” ustalono zakres tematyki i termin rozpoczęcia obrad „ Okrągłego Stołu”. Rozmowy rozpoczęły się 6. lutego 1989 roku. W wyniku obrad podpisano porozumienie, które zawierało zgodę władz na jawną działalność „Solidarności” oraz przeprowadzenia wyborów do sejmu i senatu dnia 4.VI. 1989 roku. Umowa „Okrągłego Stołu” zapewniała wolne wybory do senatu, natomiast do sejmu w 35%. Pozostałe 65% miejsc poselskich zagwarantowano partii komunistycznej i innym podporządkowanym jej organizacjom.
W wyniku wyborów kandydaci „Solidarności” zdobyli prawie wszystkie miejsca w sejmie i senacie przewidziane umową. Został utworzony nowy rząd na czele z Tadeuszem Mazowieckim. Nowy rząd zabrał się energicznie do przeprowadzenia reform. Przywrócona została demokracja, obywatele uzyskali wolność słowa, czyli możliwość swobodnego wypowiadania poglądów. Polska stała się państwem samodzielnym na arenie międzynarodowej. Skończyło się uzależnienie od Związku Radzieckiego. Wkrótce też jednostki wojsk radzieckich opuściły terytorium Polski.
Nowym zjawiskiem związanym z demokratyzacją życia politycznego pod koniec lat 80-tych był wzrost aktywności mniejszości narodowych. Dotyczyło to mniejszości niemieckiej na Śląsku, białoruskiej na Białostocczyźnie oraz ukraińskiej rozproszonej po całym kraju.
Wraz z przeobrażeniem systemu politycznego nastąpiły przemiany struktury społecznej. Znikła warstwa dużych przedsiębiorstw, która w pewnej części przeistoczyła się w klasę drobnych i średnich zakładów.
Stan zdrowia społeczeństwa uległ w latach 80-tych pogorszeniu. Ze względu na złe warunki sanitarne oraz zanieczyszczenie wody pitnej wzrosła gwałtownie liczba zatruć i zachorowań na choroby układu pokarmowego. Niebezpiecznym zjawiskiem była
„nadumieralność” mężczyzn, związana z niezdrowym trybem życia i pracy oraz nasilające się choroby psychiczne kobiet, wynikające z trudności życia codziennego tzw. „codzienna walka o byt” w kolejkach. Obok występującego już wcześniej alkoholizmu nową plagą stała się narkomania, związana z chęcią ucieczki części młodzieży od beznadziejnego życia codziennego. Pojawiły się także pierwsze zachorowania na AIDS i związane z tym problemy dyskryminacji chorych. Kryzys toczył służbę zdrowia, w której płace nadal pozostawały poniżej średniej krajowej. Mimo pewnego wzrostu udziału ochrony zdrowia w wydatkach budżetowych pod koniec dekady niedobór środków powodował brak podstawowych leków i środków higienicznych. Zły stan zdrowia społeczeństwa i służby zdrowia łagodziła w pewnej mierze pomoc zagraniczna.
W latach `80 zaostrzył się także kryzys systemu szkolnego. Niskie płace powodujące negatywną selekcją kadr nauczycielskich, przeciążenie programów wiedzą encyklopedyczną a nie ćwiczeniem zdolności, nadmierne zagęszczenie uczniów w szkole – wszystko to powodowało, że szkolnictwo wypuszczało wychowanków nie umiejących rozwinąć swych zdolności, nie rozumiejących podstaw współżycia społecznego, znerwicowanych i agresywnych. Sytuacja w szkolnictwie pogorszyła się po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy karnie usunięto ze szkół wielu nauczycieli z powołania, a zastąpiono ich niedouczonymi wykonawcami poleceń władz politycznych. Pewne zmiany na lepsze zapoczątkowało w roku szkolnym 1989/1990 powołanie do życia szkół prywatnych i społecznych, które realizowały nowe programy odpłatnie, ale w sposób racjonalny i nowoczesny. Wiosną 1990 r. istniało już około 30 takich szkół.
W szkolnictwie wyższym sytuacja była bardziej zróżnicowana. Niektóre uczelnie stały na dobrym poziomie, natomiast wyższe szkolnictwo pedagogiczne i ekonomiczne oraz część wydziałów humanistycznych pozostawiała wiele do życzenia.
W latach `80 zmalała również liczba tytułów i nakłady książek oraz czasopism. Dostęp do środków przekazu społecznego był jednym z najważniejszych pól walki władzy i społeczeństwa. Jednak nawet stan wojenny nie zdołał zdławić prasy i wydawnictw podziemnych.
Charakterystyczna cechą stanu wojennego był bojkot telewizji zarówno przez widzów jak i środowisko twórcze. Również prasa podlegająca aparatowi propagandy partyjnej znajdowała coraz mniej nabywców.
Po 1989 r. wzrosła ilość tytułów prasowych, natomiast nakłady zmalały ze względu na ceny.
Literatura lat `80 charakteryzowała się zrywaniem z kanonami „języka literackiego” i kształtowała się pod ogromną presją bieżących wydarzeń politycznych. Niektórzy autorzy podejmowali tę tematykę wprost, przez co musieli publikować w wydawnictwach podziemnych lub za granicą.
W poezji dominowali twórcy starszego pokolenia. Ogromną popularność zdobył Czesław Miłosz, który w 1980 r. otrzymał literacką Nagrodę Nobla.
Lata `80 przyniosły głębokie i dramatyczne przemiany świadomości Polaków. Nadzieje związane z początkiem lat wiązały się z odrodzeniem poczucia wspólnoty społecznej. Stan wojenny zadał tym nadziejom potężny cios. Stopniowo narastało poczucie beznadziejności i zwątpienie w sens postaw obywatelskich. W raz z upadkiem komunizmu przybliżyło się odzyskanie niepodległości, ale jednocześnie upowszechniły się lęki budzące agresję w stosunkach międzynarodowych, masową emigrację, wzrost przestępczości i samobójstw. Dopiero przełom 1989 r. zapoczątkował zmiany na lepsze chociaż następowały one wolniej i trudniej niż się powszechnie spodziewano.
Net_Skater
Drogi uzytkowniku Gabciak: Twoje "wypracowanie" nie ma nic wspolnego z tematem watku ! PRL nie zaczal sie w 1980 roku, tylko w 1945 (albo w 1944 - to dla purystow Historii ...). A opisanie "zycia codziennego w PRL-u" musialoby miec rozmiary pracy magisterskiej a nie dwukartkowego wypracowania.

N_S
Piotrek_K
PRL? Chyba w 1952 razem z Konstytucją PRL-owską. Ale jak kto woli. smile.gif No a co do tematu - masz rację - życie codzienne w tamtym okresie to rozmiary pracy mag, a nie 2 kartki. Pozdr smile.gif
Suzi
Przypuszczam, że Gabciakowi chodziło o ocene merytoryczną tego tekstu, którego fragmenty precyzyjnie spisał skądinąd wink.gif

Jeśli chodzi o rozmiary smile.gif to o życiu w PRL mozna by pisać na prawdę dużo i przypuszczam, że przekroczyłoby to rozsądne rozmiary pracy magisterskiej.

I tak na marginesie, ale to "wypracowanie" nie opisuje życia codziennego w PRL-u jakby mógł sugerować to temat, nawiązuje do niego, ale nie opisuje, a szkoda.

