Ze studiów prawniczych na historyczne? - kliknij, aby przejść na forum
historycy.org > Forum > Historia - pozostałe sekcje > Studiowanie Historii
cameron123
Witam Państwa. Mam następujący problem. Mianowicie jestem czystym humanistą, tak owszem, nie mówię tego z dumą, ale m.in przez problemy ze zdrowiem i przerwy w nauce miałem problemy z naukami ścisłymi, ale zawsze wybijałem się ponad miarę (to nie moja opinia a obiektywne mierniki i sądy osócool.gif z historii i wosu. Wybrałem - idąc za rozumem rzekomo studia prawnicze, nastawiając się na nie od 1 klasy liceum. Starałem się uczyć, robić, częśc egzaminów zdawałem zwykle na 3 albo 4, a inne oblewałem (mniej więcej połowę). Jeszcze na I roku takie jak konstytucyjne czy międzynarodowe to pół biedy, ale inne ? Na drugim karne, procesowe, cywilne rzeczowe, cześć ogólna... to wszystko mnie przygniata. Może idealizowałem studia ale spodziewałem się dyskusji, jakiegoś rozwoju, czegoś dobrego, a tu tylko pęd na zakuwanie, pełno zarozumialców z bogatych i ustawionych rodzin (jestem z niezamożnej i raczej robotniczej rodziny), nie mam wykształconych rodziców ani nic takiego... sama atmosfera mnie przygniatała. Zawsze przed kolokwium spędzam godziny na czytanie o historii, polityce. Niektóre aspekty na studiach mnie interesują, racjonalizowałem sobie że mimo że po historii, politologii czy pokrewnych pracy nie ma to ja nie idę po zawód, bo uniwersytet nie ma być szkołą zawodową, ale idę po coś, idę dla czegoś, a nie żeby tak bezwiednie uczestniczyć w takim totalnym wyścigu szczurów... jeszcze kłóci się bycie na WPiA z moimi lewicowymi przekonaniami, to jest dla mnie nie do zniesienia że miałbym to robić... chodzę powoli z musu, nie chcę robić przykrości finansowej rodzicom (chociaż nie namawiali wręcz odwrotnie mnie na prawo, o finanse mimo że z ubogiej rodziny mam się nie bać), to czasem naprawdę mam tego dość. Tylu prawników uczelnie wypuszczają że nie ma co się spodziewać kariery i zarobków, a nie mam zaplecza z rodziny ani finansowego za dużego, ani intelektualnego, ani znajomości, czuję że to motyka pod słońce, że i tak to się rozbije, a ja tracę czas naprawdę kosztuje mnie nauka na wpia sporo wysiłku (nie chodzi o lenistwo, poważnie chorowałem w młodości i szybko się męczę, mam inny organizm trochę, fizycznie nie mogę pracować miałem nowotwór jakby zaraz znalazł się czepialski na moje użalanie się). Czekam na poprawki prawie wszystkiego we wrześniu bez większej nadziei.. zastanawiam się nad ostatnim dzwonkiem i zmianą studiów za rok, zrobieniu np. licencjatu dziennie, a potem magisterki już zaocznie z czegokolwiek, co mnie interesuje, co mnie jakkolwiek rozwinie, co pozwoli mi zająć się czymkolwiek co mogę strawić, a naprawdę jestem pasjonatem, nigdy nie myślałem o studiach humanistycznych w kategorii "będzie łatwo będzie papierek i mam was w dupie". Dla mnie od dziecka miała to być wyczekiwana podróż do tego, co kocham, co uwielbiałem całe gimnazjum, liceum, rozczytując się jak leci ponadprogramowo w swoich sferach gdzie jestem mocny. Jestem w złym stanie psychicznym, nie mam pojęcia co będzie dalej, ale zawalając tyle przedmiotów, w ogóle niektórych "nie czując" zastanawiam się nad sensem wyboru prawa jako rzekomego rozsądnego wyboru dla humanisty. Wypowie się ktoś ? I tak sam musze zdecydować, podejdę do poprawek zobaczę jak pójdę, ale proszę o jakieś rozsądne zdanie. Wybaczcie że tak chaotycznie, może zreasumuję: czuję że się oszukuję że jest ok, mamię większymi perspektywami, nie cierpię coraz bardziej tego co robię, marzę o historii lub politologii, może dwa kierunki na raz, i podjęcie jakiejś pracy, szlifowanie języków, poświęceniu się temu gdzie bywałem najlepszy, a jestem teraz w miejscu gdzie jestem na końcu i powoli przestaję siebie widzieć. To wielki skrót, mogę dopisać jak trzeba. Proszę, niech ktoś się wypowie.
Piegziu
Masz ciężki wybór. Ja ścisnąłem zęby i jakoś przeżyłem pięć lat studiów prawniczych. Gdybym miał zrobić to jeszcze raz, wolałbym sobie palnąć w łeb i mówię to dosadnie, bo naprawdę miałem tych studiów tak dosyć, że to temat na pracę doktorską.