Pozdrawiam- Suzi
Renatka
confused1.gif pomocy!!! moze ma ktos informacji o tym codziennym zyciu w PRL?! potrzebuje tego jak najszyciej!!!
asceta
QUOTE(Renatka @ 13/05/2006, 18:07)
confused1.gif pomocy!!! moze ma ktos informacji o tym codziennym zyciu w PRL?! potrzebuje tego jak najszyciej!!!
*



Rodzice pewno maja takie informacje.
Suzi
Renatka, asceta ma rację. Ale powiedz o co ci konkretniej chodzi, bo jak widzisz z dyskusji wynika, że to bardzo obszerny temat.

Pozdrawiam- Suzi
Renatka
confused1.gif no wlasciwie rodzice nie posiadaja takiej wiedzy,gdyz jestem nie z Polski!!!
a informacji potrzebuje do pracy dyplomowej!!! moj temat brzmi "Sytuacja polityczna w Polsce w latach 60tych"
a wiec,jesli ktos wie cos na ten temat,to bede bardzo wdzieczna za podpoiedz!!! rolleyes.gif
Panhera
Witam
myślę, że to dobry temat na umieszczenie mojej prośby.
Potrzebuję informacji o życiu codziennym w PRL-u, szczególnie o procesie zarabiania/pozyskiwania pieniędzy oraz ich wydawaniu (na co mogli sobie pozwolić ludzie zatrudnieni w poszczególnych zawodach itd), samo życie. Zwracam się szczególnie w stronę starszych osób, które te czasy pamiętają. Chodzi mi o sprawy oczywiste, typu: "partyjni" mieli łatwiej (jak się to przejawiało, co na to reszta społeczeństwa: proszę o podanie przykładów), czy w miejsce, gdzie niezbędna była jedna osoba zatrudniano 3, w celu maskowania bezrobocia.
Bardzo proszę o pomoc.
mariusz 70
Renatko,jak sie skonczyl tzw.PRL mialem lat 19-cie,a wiec pamietam jego ostatnia dekade z autopsji.Mama pracownik umyslowy,ojciec stoczniowiec z Gdanska.Pochodzenie wiec wpisywano w szkole robotnicze,a miejsce zamieszkania sprawialo ze nie stalo sie na uboczu aktualnej polityki.
Jak wygladalo zycie w przecietnej rodzinie robotniczej,bo za taka nasza uwazam.
Mieszkanie w tzw.bloku 45 metrow kwadratowych w cztery osoby.Zima zimno ,a w sprawie dodatkowych grzejnikow pisalo sie latami do administracji podania.Telefonu nie bylo bo sie nie nalezal,doprawdy trudno mi to logicznie wytlumaczyc dlaczego rokrocznie skladane podania o taki luksus nigdy nie znalazly odzewu.Czesto rowniez wylaczano swiatlo,za to z woda raczej problemow nie bylo.Meble mozna bylo wystac w kolejkach,byly tzw.listy spoleczne i zapisy,potem tylko kilka nocy wystawania pod sklepem i juz sie mialo jakis paskudny wyrob ze sklejki.Telewizor kolorowy byl czemu nie,pojechalismy do innego miasta 300 kilometrow i po znajomosci sie zalatwilo.Wiekszosc zakupow zreszta robilo sie po znajomosci.Np.ciekawsze ksiazki rowniez nabywalismy "spod lady" za uprzejma pomoca znajomej w ksiegarni.
Przydzialy kartkowe to temat ogromny.Jedna tabliczka czekolady chyba na miesiac i jakies landrynki na wage.Czekolada przy tym nie musiala byc wcale czekolada,zazwyczaj byl to tzw.wyrob czekoladopodobny.Z miesem oczywiscie byla katastrofa,a w kolejce po nie stawalo sie w sobotnie poranki,a raczej noce.Szynka i baleron generalnie dwa razy do roku z okazji swiat.To samo dotyczylo takich podstawowych cytrusow jak pomarancze i cytryny.Jadlo sie wiecej roznego rodzaju kopytek,pierogow i plackow ziemniaczanych.Glodni z pewnoscia nie chodzilismy.
Trudno bylo nabyc papier toaletowy,proszek do prania a nawet paste do zebow.Papierosy tez byly na kartki.Na nieszczescie wszystkie wyroby byly fatalnej jakosci o estetyce nie wspominajac.Chodzilo sie do sklepow Peweksu(mozna tam bylo nabywac "normalne" towary za dolary)aby chociaz popatrzec jak wygladaja produkty swiata cywilizowanego.Wszystko to bylo po prostu kolorowe i "inne". sad.gif
Ciekawym obyczajem bylo picie kawy sypanej ze szklanek i tzw.dolewki.Kuriozalny ten proces polegal na dolaniu do pozostalych na dnie kawowych fusow goracej wody i ponownym piciu takiej lury.Dzisiaj wydaje sie to zapewne niepojete,ale starsi formuowicze z pewnoscia te powszechna praktyke pamietaja.
Wydaje mi sie ze powinnas bardziej sprecyzowac jakie dziedziny zycia Cie interesuja bo zagadnienie jest niezwykle obszerne.O absurdach PRL-u mozna bowiem ksiazki pisac.Z przyjemnoscia sluze pomoca.
Pozdrawiam.
komar47
Panhera, Wczoraj, 01:08
>>Potrzebuję informacji o życiu codziennym w PRL-u, szczególnie o procesie zarabiania/pozyskiwania pieniędzy oraz ich wydawaniu (na co mogli sobie pozwolić ludzie zatrudnieni w poszczególnych zawodach itd), samo życie.<<

Panthero, proszę bardzo: garść informacji z doświadczenia mojego i moich znajomych.
Praca (punkt widzenia absolwenta wyższej uczelni):
generalnie praktycznie nie było bezrobocia. Absolwent miał możliwość zatrudnienia w zasadzie zgodnie z wyuczonym zawodem. Były 3 możliwości załatwienia przez studenta pracy po ukończeniu uczelni: stypendium fundowane (zwykle trzyletnie) przez zakład pracy (z koniecznością odpracowania), umowa przedwstępna zawierana kilka miesięcy przed ukończeniem studiów lub skierowanie do pracy otrzymywane po uzyskaniu dyplomu. Odmowa przyjęcia skierowania groziła nakazem zwrotu połowy kosztów studiów (kilkadziesiąt tysięcy złotych). Rządził tym na każdej uczelni pełnomocnik ds. zatrudnienia absolwentów. Zakłady zgłaszały na uczelnię zapotrzebowanie na specjalistów i z listy zgłoszeń można było wybierać. Ale jeśli ktoś załatwił sobie pracę w zakładzie spoza listy, to pełnomocnik na ogół nie wybrzydzał i dawał skierowanie. Gdy ja kończyłem studia, to w Warszawie było nasycenie absolwentami mojej specjalności i niektórzy moi koledzy przez rok czekali na wolne miejsce pracy. Ale to dlatego, że mieli zameldowanie w Warszawie i nie chcieli opuszczać stolicy. W tym samym czasie mogli bez kłopotów zatrudnić się np na Śląsku, a dyrektor tarnowskich Azotów w licznych wywiadach na całą Polskę ogłaszał, że jest gotów przyjąć każdą liczbę absolwentów. Gdy np w Płocku upychano młodych inżynierów po najniższych (robotniczych) stanowiskach, to w Tarnowie (i w wielu śląskich firmach) tworzono z nich zespoły specjalistów, rozwiązujące problemy techniczne zakładów.