Niestety nie jest to takie łatwe. Studia historyczne to wielce prawdopodobne bezrobocie z papierkiem skończonej uczelni, podczas gdy studia prawnicze dają szansę na zarobek rzędu 4000-4500 brutto na start w jakiejś międzynarodowej korporacji po zakończonych studiach w dużym mieście typu Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Gdańsk i Poznań. Niby brzmi idealnie, ale dużo osób narzeka na korpo i woli robić za darmo w kancach, bo naoglądało się za dużo seriali o hamerykańskich prawnikach i ma mokre sny o karierze światowej sławy adwokata przed trzydziestką. Niby prawnik to człowiek racjonalny, bez emocji (taka najgorsza szuja), ale z drugiej strony mam wrażenie, że nie spotkasz nigdzie indzie tylu debili.

Prestiż niby większy od bycia historykiem, ale prestiżem nawet się nie podetrę, bo na szacunek ludzi nie ma co nawet liczyć. Generalnie wszyscy gardzą prawnikami, a prawnicy między sobą walczą jak dzikie świnie. Nie przejmuję się tym specjalnie, ale jeżeli ktoś liczy na jakiś pozytywny odbiór społeczny to polecam być cierpliwym do czasu zostania adwokatem, sędzią czy notariuszem. W środowisku popularnym jest twierdzenie, że radców jest jak psów, a prokuratorzy to ciemna masa. Komornika nawet nie będę komentował, bo to dla wielu ciemniaków biorących gazetę Fakt za prawdę objawioną (czyli jakieś 60% Polaków), ucieleśnienie dziecka szatana z wyzyskiem klasowym.

Co do samych studiów to jednak pierwszy rok na prawie jest naprawdę łatwy. Oczywiście bardzo dużo zależy od programu uczelni oraz jej "sław wykładowców", ale chyba wszyscy potwierdzą, że najgorsza jest sesja letnia drugiego roku i cały trzeci rok. Niby ciężko wylecieć na czwartym i piątym roku, ale to ciągle droga kamienista i ciernista, bo z roku na rok coraz więcej durnych przepisów (szczególnie pod kątem seminarium), a i człowiek chciałby trochę popracować, pożyć po studencku, poczytać i popisać. Ja nie ukrywam, że na czwartym i piątym roku byłem minimalistą i uczyłem się tyle, aby zdać. Jak trafił się jakiś łatwiejszy przedmiot to wpadła lepsza ocena, ale generalnie jeżeli ktoś na serio traktuje te studia przez pełne pięć lat to albo jest mega kujonem, który nie ma życia poza nauką na studia albo wyląduje w psychiatryku.
Rommel 100
Warto mieć na uwadze że z reguły ludzie nie lubią studiowania, niezależnie od kierunku, i od wcześniejszego stosunku do niego.

Zawsze zalecam to samo, dwie opcje:
-ciężkie studia dziennie.
-lekkie studia zaocznie i praca.

Jak chcesz studiować historie to tą drugą zalecam. Tak naprawdę historii jak zresztą większości innych rzeczy można się samemu nauczyć.
cameron123
Dzięki za odpowiedź tylko to jest tak. Studiuję dziennie na uczelni publicznej, właściwie najgorszy będzie 3 rok, bo po nim już nic nie mam poza nowością w programie -specjalizacją. Ja na drugim roku teraz miałem cywilne cz. ogólną, rzeczówkę, zobowiązania (tak, całe w semestr..), karne materialne, karne procesowe, prawo UE, admin materialny i coś jeszcze było.. to wszystko w rok. Nowy, ściśnięty "praktyczny" program wyzuty z doktryn, filozofii, niby zapychaczy ale teraz zostali już tylko ludzie "Prawa Agaty" i po pieniążki...
sam nie wiem, wiem że nic to prawo nie gwarantuje, ale jednak gdzieś się można złapać, wcale nie napalam się konieczne na aplikację (najszybciej radcowską, jest ich jak psów, ale łapią CZASEM etaty za 1600 netto podobno...).. adwokat to już na pewno nie, nie wspominając o "publicznych" typu sędzia gdzie nie dostanę się, a i nie chcę. Może i bym zacisnął zęby, tyle że ze mną jest coraz gorzej, mnie kompletnie mdli od tego, interesowały mnie tylko przedmioty związane z polityką, historią trochę.. tak poza tym to nic. A psychicznie to coraz gorzej. Zobaczę, podejdę do poprawek (mam prawie wszystko do poprawienia, olałem ostatnio kompletnie, rzygać mi się chciało wchodząc na wydział - wybaczcie słownictwo). Zobaczę jak pójdzie, a jeśli wybiorę historię, to zrobię licencjat, a będę cały czas pracować, zaoczne najwyżej magisterkę, summa summarum i tak mogę wyjechać - trudno, że z magistrem, ale nie chcę chyba mieć poczucia zaprzedania duszy diabłu. Wyznaję wartości lewicowe co naprawdę uniemożliwia mi egzystencję w tym środowisku, chyba się nie nadaję... jeszcze trochę mnie niektóre przedmioty interesuję, ale sam zobaczę, nie wiem jak to się skończy... Dzięki za czytanie mojego bełkotu i odpowiedzi.
Mam pytanie, osobiste: poradziłeś sobie jakoś po tym prawie ? bez aplikacji, bez znajomości w środowisku ? Gratuluję wytrwałości
kossa
QUOTE
Może i bym zacisnął zęby, tyle że ze mną jest coraz gorzej, mnie kompletnie mdli od tego, interesowały mnie tylko przedmioty związane z polityką, historią trochę.. tak poza tym to nic. A psychicznie to coraz gorzej.


Skoro tak się czujesz teraz to w zawodzie będzie jeszcze gorzej. Jak nie możesz wytrzymać 5 lat na studiach to w jaki sposób sobie wyobrażasz "robienie kariery" na ścieżce prawniczej przez kilkanaście kolejnych lat?

Szukaj jakiejś roboty, szlifuj języki, a to wyższe wykształcenie potraktuj jako dodatek. Historii i politologii możesz uczyć się sam, uczelnia nie jest do tego potrzebna.
Piegziu
Nic nie wiem o licencjacie z prawa. Zawsze wydawało mi się, że to studia jednolite. Niestety, ale każdy drugi rok jest ciężki za sprawą natłoku praw materialnych, które to właściwie stanowią esencję tego kierunku. W nauce prawa materialnego jest najwięcej przyjemności, bo jak sobie pomyślę o wszystkich procedurach czy jakichś prawach UE to od razu przypominają mi się te nieprzespane noce i oceny jak z kapelusza.