Wynagrodzenie.
Po półrocznym (płatnym) stażu i zdaniu egzaminu stażowego otrzymywało się przydział na stanowisko zgodnie ze strukturą organizacyjną firmy. Pierwsza płaca - to ok. 2000 - 3000 zł, zależnie od możliwości zakładu (wcześniejsze wynagrodzenie stażowe - to 2/3 tej płacy). To było na początku lat siedemdziesiątych, gdy jeszcze nie było galopującej inflacji.

Mieszkanie.
W systemie spółdzielczości mieszkaniowej najłatwiejszą (najtańszą) drogą do uzyskania własnego mieszkania było staranie się o mieszkanie spółdzielcze lokatorskie. W Warszawie czas oczekiwania był 15 - 20 lat, w okolicach podwarszawskich czekało się jeszcze dłużej. Mieszkanie własnościowe (związane ze znacznie wyższym własnym wkładem finansowym) można było uzyskać po kilku latach. Była też możliwość kupna mieszkania, ale dla większości niedostępna ze względu na ograniczone zasoby finansowe.
Poza Warszawą i innymi dużymi miastami sytuacja mieszkaniowa przedstawiała się znacznie lepiej. Duże zakłady wspierały finansowo spółdzielnie mieszkaniowe i dzięki temu mieszkanie można było otrzymać znacznie szybciej. My otrzymaliśmy mieszkanie lokatorskie ze spółdzielni poprzez zakład pół roku po ślubie. To było M-3 (34 metry kw., ze ślepą kuchnią), ale pięć lat później, gdy pojawiło się drugie dziecko, zaczęliśmy starania o większe mieszkanie. Po pół roku odbieram telefon z dyrekcji socjalnej: pani od mieszkań dzwoni do mnie, że mam przydzielone mieszkanie, ale ona bardzo przeprasza, bo to mieszkanie jest na parterze, więc czy nie będziemy mieli do niej pretensji... Zaznaczam, że nie zajmowałem żadnego stanowiska dyrekcyjnego, a poza tym przez cały czas zatrudnienia nigdy nie należałem do partii.

Wypoczynek.
Zakłady miały własne ośrodki wczasowe, dofinansowane z funduszy zakładowych, więc można było tanio spędzić urlop. Chętnych było zwykle więcej niż miejsc, więc wprowadzano ograniczenia przy przydziale wczasów - np co drugi lub co trzeci rok. Korzystającym z obcych ośrodków lub z wypoczynku u rodziny na wsi przysługiwało dofinansowanie ("wczasy pod gruszą").
Urlopy zagraniczne były drogie - np dwutygodniowe wczasy "orbisowskie" w Bułgarii kosztowały ok. 8000 zł. Ale ja wyjeżdżałem do Bułgarii indywidualnie i z namiotem - i miesięczna wędrówka kosztowała mnie jedną miesięczną pensję.

Na razie wystarczy. Może inni coś dorzucą.
Pozdrowienia
Kolicki
komar47, proszę uważać, za osobistę wynurzenia, czyli nie merytoryczne można dostać upomnienie od Anakina bądź łagodnie mówiąc nie merytoryczną krytykę. No chyba że wspomnienia nie dotyczą( lub są pochlebe?) funkcjonariuszy watykańskich. Co do pryla to gdy wróce do domu to postaram się odszukać sondaż przeprowadziony w mazowieckich szkołach parę lat temu. Wynikało z niego iż w PRLu niemal strzelano do ludzi za picie coli(coca coli? Nie odrózniam tego...) na ulicy. Poważnie! Witamy kolejnej słusznej wersji historii!
teemem
QUOTE(Panhera @ 20/10/2009, 1:08)
Zwracam się szczególnie w stronę starszych osób, które te czasy pamiętają.
*


Chyba nie ma lepszego sposobu, żeby wyrobić sobie opinię o życiu codziennym w PRL.
Było kilka okresów, dosyć się od siebie różniących:
-Gomułka do 1970 (pamiętam ostanie parę lat) - kolejki umiarkowane, z wyjątkiem tych "za mięsem". Przysłowiowy brak papieru toaletowego i sznurka do snopowiązałek. Gdzieś w połowie dekady rozeszła się pogłoska o zmienie cen cukru, ludzie zapasy porobili, i cukier potaniał z 12 na 10,50 zł. Tow. Wiesław miał specyficzne poczucie humoru. Piwo w budce bez kolejki.
-Gierek do 1980 mała stabilizacja http://www.waligorski.art.pl/liryka.php?litera=r&nazwa=213, nieco większy dostęp do dóbr luksusowych typu telewizor. Papier i sznurek j.w. Artykuły codziennego użytku - papierosy, mydło, skarpetki, kiełbasa zwyczajna (tak, tak) prawie bez kolejki. Oczywiście jeżeli były. Prawdopodobieństwo, że dowieźli, oceniam na 30-50%.
Od połowy dekady coca-cola i kartki na cukier. Sklepy "komercyjne", w których były m.in. lepsze wędliny, dużo drożej. Piwo w budce w umiarkowanej kolejce, tak z 10 osób, chyba że akurat nie było, patrz wyżej. Piwo w delikatesach podobnie.
-VIII 80 - XII 81 - euforia wolnościowa - brak wszystkiego.
-1982 do 1989 - w sklepach wyłącznie ocet, koszmar kolejkowy, kartki na żywność, papierosy, alkohol. Wszystko na jakieś dziwne przydziały czy talony, np. meble na "ememkę" czyli dla młodych małżeństw. Również w kolejce.
Reglamentacja nigdy nie dotyczyła chleba czy ziemniaków.
- na przełomie 80/90 - dokładnie nie pamiętam - pojawiają sie nowe sklepy, w których wszystko jest. Ceny wysokie.
Komar opisał w zasadzie okres Gomułka-Gierek, Mariusz po 1980.
Nie mam wiele do dodania, chyba że:
-Nie dość że nie było bezrobocia; był obowiązek pracy. Brak odpowiedniej pieczątki w dowodzie osobistym czynił jego posiadacza z góry podejrzanym.
-Możliwości dorobienia do pensji (coś w rodzaju pańszczyzny) było całkiem sporo. Ja zawsze chałturzyłem po godzinach. Wcześniej, jako uczeń zarabiałem na budowach czy żniwach. Nigdy z głodu, raczej z pragnienia. Najtańsze wino marki wino kosztowało 19 zł (Gomułka), 21 zł (początek Gierka), 23 zł (połowa Gierka - słynne J-23). Jako student w spółdzielniach studenckich. Byli tacy, którzy studiowali wyłącznie z powodu możliwości zarobkowania tamże.
-Brak możliwości kupna mięsa w sklepie załatwiało się kupnem świniaka u rolnika i przechowywaniem go w zamrażarce. Za komuny jadłem mniej mięsa niż teraz, ale nie kojarzę tego z jakimś specjalnym dyskomfortem.
-Zjedzenie czegoś w barze za Gierka nigdy nie było problemem ani finansowym ani kolejkowym. Misek do stołu śrubokrętem nie przykręcano, ale korzystałem z noża do przekrojenia bułeczki przywiązanego sznurkiem do okienka. Piszę, bo po obejrzeniu Misia córka, wówczas studentka, zapytała mnie czy to prawda... Otóż bezpośrednia nie, ale prawie.
-Przynależności do PZPR nikt mi nigdy nie zaproponował.