W zasadzie jeżeli przejdzie się drugi rok i nie ma się żadnych pleców to na trzecim można powoli myśleć o tym jak się eksportować na zachód na przynajmniej jeden semestr. W ramach programu orgazmus wybrałem studia w Norwegii ze swoją lubą, co oboje zrobiło nam na dobre. Klasycznie uciekliśmy z macierzystej uczelni i dowiedzieliśmy się, że prawo jako takie może być fajne, pod warunkiem, że nie studiujesz go w Polsce. U nas wszystko obliczone jest na to żeby zrobić z człowieka małpę powtarzającą jak mantrę tezy profesorów z podręczników, bo jak nie to szmata, a najlepiej od razu profesorska czy tam doktorska pogarda do usranej śmierci. Okazuje się bowiem, że każdy przypis jest kluczowy, a brak literalnej znajomości przepisów szczegółowych może zakończyć się warunkiem. Tak właśnie hoduje się w Polsce betony, które później nie potrafią samodzielnie myśleć, ale to taka luźna dygresja. Najśmieszniejsze jest to, że teoretycznie powinniśmy wymiatać w Europie z takim bestialskim programem, ale prawda jest taka, że ja pozwu nie umiałem napisać do końca czwartego roku. Dopiero jak na piątym kumpel miał problemy z prawem to usiadłem i mu pomogłem, ale wszystkiego nauczyłem się sam.

Jak sobie poradziłem po prawie? Normalnie.
Jestem wrocławianinem, więc rynek pracy u nas duży, a i zapotrzebowanie na prawników zauważalne. Robię w banku w dziale legal&compliance za całkiem mądre pieniążki jak na mój wiek. Dodatkowo od września rozpoczynam studia doktoranckie z racji na swoje zamiłowanie do nauki. Aplikacji nie zamierzam podejmować, choć teoretycznie znajomości mam, ale wszyscy traktują aplikantów jak czarnuchów, więc bardzo chciałbym tego uniknąć. Poza tym co bym zrobił po aplikacji? Założył własną kancelarię? Przed trzydziestką? Skąd miałbym klientów, aby się utrzymać na rynku? Skąd miałbym doświadczenie, aby wygrywać w polskich sądach? To utopia.

QUOTE
Skoro tak się czujesz teraz to w zawodzie będzie jeszcze gorzej. Jak nie możesz wytrzymać 5 lat na studiach to w jaki sposób sobie wyobrażasz "robienie kariery" na ścieżce prawniczej przez kilkanaście kolejnych lat?

Pozwolę się odnieść do tej rady. Moim zdaniem jest ona chybiona.

Prawo to jedno, a studia prawnicze to drugie.
Prawo generalnie jest ciężkie, szczególnie gdy trzeba wkuwać na raz całe różne gałęzie i nikt, absolutnie nikt nie zamierza Ci w tym pomóc, a co najwyżej przeszkodzić. Śmiem zaryzykować, że 95% absolwentów prawa powie Ci, że ich studia były męką i płakali ze szczęścia jak je skończyli. Tymczasem po studiach, albo czasami już w trakcie, udaje się załapać prawniczą robótkę, w której człowiek się odnajduje, zdobywa doświadczenie, no i rzecz jasna stopniowo staje się ekspertem. Można zatem mieć wątpliwości czy nie rzucić prawa już na drugim roku, ale równie dobrze można je skończyć na siłę i szczęśliwie, z sukcesem uprawiać zawód prawnika.

Pozwolę sobie to tak porównać nieco do prawa jazdy. Jak na kursie siedział ze mną instruktor to myślałem, że zaraz rozbiję się na pierwszym lepszym słupie żeby wreszcie się uciszył. Nie jeździłem nigdy źle, ale stary zgred zawsze musiał coś mówić, że za każdym razem jak wsiadałem do auta na lekcji to myślałem, że mnie trafi szlag. Tymczasem zdałem egzamin, wsiadłem do auta bez nikogo i... Okazuje się, że bez prowadzenia auta nie mógłbym czuć się normalnie. Teraz rzecz jasna uwagę ciągle zwraca mi moja małżonka, ale i tak zawsze mogę wsiąść sam, włączyć radio, otworzyć szybę i pojechać sobie relaksacyjnie w trasę. smile.gif
cameron123
Pisałem o licencjacie rozważając historię. No właśnie ja wiem że aplikacje to już jedno bagno i kpina z godności człowieka, zarówno warunki finansowe jak i zakres zadań, nie oczekuję że ktoś mi poda cokolwiek na tacy, ale przytłacza to że człowiek zapieprza jak dureń, to dokładnie o czym piszesz - zamiast skupiać się na czymś ważnym, coś nauczyć, to uczenie się na pamięć słowo w słowo przepisów, wymaganie każdej litery po każdej literze zamiast przedstawić co to oznacza, przypomina mi to uczenie się (może durne porównanie) na pamięć modlitw do komunii czy bierzmowania... wszystko bez sensu, w małych odstępach czasowych natłok niepotrzebnych gówien, jeszcze faktycznie materialne bywa ciekawe (zwłaszcza cywilne jak dla mnie), karne się skończy o ile zdam procedurę we wrześniu... straszna jest, zwłaszcza że muszę znać tę do 1 lipca i od 1 lipca... nonsens kompletny. Ewentualne skończenie studiów wiązałem raczej z tym że szukałbym pracy gdziekolwiek ze stosowaniem prawa, a nie pchanie się od razu po studiach na aplikację bo to bez sensu, ewentualnie można ją zrobić jeżeli by coś poprawiła później... ale słyszałem że roboty bez aplikacji to już w ogóle nie ma, o ile na niej i po niej jesteś tym murzynem i możesz zapomnieć o życiu osobistym i czymś więcej niż 2 koła, to potem u niektórych coś się z upływem czasu klaruje, a magistrów prawa bez aplikacji traktuje się jak śmieci i nigdzie nie ma poważnej pracy... ja jestem w Trójmieście więc rynek jest spory, dodatkowo mój wydział od lat przyjmuje 220 osób na rok, a nie 300 czy 600 jak niektóre ośrodki (a ponoć i więcej biorą)... muszę to porządnie przemyśleć, póki co postaram się przygotować na wrzesień i zobaczę, może odkuję się jakoś, a na 3 roku mam warunek z 2 z prawa UE (75 orzeczeń trybunałów na pamięć, tak dokładnie plus parę pierdół). Po prostu rozważam scenariusz skończenia czegoś "w zgodzie ze sobą", nawet jakbym potem miał emigrować z Polski i pracować kompletnie w jakikmkolwiek zawodzie, nie wiem czy mam siłę przepychać się przez to bagno jakie oferują studia prawnicze w dodatku z nowym kontrowersyjnym programem, nie wiem czy mam dość determinacji i czy stan zdrowia mi pozwoli, bo był kiedyś serio nadszarpnięty. Z drugiej strony nie wiem czy jakbym to rzucił i poszedł na historię, nawet mając dobrą średnią, chodząc na wolontariaty, udzielając się gdzie się da - bo czasu więcej niż na prawie - czy faktycznie da mi to szczęście i to czego szukam, wszak wiele okresów historycznych też jest średnio interesujących.. kompletnie nie wiem co zrobię, ale dzięki za obszerne odpowiedzi, jeżeli ktoś by jeszcze zechciał to zachęcam.
kossa
QUOTE
Pozwolę się odnieść do tej rady. Moim zdaniem jest ona chybiona.

Prawo to jedno, a studia prawnicze to drugie.


Odnosiłem się z doświadczeń politechnicznych. Jeżeli ktoś nienawidzi prądu i każdy przedmiot na studiach z nim związanym to katorga to elektrykiem nie będzie. Podobnie z programowaniem, mechaniką, matematyką i resztą inżynierskich zagadnień. Wiadomo - części przedmiotów na kierunku można nie trawić, ale nie całego programu studiów.

Może na prawie tak jest, że można nie cierpieć go na studiach, a potem pokochać w robocie. Mój umysł tego w każdym razie nie pojmuje wink.gif

QUOTE
W zasadzie jeżeli przejdzie się drugi rok i nie ma się żadnych pleców to na trzecim można powoli myśleć o tym jak się eksportować na zachód na przynajmniej jeden semestr. W ramach programu orgazmus wybrałem studia w Norwegii ze swoją lubą, co oboje zrobiło nam na dobre.


Też polecam orgazmusa - zdejmuje klapki z oczu, pozwala poznać sporo fajnych ludzi i zwiedzić niewielkim kosztem kawałek świata. Chociaż w Niemczech orałem jak dziki, żeby zaliczyć ich egzaminy (wszystko po Niemiecku i bez żadnej taryfy ulgowej...) to ogólnie miło wspominam tamten czas.
Obecnie możesz jechać i na licencjacie i na magistrze. Można nawet 4 semestry spędzić poza macierzystą uczelnią. Problemem jest, że czasem dziekani robią jakieś kosmiczne problemy z uznaniem programu z uczelni zagranicznej co powoduje kłopoty z zaliczeniem semestru w Polsce.