Panhera, może bardziej sprecyzujesz oczekiwania? Sporo tego jest.
mariusz 70
Sluszne sprostowanie.Sprecyzuje ze moje wspomnienia dotycza ostatniej dekady PRL-u,czyli mniej wiecej lat 80-tych.
Co do owych "misiowych" lyzek na lancuchach,to oczywiscie lekka przesada,ale pamietam stacjonarne saturatory w warszawskich tunelach gdzie szklanki byly mocowane lancuszkami.Leciala z nich woda sodowa.Za picie coli nie bito,ale mozna bylo od funkcjonariusza ZOMO oberwac za wyglad.Sam w polowie lat 80-tych majac dlugie wlosy i noszac ramoneske doswiadczylem kilkakrotnie takich "interwencji".We wczesnym PRL-u natomiast mozna bylo zaliczyc czape nie za cole ,ale np.za posiadanie dolarow o czym zwolennicy ludowej demokracji zazwyczaj zapominaja.
Byly tez plusy.Pamietam ze bilety do kina byly niezwykle tanie i zdecydowanie bywalo sie tam czesciej.Zreszta nie ma co sie dziwic bo program TV byl ubogi.
Ciekawa tez byla sila nabywcza zlotowki w Europie.Ok.roku 1986 moi rodzice wyjechali na wycieczke do Wloch.Organizowaly to parafie ,spano po klasztorach,jedzono konserwy i pito wode z kranu.Ja to w pelni doceniam bo ludzie cale fundusze przeznaczali na jakies wejsciowki do tego czy innego muzeum.Dwa tygodnie pobytu i jedyny kaprys kulinarny na jaki sobie pozwolili to raz lody w Rzymie i kawa w Wenecji.Niestety miesieczna pensja to bylo zaledwie kilkadziesiat dolarow.
Komar 47 wspomnial ciekawie o przydzialach mieszkaniowych.Moi rodzice czekali ok.6-7 lat,a to byly lata 70-te,gdzie wladza ze zrozumialych wzgledow starala sie dbac o stoczniowcow.Z pewnoscia okres oczekiwania w W-wie mogl trwac do lat 20-stu.Natomiast podejmujac nauke w studium pedagogicznym spotykalem sie z wieloma ofertami mieszkan dla nauczycieli na prowincji,gdzie bylo na nich spore zapotrzebowanie.
Napoleon7
Pamiętam ceny: 0,5 litra "żytka" - 120 zł w 1978 (wtedy zacząłem studia wink.gif ), z tym że zaraz potem skoczyło do 140. Zwykła wódka kosztowała o 20 zł. mniej. Puszka orzechów ziemnych solonych - 80 złotych. Piwo "wawelskie" 0,33 litra - 7,50 zł. Chleb duży (ale teki lepszy gatunkowo) - 8 zł.
Natomiast do końca życia będę pamiętał sytuację, gdy w 1981 roku trafiliśmy na piwo po 5 zł za butelkę 0,5 litra, z kaucją za butelkę 7,50!!! Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem co to jest "obrót kapitału" - kupiliśmy do plecaka z 50 piw, zebraliśmy wszystkie naczynia z całego piętra akademika, po czym spieniężyliśmy puste butelki i kupiliśmy za uzyskany kapitał kolejne piwa (niestety, brakło naczyń).
Dodam, że dolar w 1978 stał po 100 zł u "konika", po wspomnianym wyżej wzroście cen alkoholu jego kurs czarnorynkowy wzrósł do 120 zł. W PEWEX-ie najtańsza wódka "Crystal" była po 90 centów! Do końca życia chyba będę to pamiętał biggrin.gif
mariusz 70
No to gratuluje fenomenalnej pamieci.Ja cen juz nie pamietam,zreszta w latach 80-tych zaczela sie ta kosmiczna inflacja.Co do piwa to pamietam wycieczki po osiedlach ,aby po 13-tej(od tej godz.sprzedawano napoje wyskokowe)upolowac jakies browary.Czesto niestety sie to nie udawalo.Ile kosztowaly nie pamietam,ale smak jak najbardziej.Zwlaszcza te w malych"granatach",niepasteryzowane i z data waznosci na etykietkach. rolleyes.gif Wodka powszechnie dostepna byla "Wistula",straszne swinstwo,nie wiem z czego to robiono."Zytnia" to byl luksus i pamietam jak na Nowy Rok kupowalismy ja w Peweksie.Acha i klasyk PRL-u w dziedzinie trunkow wykwintnych ,czyli wina siarkowe.Nawet zawartosc siarki podawano na etykietce.Paranoja.
gregski
Chciałbym jeszcze nadmienić, że butelka Wódki Stołowej "strażackiej" (nazwa od czerwonej etykietki) kosztowała 103 złotych i stąd dowcip; Dlaczego Waryński jest smutny? Bo mu 3 złote brakują do flaszki! (Waryński widniał na banknocie 100 zł.)

W czasach kartek wartość pieniędzy została przyćmiona przez dobra reglamentowane. Za alkohol, papierosy, czekoladę (a raczej czekoladopodobne wyroby) można było dostać inne dobra lub usługi. Pamiętam jak mój ojciec zatrzymał beczkowóz do wywozu szamba. Obiecywał podwójna stawkę za wywóz.
-A, na co mi pieniądze?! Zapytał przytomnie kierowca.
-10 paczek "Popularnych"?
-Dobra podaj pan adres.

Tak to się często odbywało.
teemem
Wspomniane wyżej żytko z kłoskiem do połowy Gierka kosztowało 103 zł, przy czym te 3 to była kaucja za butelkę. Dlaczego Waryński na banknocie taki smutny był? Bo mu trzech złotych zabrakło... Lepsze wino, mszalny riesling, w sklepie z dewocjonaliami (!) trochę ponad 50 zł. Jakoś wtedy podrożał chleb; do dziś pokutuje porzekadło "nie ma lekko, chleb po osiem".
Zarobki w latach 80 zmieniały się tak, że trudno je przytaczać. Na początku dekady kilka tysięcy, pod koniec z pół miliona.
EDIT: Przeczytałem właśnie post Gregskiego. Nie mam pojęcia który z nas ma lepszą pamięć. Ja się nie upieram.
NELSON
[quote=gregski,22/10/2009, 19:28]
Chciałbym jeszcze nadmienić, że butelka Wódki Stołowej "strażackiej" (nazwa od czerwonej etykietki) kosztowała 103 złotych i stąd dowcip; Dlaczego Waryński jest smutny? Bo mu 3 złote brakują do flaszki! (Waryński widniał na banknocie 100 zł.)

"Stolowa"kosztowala bodaj 85 zl.Pomyliles z "Zytem" wink.gif
gregski
QUOTE
"Stolowa"kosztowala bodaj 85 zl.Pomyliles z "Zytem"

Zawsze wydawało mi się, że chodziło o strażacką, ale guzika za to nie dam sobie obciąć przyjmuję, że macie rację. Dawno nie piłem i dlatego!

QUOTE
Zarobki w latach 80 zmieniały się tak, że trudno je przytaczać. Na początku dekady kilka tysięcy, pod koniec z pół miliona.