QUOTE
Pozwolę sobie to tak porównać nieco do prawa jazdy. Jak na kursie siedział ze mną instruktor to myślałem, że zaraz rozbiję się na pierwszym lepszym słupie żeby wreszcie się uciszył. Nie jeździłem nigdy źle, ale stary zgred zawsze musiał coś mówić, że za każdym razem jak wsiadałem do auta na lekcji to myślałem, że mnie trafi szlag.


Godzin jazdy na kursie masz z 30 (nie pamiętam szczerze mówiąc ile dokładnie), to mniej niż tydzień zajęć na uczelni. Gdybyś miał się żreć z tym instruktorem przez 5 lat to pewnie patrzyłbyś na tą udrękę inaczej.
Swoją drogą też jestem z Wrocławia i też miałem ochotę swojego instruktora prawka wyrzucić przez okno sleep.gif
cameron123
Chodzi tu o to, że prawo to bardzo rozległa nazwa studiów, gdzie kryje się wszystko, tylko ubrane w normy prawne mówiąc górnolotnie niczym wielce obyty student. Słowem - ja nienawidzę głównie prawa karnego i karnego procesowego, które to się skończy jeśli zdam we wrześniu to drugie, a cywilne które jest bardzo rozległe i stanowi chyba połowę materiału na studiach całkiem lubię, tak samo kilka innych zagadnień. Jest więc szansa na to by się z prawem karnym nie stykać - w sferze zawodowej, bo to głównie prokuratorzy, sędziowie, adwokaci karniści chociaż także policjanci w pewnym sensie biggrin.gif. Może by więc coś pokombinować, zobaczyć na trzecim roku, czymś się głębiej zainteresować - może handlowym czy gospodarczym, i próbować w tym temacie ogarniać robotę po skończeniu tych cudownych studiów... zobaczymy. Dzięki za rady Panowie.

A to że historii mogę się sam nauczyć to nie do końca racja... sam nie opanuję warsztatu pracy, metodyki, zagadnień z punktu naukowego, bez studiów nie sięgnę po takie publikacje jakie byłbym miał zaszczyt doczytywać na studiach : P Tak samo można o prawie - kodeks może kupić każdy, książki też, ale jednak interpretować, rozwiązywać kazusy... w jakimś stopniu coś te uczelnie i studia dają, jakkolwiek bym nie psioczył i wyzywał, bo mnóstwo rzeczy nie działa po prostu, to jednak studia to co innego niż hobbystyczna lekturka do poduchy.
Ammianus_Marcellinus
Jesli nie dajesz sobie rady na studiach, ktore sprawiaja Tobie tylko przykrosci i ich zdanie nie gwarantuje pewnej przyszlosci, a towarzystwo studenckie i profesorskie to banda palantow to rzuc to w cholere (msci sie powtarzana polska specyfika, ze jak dobry humanista to tylko studia prawnicze na przekor prawdziwym zainteresowaniom - no to mamy co mamy).
A co do latwosci studiowania historii to mozesz wsadzic miedzy bajki (to zalezy od specjalizacji i wykladowcow) - wiecej czytania, lecz bez pierdzielenia sie nad kazdym slowem jak na prawie + warsztat i nauki pomocnicze.
Poza tym, jak wspominales masz lewicowe poglady, co raczej zaprzecza sensu studiowania tego kierunku (według mnie najmniej kreatywny i rozwijajacy naukowo jaki znam, bez urazy).
Przyuczanie sie do najmniej powazanego w spoleczenstwie zawodu w kraju i dluga syzyfowa praca na kazdym szczeblu kariery bez plecow wraz ze wzrastajaca bezwgledna konkurencja (nie wspominajac o aplikacjach), no i sens przyswajania ciagle zmieniajacego sie i dziurawego prawa polskiego, ktore w najwazniejszych aspektach wychodzi nie z decyzji grona najwyższych specjalistów prawa, lecz na klikniecie ###### z Wiejskiej (bledne kolo).
Wszystko zalezy od Twojej sily woli, bo jak dasz ciala (z byle jakiego egzama) to szybko popadniesz w depresje i nie wiadomo co gorszego, wiec zastanow sie czy warto.
pozdr
P.S. Nie kumam absolwentow prawa uciekajacych na emigracje bez znajomosci jezyka i prawa obcego kraju (znajomosc prawa polskiego na obczyznie nic im nie pomoze).
Szklarz
QUOTE
U nas wszystko obliczone jest na to żeby zrobić z człowieka małpę powtarzającą jak mantrę tezy profesorów z podręczników, bo jak nie to szmata, anajlepiej od razu profesorska czy tam doktorska pogarda do usranej śmierci. Okazuje siębowiem, że każdy przypis jest kluczowy, a brak literalnej znajomości przepisów szczegółowych może zakończyć się warunkiem. Tak właśnie hoduje się w Polsce betony, które później nie potrafią samodzielnie myśleć, ale to taka luźna dygresja.

No niestety, ale na mojej uczelni na przykład, korzystając z odejść profesorów z poprzedniego ustroju na emeryturę, zaczynają do głosu dochodzić młodsi, mający inne poglądy na naukę. Co prawda, stołki nadal są ustawione przez dziadków i jedyne zmiany, jakie zachodzą, to "wincyj klepania cywila na blachę, to nic, że potem umowę będziesz umiał co najwyżej podpisać".
Ale zaczyna się o tym mówić. Żeby coś weszło w życie, parę osób musi umrzeć.


Autorze tematu, twoja sytuacja jest trochę podobna do mojej, ale mimo to, ciężko coś doradzić.
Studia prawnicze to syf, którego każdy ma dosyć, praca po nich to też często syf... ale w ogóle jest. A po skończeniu historii o nią ciężko, choć jeśli jesteś dobry, yo sobie poradzisz, zobacz ilu historyków na forum, głodem chyba nie przymierają. tongue.gif
cameron123
Zbieram informacje o dodatkowym naborze i w razie co się zarejestruję na te studia, w Gdańsku uchodzą za słabsze, a i tak sporo już tam wydałem na życie, więc studia historyczne ewentualnie podejmę bliżej, w innym miejscu - na UMK w Toruniu. Podejdę jeszcze do poprawek we wrześniu póki co. Może to zabrzmieć infantylnie, ja nie uważam studiów historycznych za łatwiejsze, ale wszystko niemalże co robię na WPiA budzi we mnie dyskomfort psychiczny, czasem obrzydzenie, to niczego nie uczy, np. na egzamin z KPK musieliśmy klepać słowo w słowo cały stan do 1 lipca, do wielkiej nowelizacji, i ten który będzie po niej, przy czym ilość niedomówień, mnogość egzaminatorów i metod egzaminu ustnego sprowadziła dla wielu usilne podejrzenia, że zdali Ci, co mieli zdań - już bez teorii spiskowych, ale naprawdę koszmar. Dokładnie to o czym piszecie Panowie... może to zbyt idealistyczne i marzycielskie nie wiem, ale tyle lat rozważałem jakiekolwiek studia humanistyczne (chociaż najsilniej historię, bo jednak jest bardziej konkretna niż politologia, która też mnie interesuje) wyobrażałem sobie cokolwiek co innego niż to co zastałem na WPiA, to jest nie do opisania jak się człowiek czuje, a ja nie umiem przebywać w takim towarzystwie, czuję że się sprzedałem w jakimś sensie, nawet jeśli miałbym żałować rzucenia tych studiów, jestem też w trakcie psychoterapii i powoli dociera do mnie (żadna sugestia lekarza ani psychologa) że robię pewnie rzeczy wbrew sobie, że nie chcę po prostu zawieść rodziców albo przy znajomych którzy studiują "przyszłościowo" (bo to też kwestia dyskusja, jest bezrobocie m.in po budownictwie...) na Polibudzie albo jakieś okołomedyczne kierunki... a dla humanisty co zostaje ? Tylko klepanie tych ciągle zmieniających się i komentowanych w doktrynie w każdym mieście inaczej kodeksów ? Nie wiem, czy do końca dobrze robię, ale ja chcę żyć w zgodzie ze sobą, mam w tej kwestii wsparcie rodziców, którzy zresztą byli dość zdziwieni że idę na prawo i wcale mnie nie namawiali, przeciwnie radzili żebym się zastanowił (sami studiów nie mają, a ja myślałem że podejmując historię