Pod koniec lat 80-tych wszystkie poważniejsze transakcje w zasadzie płacono w dolarach.
NELSON
[quote=gregski,22/10/2009, 19:45]
[quote]"Stolowa"kosztowala bodaj 85 zl.Pomyliles z "Zytem" [/quote]
Zawsze wydawało mi się, że chodziło o strażacką, ale guzika za to nie dam sobie obciąć przyjmuję, że macie rację. Dawno nie piłem i dlatego!

Starogardzanin expertow powinien miec pod reka. wink.gif
A powaznie mowiac, to "pewexowska" cena "Zytniej" trzymala sie ceny dolara(oscylowala w cenie dolaropodobnego bonu baltonowskiego).To byl taki polski "rubel transferowy.Cena w Pewexie to 90 centow.Zawsze troche taniej i zawsze byla.Pal diabli, przy jednej flaszce, ale juz imprezy typu wesele, to to "prawie" robilo roznice.Glupie 100 butelek, przy roznicy 15-20 centow to bylo ...
gregski
QUOTE
Starogardzanin expertow powinien miec pod reka.


Chwilowo snuję się po saudyjskim wybrzeżu, więc jestem daleko od ekspertów i nawet nie wiem, czy przebywając w tym kraju powinienem poruszać takie tematy.
Ciekawe, że pod koniec lat 80-tych niezłe wino "Barenblut”, (czyli Misiakrew) bywało tańsze od "alpagi". Przy ówczesnej inflacji wystarczyło, aby postało miesiąc, dwa na półce i cena nowej dostawy "alpag" była dwa razy większa.
NELSON
[quote=gregski,22/10/2009, 20:47]
Ciekawe, że pod koniec lat 80-tych niezłe wino "Barenblut”, (czyli Misiakrew) bywało tańsze od "alpagi".

A jaka to byla produkcja?Przy owczesnych barterach (co bylo czesta praktyka) moze to mialo sens?
gregski
Było bułgarskie ale nalepka drukowana po niemiecku. Nawet niedawno zobaczyłem w sklepie, ogarneła mnie nostalgia i kupiłem.
Niestety nie smakowało jak za studenckich czasów sad.gif .
gregski
Było bułgarskie ale nalepka drukowana po niemiecku. Nawet niedawno zobaczyłem w sklepie, ogarneła mnie nostalgia i kupiłem.
Niestety nie smakowało jak za studenckich czasów sad.gif .
NELSON
Kojarzy mi sie cos z tymi bulgarskimi winami, ktorymi Bulgaria placila pod koniec osiemdziesiatych.Jakas firma (import-export) poszla z torbami.
To wino bylo rozlewane w Polsce?Taka nalepka z tylu butelki: Rozlewnia Win Importowanych w Toruniu, albo jakos tak?
Napoleon7
Co do wina, to jeszcze w 1980 w winiarni w Krakowie (u licha... nie pamiętam już nazwy - może ktoś przypomni?) można było bez większych problemów (choć oczywiście drożej) Tokaj! I to praktycznie w nieograniczonej ilości!!!
Co do cen - to pochodzą z lat 1978-1979. Później wszystko tak szybko zaczęło drożeć, że zapamiętać cen już się absolutnie nie dało.
mariusz 70
Wermuty z win niesiarkowanych mialy przystepna cene.Obowiazkowe radzieckie "szampany" na uroczyste okazje mialy duze wziecie i byly calkiem przyzwoite.Pamietam jak na Nowy Rok sprzedawano po dwie butelki na glowe.
Uroczystosci rodzinne tez odbywaly sie inaczej,zjazdy rodzinne na swieta,spanie na podlodze,dmuchane materace itp.sympatyczne niewygody.Kto tam chodzil po hotelach.Kobiety skubaly kury w kuchni,a panowie zaprawiali wodke czy bimberek karmelem.A i jeszcze dojazdy na te wszystkie spotkania.Pociag przy peronie,biegi z tobolkami,walizki wkladane przez okna i wyscigi po miejsca siedzace.Ale najczesciej jazda w zatloczonych niemilosiernie korytarzach.Ceny przejazdow za to byly niskie,czystosc wagonow jakos pomimo uplywu lat pozostaje czesto bez zmian. sad.gif
teemem
W PRL popularne było pędzenie bimbru. TV lubowała się w informowaniu o kolejnej zlikwidowanej bimbrowni. http://www.youtube.com/watch?v=4j_o-F9Mv7Q Po roku 80 pędzenie, jako m.in. działanie na szkodę PRL, należało do dobrego tonu. Robili to chyba wszyscy. Jako zjawisko masowe znikło z upadkiem komuny.
mariusz 70
Moj ojciec zamiast bimbru robil winko owocowe.Sadze ze pedzenie bimbru bylo nie tyle przejawem patriotyzmu co efektem reglamentacji wodki,a organizm wiadomo potrzebuje. wink.gif Popularne bylo faktycznie nieslychanie,nawet trafialo na ekrany- n.b.Pan Czechowicz i jego badania nad zawartoscia cukru w cukrze smile.gif
Watta
W PRL-u przede wszytkom popularne było organizowanie sobie tego wszystkiego czego oficjalnymi kanałami nie można było osiągnąć. Zawsze w każdym większym mieście był jakiś bazar na którym człowiek mógł kupić wszystko to czego w sklepach brakowało. W kategorii odzież, obuwie młodzież zawsze nosiła się zgodnie odpowiednim trendem, bowiem to czego przemysł państwowy nie wyprodukował, wyprodukował przemysł podziemny, bądź zorganizował handel turystyczny. Zawsze możne było kupić na takim bazarze zagraniczne odżywki dla dzieci, mleko dla niemowlaków, pieluchy jednorazowe, podgrzewacze do butelek, wszystko to czego w sklepie brakowało.
Z punktu widzenia obywatela po studiach rzetelnie sytuację przedstawił użytkownik komar47. Na początku lat 70-tych wraz z tzw"szerokim frontem inwestycyjnym" młodzi inżynierowie mieli na prawdę szerokie możliwości zrealizowania się w swoim wyuczonym zawodzie. Byli niezłe opłacani i doceniani jako fachowcy.
Zdecydowanie inaczej organizowali się ludzie z wykształceniem robotniczym. Tu na ogół obowiązywały dwa etaty. Oficjalny i "podziemny", opisze to na przykładzie PP Polmozbyt, firmy, która w PRL zajmowała się dystrybucją i naprawą wszystkich oficjalnie sprzedawanych w Polsce aut za złotówki.
Pracownikiem Polmozbytu byłem w latach 77 - 82 plus rok jako uczeń szkoły zawodowej z wynagrodzeniem w 1976r 700zł plus kartka na cukier.Okres nauki był przede wszystkim okresem bacznej obserwacji pracy stacji obsługi bowiem nic co było widoczne dla oka laika nie było tak naprawdę tym czym było naprawdę. Każdy miał funkcję oficjalną zgodną z zaszeregowaniem i nieoficjalną w kręcącym się ostro, drugim, szarym obiegu gospodarczym.De facto uczyłem się dwóch zawodów naraz: mechanika samochodowego i techniki zarabiania pieniędzy.Po ukończeniu szkoły, zdaniu egzaminów zostałem od ręki przyjęty do pracy w ASO z płacą początkową ok 2000zł, ponieważ na praktykach uczyłem się na diagnostę zostałem przydzielony do strategicznie ważnej brygady diagnostyki i z biegu zacząłem szkolenie dodatkowe na diagnostę co oprócz kursu wiązało się z koniecznością uczęszczania do wieczorowego technikum samochodowego. (bez matury nie można było być już wtedy samodzielnym diagnostą, dzisiaj trzeba mieć inżyniera) Obieg samochodu w serwisie był następujący. Jako ASO zajmowaliśmy się przede wszystkim naprawami gwarancyjnymi Fiata 126p. Przyjeżdża klient „maluchem”, pierwsze co robi w Biurze Obsługi Klienta zgłasza zauważone usterki i czynności serwisowe, które chce wykonać. W BOK rządzi kierownik zmiany on zajmuje się klientem, wysłuchuje jego żalów na auto i ciepło, serdecznie obiecuje pomóc. Następnym ogniwem łańcucha jest diagnostyka czyli tam gdzie pracuję, jedziemy na próbę, klient wykazuje usterki, ew badamy samochód na stanowisku diagnostycznym, wypisywane jest szczegółowe zlecenie plus zapotrzebowanie magazynowe na części zamienne do magazynu części nowych i samochód kierowany jest do jednej z 5 brygad naprawczych celem usunięcia usterek, następnie wraca na diagnostykę, celem sprawdzenia czy naprawy usunęły przyczyny o których wspominał klient, ew jazda próbna celem sprawdzenia i auto wraca do BOK celem rozliczenia usługi. U nas w serwisie klient miał zawsze rację i zawsze kierownik zmiany szedł mu na rękę, ówczesna wiedza społeczna o samochodzie, choćby tak banalnie prostym jak Fiat 126p była znikoma a „maluch” często nie był tylko pojazdem ale spełniał również rolę członka rodziny smile.gif . Tak praca serwisu wyglądała okiem klienta laika. Faktycznie jednak wszystko było inaczej. Wiadomo, że w PRL-u prawie każda część samochodowa była deficytowa, możliwości pozyskania części fabrycznych dla warsztatów samochodowych prywatnych bez autoryzacji nie było prawie żadnych. ASO miały jednak tzw żelazne zapasy, akumulatorów, opon, reflektorów, linek rozrusznika, uszczelek do silnika itp. żeby wymienić tylko najbardziej deficytowe części do banalnie prostych maluchów. Klientowi, właścicielowi nowego malucha na gwarancji kiedy przyjechał do ASO w owych czasach wymieniano dosłownie wszystko czego zażądał, chętnie nawet wielokrotnie to samo. Bowiem każda wymieniona używana część w PRL-owskiej księgowości dosłownie parowała, zamieniała się w bezużyteczny złom. Faktycznie jednak każda używana, wymieniona część trafiała na ogrodzony zamknięty placyk, wydzielony w części ASO. Tam komisyjnie mniej więcej raz na miesiąc wszystko niszczono i wywożono jako złom.
Jednak ta troskliwość i serdeczność kierownika zmiany nie nie była bezinteresowna. Chodziło o to, żeby z każdego gwarancyjnego samochodu pozyskać jak najwięcej jak najbardziej sprawnych elementów z jak najmniejszymi śladami zużycia. One trafiały na ten placyk, tam zaczynał się ich drugi obieg Spora część mechaników po pewnym czasie również i ja prowadziło własne małe warsztaty, ów placyk był miejscem pozyskiwania części do napraw aut już starszych po gwarancji, bardziej leciwych. Części te można było wykupić od kierownika zmiany za dość drobną opłatą a było tego naprawdę ogrom. Pod warunkiem zrzucenia na firmowy placyk złomu z małego fiata w mniej więcej masie równej od wykupionych części. Na te części to była normalnie funkcjonująca podziemna nielegalna giełda która w każdej chwili wyceniała koszt wykupu danej części z placyku. Dzięki temu można było dość dokładnie wycenić koszt usługi dla swoich klientów, których obsługiwało się po godzinach pracy. Jak z dyrekcji przyjeżdżała komisja likwidacyjna celem komisowego zniszczenia części z placyku, robiona była zrzutka na „odstąpienie” od czynności czy ew „niezbyt dokładne jej przeprowadzenie”. Tak więc jak widać z opisu załogo PRL-owskiej stacji obsługi pracowała na dwa etaty, jeden oficjalny a drugi zależy: kierownik zmiany zarabiał na wykupnym z placyku kokosy, diagnosta na kwalifikowaniu tego i owego do wymiany brał wziątka od zainteresowanych pozyskaniem części mechaników, jeden gość dostawał kasę za prowadzenie „nielegalnej giełdy części” i nieźle z tego miał do pensji, paru zajmowało się naprawianiem tych części z placyku bo czasem jednak te maluchy psuły się rzeczywiście a nie na żarty a każda część była jednak na wagę złota i też nieźle z tego mieli, inni prowadzili swoje warsztaty i wychodzili na tym świetnie bo przecież liczba samochodów ciągle rosła, deficyt części był ogromny a mechanik z dostępem do części i to „własny” to był skarb.
Tak więc oficjalnie dostawałem na rękę pensję, która na przełomie lat 70-tych i 80-tych stale się dewaluowała a sporo ponad drugie tyle zarabiałem na własnym warsztacie. Klientów miałem zawsze pełno.
Oczywiście można napisać,że to wszystko złodziejstwo, ba udział w zorganizowanej grupie przestępczej itp., nawet trochę to w sumie prawda wink.gif Tylko, że warto wziąć pod uwagę iż nasza ówczesna działalność była po prostu wyjściem naprzeciw tym użytkownikom najpopularniejszego samochodu w Polsce, którzy już pozbawieni zostali ochrony gwarancyjnej (w pewnym okresie lat 70-tych i 80-tych gwarancja na nowe auto wynosiła tylko 6 miesięcy) a samochód był im najczęściej po prostu potrzebny a nie mieli innej możliwości utrzymania go w ruchu bowiem w sklepach wielu części po prostu nie było. PP Polmozbyt jedynym oficjalnym dystrybutorem części zamiennych do wszystkich marek samochodów z krajów socjalistycznych, niestety w sklepach na półkach było pełno wszelkiego rodzaju drobiazgów, które akurat mało do czego komu były potrzebne jak trójkąty ostrzegawcze, apteczki, breloczki do kluczyków plus trochę części z tych co akurat tylko sporadycznie wymagały wymiany.
gregski
Mój ojciec pracował w fabryce obrabiarek, jako kontroler, jakości. Roboty wiele nie miał, bo w planowej gospodarce był zaplanowany procent odpadów i więcej nie wolno było odrzucić.
Miał on jednak dostęp do wszystkich maszyn.
Z jakichś powodów Marks zakazał produkcji części zamiennych. Jakąś maszynę dało sie od czasu do czasu zbudować, ale części do niej "za Chiny"!
Mieliśmy trochę rodziny i sporo znajomych na wsi, tak, więc ojciec dorabiał różne "wichajstry" do samochodów, traktorów, motocykli kosiarek itp., itd., wynosił przez dziurę w płocie i montował gdzie trzeba. Śmiesznie wyglądała brona z zębami z "nierdzewki".
W zamian dostawaliśmy produkty żywnościowe.

I tak to działało, Praktycznie każdy dysponował czymś, co mógł wymienić.
W czasach kartkowych zawsze u nas były papierosy, chociaż nikt nie palił. Był to wartościowy środek płatniczy.
Panhera
Okej, wszystkim bardzo dziękuję za pomoc. smile.gif
Niejasne jednak pozostaje dla mnie: skąd dolary?
wycieczki zagraniczne to raz, słyszałem o zawodzie "cinkciarz" - to dwa. Jakieś inne źródła?
gregski
QUOTE
Jakieś inne źródła?

Rodzina w USA i innych krajach, marynarze, pracownicy wysyłani za granicę przez "Polservice".
komar47
Olbrzymia większość Polaków obywała się bez dolarów czy marek, zarabiała i płaciła w złotówkach.
silent_hunter
QUOTE(Panhera @ 23/10/2009, 19:18)
Jakieś inne źródła?
*

Dodam jeszcze, że często nieruchomości i cenne ruchomości sprzedawało się za twardą walutę - dolary, marki. wink.gif
mariusz 70
Byly rowniez tzw.bony dolarowe za ktore mozna bylo kupowac w Pewexie.Ciekawym obyczajem bylo to ze placac dolarami otrzymywalo sie reszte w takich wlasnie bonach.
Watta
Wiele produktów dostępnych w Peweksie za dewizy było dostępnych za złotówki na bazarach. pochodziły one z importu prywatnego, turystycznego. oczywiście ich cena złotówkowa równała się tej dolarowej przeliczonej po kursie czarnorynkowym ale ogólnie wg zasad konkurencji "bazar" starał się być ciut tańszy niż Peweks i konkurencyjny asortymentowo.
mariusz 70
Moze ktos z Was pamieta jakie byly miesieczne przydzialy kartkowe na poszczegolne produkty?Moja mama takie kartki gdzies nawet schowala na pamiatke,ale teraz nie moge ich odnalezc.
W Gdansku dystrybucja "zachodnich" towarow zajmowala sie hala targowa w na Starowce.Chyba zony matrosow prowadzily ten interes.Faktycznie mozna bylo kupic tam wszystko,tyle ze za odpowiednie ceny.
Mam tez pytanie do Watty jako osoby obeznanej z PRL-owska motoryzacja.Na jakiej zasadzie przyznawano talony na samochody?.My mielismy wprawdzie "malucha",ale kupowanego na gieldzie,czyli wolnym rynku.
Watta
Talony na samochody były generalnie w gestii nomenklatury partyjnej. Jakichś ogólnopolskich przejrzystych zasad przydziału talonów to nie było. W gestii nomenklatury zawsze były stanowiska kierownicze w zakładzie państwowym tam trafiał resortowy przydział talonów. Jeżeli były to jeden lub dwa talony na zakład to brał dyrektor i jego zastępca lub szef np organizacji związkowej z racji przynależności do nomenklatury. Jeżeli tych talonów było więcej to szanse miał dostać pracownik szeregowy o ile potrafił wykazać, że posiadanie samochodu znacząco ułatwi mu wykonywanie obowiązków służbowych lub jest wskazane np ze względów na trudna sytuację rodzinną (chora teściowa czy dzieci, które trzeba wozić np na zabiegi rehabilitacyjne, niedogodny daleki dojazd do pracy a pracownik cenny dla zakładu). jeżeli szef przedsiębiorstwa miął tych talonów kilka mógł puścić w obieg np poprzez Radę Zakładową przedsiębiorstwa czy organizację związkową. Jeżeli szef był świnia talony ukrył i rozprowadził po swoich znajomych bowiem zawsze osoba ze stanowiska będącego w gestii nomenklatury decydowała jak te talony rozdzieli. Faktem jednak jest,że osoby które z racji wykonywanych obowiązków potrzebowały korzystania z samochodu szanse spore na te talony miała. Poza tym im gorszy samochód tym większe szanse, że talon trafi do szarego zjadacza chleba, wszak już w drugiej połowie lat 70-tych żaden nomenklaturowiec nie woziłby się Syreną 105 wink.gif. Szczytem wypasu w latach 70-tych był talon na Fiata 132 lub 131 Mirafiori, takie talony, było ich bardzo niewiele trafiały tylko do osób na wysokich stołkach. Talon przysługiwał formalnie tej samej osobie raz na 4 lata. To była kartka papieru z marką samochodu i wykropkowanym miejscem na imię i nazwisko osoby realizującej talon, tak przynajmniej wyglądał w latach 70-tych. Dzisiaj na najbardziej dziadowskiej drukarce każdy by sobie taki talon zrobił w 5 minut wink.gif .
kunigas
QUOTE(mariusz 70 @ 26/10/2009, 8:18)
Moze ktos z Was pamieta jakie byly miesieczne przydzialy kartkowe na poszczegolne produkty?

Piszę z pamięci a pamięć bywa ulotna więc mogę się mylić.
Mięso i wędliny - 2,5 kg na miesiąc 3,5 kg pracujący fizycznie , kobiety w ciąży itp.
Istniał też podział mięs i wędlin na dwie grupy , jakie były proporcje nie pamiętam.
Przez pewien okres kartki żywnościowe podlegały rejestracji w jednym wybranym sklepie i tylko tam można je było zrealizować.
Cukier 1 kg , wódka 1/2 l na miesiąc.Benzyna f1265p 16l na miesiąc ( f125p 30 l ( mogło być więcej lub mniej , z tego co pamiętam wyliczenie było takie że przydział wystarczał na 300 do 350 km ). Papierosy 30 paczek na miesiąc , kawa 2 paczki na miesiąc , buty 1 para na rok.

orz
Nafajniejszy ten "mariusz 70" z tą dolewką do kawy.Ja mam znajomą,która to stosuje do dzisiaj ale to niema nic wspólnego z czasami PRL,to takie chyba rodzinne upodobanie.Tak naprawdę kawa palona na parterze CDT w Warszawie pachniała już kiedy się wysiadało na Dworcu Centralnym w Warszawie.Aromat tej kawy był niepowtarzalny, kiedy dostaniesz niemieloną Jacobs Kroenung i zaparzysz świeżo mieloną to będzie przypominało,z biedą,tą z czasów PRL.No ale to oczywiście sprawa palenia i gatunku a nie ustroju.Zimne mieszkania-obowiązywały zupełnie inne normy przewodności cieplnej dla ścian zewnętrznych podyktowane oszczędnością.Zato ogrzewanie było prawie darmowe.Stolarka okienna powodowała największe straty ciepła.Wielkość mieszkania 54 m2 to było M5 /dla pieciu osób/.Mariusz nie napisał ile rodzice zapłacili za to mieszkanie ,jestem pewien,że tatus dostał ze Stoczni kredyt na wpłatę za mieszkania i ten kredyt został umorzony.Mieszkanie spłacało sie w czynszu,nie wiem ile płacili jego rodzice ale to b ył znikomy procent miesięcznych zarobków.Prawda jest jedna,niczego nie było w nadmiarze,wszystkiego było za mało.Więc nikomu nie brakowało pieniędzy.Pan Balcerowicz udowodnił co trzeba zrobic aby niczego nie brakowało w sklepach.Niedawno o tym opowiadał.
Net_Skater
QUOTE
Niejasne jednak pozostaje dla mnie: skąd dolary?
wycieczki zagraniczne to raz, słyszałem o zawodzie "cinkciarz" - to dwa. Jakieś inne źródła?

QUOTE
Rodzina w USA i innych krajach, marynarze, pracownicy wysyłani za granicę przez "Polservice".

Dodajmy do tego: pracownicy placowek dyplomatycznych.
Ale powyzsze dotyczy lat szescdziesiatych.
Natomiast w latach siedemdziesiatych "asortyment" dostawcow powiekszyl sie. Minimalna w latach 60-tych grupa jezdzacych do okresowej pracy na zachodzie i do Skandynawii rozrosla sie. Pracownicy wysylani przez firmy budowlane na wielomiesieczne kontrakty (glownie kraje arabskie np. Libia), mlodzi ludzie na sezonowe zrywanie jablek w sadach np. Danii czy do pracy na polach tulipanowych w Holandii. Pojawila sie takze nieznana przedtem nowa ktegoria "dostawcow" dolarow: cudzoziemcy "dewizowi" zatrudnieni przez zagraniczne firmy przy budowie najrozniejszych obiektow w Polsce, np. Szwedzi wznoszacy hotel w centrum Warszawy, Amerykanie budujacy kombinaty miesne w Ostrodzie i Rawie Mazowieckiej, Wlosi budujacy cos tam itp. W polowie lat 70-tych czesto mozna bylo spotkac w Warszawie grupy mlodziencow o arabskich rysach twarzy szastajacych dolarami na lewo i prawo. Plotka glosila, ze byli to ludzie El Fatah na "urlopie wypoczynkowym". Cudzoziemcy dysponowali ogromna iloscia dolarow i bardzo szybko podchwycili, ze sprzedaz po cenie czarnorynkowej jest bardziej atrakcyjna niz wymiana w banku po oficjalnym kursie - a klienci pchali sie tuzinami. Z wlasnego rozeznania wiem, ze Amerykanie oprocz zagwarantowanej kotraktem pensji dostawali 12 $US dziennie "rozlakowego". Pensja szla na konto w banku w USA, "rozlakowe" dostawali gotowka do reki i sprzedawali. Latwo policzyc: na miesiac wychodzilo 24 tys. zlotych w kraju w ktorym wtedy 4-5 tys. zlotych bylo calkiem niezla pensja.

N_S
mariusz 70
Orzie ja nie wykluczam ,ze niektorym pozostaly PRL-owskie nawyki i jeszcze dzisiaj "dolewki" jak i picie kawy w szklankach z "koszyczkami" praktykuja sad.gif .Niestety "dolewki" wynikaly wlasnie z deficytu tego produktu,a nie rodzinnych tradycji,co na szczescie wraz z realnym-socjalizmem praktycznie zniklo blyskawicznie.
Niestety nie wiem na jakiej zasadzie rodzice splacali owo mieszkanie,z pewnoscia bylo przydzielane z Gdanskiej Stoczni Remontowej,po zmianach systemowych wiem ,ze je wykupywali.Okna faktycznie byly tragiczne i pamietam,ze zima kladlo sie jakies koce na parapetach.My na szczescie mieszkalismy nad kotlownia wiec mielismy cieplo,ale koledzy na wyzszych pietrach okrutnie marzli w okresie mrozow.Juz pod koniec lat 80-tych po kilkuletnich staraniach mozna bylo uzyskac dodatkowe moduly do kaloryferow.
Jakosc wody do jakiejs polowy lat 80-tych przynajmniej na naszej dzielnicy byla wysmienita,dopiero pozniej popsula sie strasznie i zaczely byc "modne" wyprawy do studni na przedmiesciach po wode do gotowania.
gtsw64
QUOTE
W Gdansku dystrybucja "zachodnich" towarow zajmowala sie hala targowa w na Starowce.

W sklepach można było kupić jedynie "z pod lady", natomiast na "rynku" można było zaopatrzyć się w co dusza zapragnie (oczywiści po paskarskich cenach).
Dlatego od tamtej pory nie lubię tzw"polskich handlowców" którzy w czasach PRL łupili nas bezlitośnie. Dlatego ja nie mam dziś litości i w ogóle u "nich" nie kupuję. (gdy dziś sobie przypomnę jak musiałem za koszulę do ślubu zapłacić na rynku czterokrotność ceny sklepowej to ...)
kunigas
QUOTE(gtsw64 @ 31/01/2010, 21:28)
W sklepach można było kupić jedynie "z pod lady", natomiast na "rynku" można było zaopatrzyć się w co dusza zapragnie (oczywiści po paskarskich cenach).
Dlatego od tamtej pory nie lubię tzw"polskich handlowców" którzy w czasach PRL łupili nas bezlitośnie. Dlatego ja nie mam dziś litości i w ogóle u "nich" nie kupuję. (gdy dziś sobie przypomnę jak musiałem za koszulę do ślubu zapłacić na rynku czterokrotność ceny sklepowej to ...)

Ówcześni handlowcy nie byli jak niektóre dziesiejsze sieci handlowe filantropami smile.gif.
Kiedy kupowałeś tę koszulę? Jakoś nie przypominam sobie żeby z koszulami był aż taki problem , owszem , wzornictwo , materiał , wykonanie były do niczego ale w sklepach były.


mariusz 70
No wlasnie,owo wzornictwo,wykonanie,materialy.Skad bralo sie to powszechne dziadostwo,jeszcze jakos potrafie zrozumiec kiepski material,ale fatalne i nieestetyczne projekty? Bylejakosc byla powszechna we wszystkich dziedzinach,a brak dbalosci norma.Jakies logiczne wytlumaczenie?
carantuhill
QUOTE(mariusz 70 @ 2/02/2010, 7:20)
No wlasnie,owo wzornictwo,wykonanie,materialy.Skad bralo sie to powszechne dziadostwo,jeszcze jakos potrafie zrozumiec kiepski material,ale fatalne i nieestetyczne projekty? Bylejakosc byla powszechna we wszystkich dziedzinach,a brak dbalosci norma.Jakies logiczne wytlumaczenie?
*




Brak konkurencji. Jeśli, to co się wyprodukowało, nawet jeśli było tandetne, się sprzedało, to po co się starać i robić lepsze, solidniejsze?
gtsw64
QUOTE
Kiedy kupowałeś tę koszulę? Jakoś nie przypominam sobie żeby z koszulami był aż taki problem , owszem , wzornictwo , materiał , wykonanie były do niczego ale w sklepach były.

W połowie lat 80 - tych, koszula z tzw "stójką" (typ kołnierzyka).
widiowy7
QUOTE(gtsw64 @ 31/01/2010, 20:28)
QUOTE
W Gdansku dystrybucja "zachodnich" towarow zajmowala sie hala targowa w na Starowce.

W sklepach można było kupić jedynie "z pod lady", natomiast na "rynku" można było zaopatrzyć się w co dusza zapragnie (oczywiści po paskarskich cenach).
Dlatego od tamtej pory nie lubię tzw"polskich handlowców" którzy w czasach PRL łupili nas bezlitośnie. Dlatego ja nie mam dziś litości i w ogóle u "nich" nie kupuję. (gdy dziś sobie przypomnę jak musiałem za koszulę do ślubu zapłacić na rynku czterokrotność ceny sklepowej to ...)
*


Ależ nazywa się to wolny rynek. Podaż i popyt. Wszak zapłaciłeś za tę koszule. A nie musiałeś wspomagać tych prywaciarzy :)No właśnie, dlaczego ich wspomogłeś?
To jest wersja pozbawiona grafik. Jeżeli chcesz przejść do głównego forum kliknij tutaj.