spełnię tylko niezrealizowany plan ojca sprzed lat więc... zrobiłem na przekór, a co mi tam). Znam trochę studentów historii i wiem że faktycznie tam też jest dużo przypadkowych osób, chcących przebimbać albo legitymację studencką na zniżkę na przejazdy, ale są też ludzie którzy tym żyją, którzy interesują się przeszłością, teraźniejszością, historią, gospodarką, polityką.... wszystkim co daje taki "trzon" wykształcenia humanistycznego, niezależnie co by mi miało dać/nie dać (chociaż swoją drogą historyków jest coraz mniej, mimo że wielu nie mogło znaleźć pracy, wbrew pozorom to studia prawnicze się intelektualnie pauperyzują). Są osoby które twierdzą, że jak jest się w czymś dobrym to jakoś pójdzie... może i to nieprawda, ale ja wiem że studentem prawa dobrym nie będę, mogę zdawać egzaminy i to pewnie w pierwszych terminach jak się zawezmę, ale ja nie cierpię tego co robię, czuję że straty jakie ponoszę (finansowe, uczelnia stara się tylko wyciągać za dodatkowe opłaty/warunki bo 80% studentów ma zamożnych rodziców i doją jak leci, mnie na to nie stać, przez co muszę zapieprzać jak wół z materiałem, który mnie specjalnie nie interesuje powoli). To i tak tylko część tego co czuję i myślę odnośnie tej sprawy, ale dziękuję Wam za wypowiedzi, bardzo dziękuję.
Jeszcze jedno... żebym nie popełnił wielkiego błędu: jeśli interesuje mnie historia (ale wiadomo że jako rozległa nie interesują mnie wszystkie okresy, nie jestem jakąś alfą i omegą, chociaż bardzo lubię czytać i spokojnie lubię się uczyć, po prostu zastanawiam się żebym tam dawał jakoś radę...) to wybrać historię ? Rozważałem jeszcze inne, bo tak szczerze to po trochu interesuje mnie i socjologia, i politologia (to już zdecydowanie bardzo, ale myślę że zainteresowania naukami politycznymi można jakoś wiązać na studiach historycznych - nie że są łatwiejsze, ale na prawie ja nie mam na nic kompletnie czasu dodatkowego, na nic). Myślę, że dla takiego humanisty (nie mam siebie za nie wiadomo kogo, ale mam baaaaardzo rozległe zainteresowania w ramach humanistyki i powiedzmy wiedzę ogólną) to podobno studia historyczne są najlepsze, co planowałem już wiele lat temu i żałuję że jednak ich nie podjąłem - dla siebie, bo ja żadnym inżynierem i tak bym nie został, a prawnikiem na chama mogę, tylko pytanie czy to chamowanie mi dobrze wyjdzie, nie tyleż finansowo bo w to nie wierzę, co da spełnienie i życie w zgodzie ze sobą...
Piegziu
QUOTE(cameron123 @ 30/07/2015, 22:51)
Słowem - ja nienawidzę głównie prawa karnego i karnego procesowego
*



Zdradzę Ci pewien sekret. Praktycznie kazdy niedoszły student prawa marzy o karierze adwokata lub sędziego. Jedyne z czym kojarzy się prawo to zabójstwa, obrońca, więzienie. Prawo karne to jeden wielki skrót myślowy, który kojarzy się z szacunkiem społecznym i ambitnym zawodem. Jednakże idziesz na studia i nagle dowiadujesz się, że prawo karne jest kompletnie do dupy, bo:
1) Jest obwarowane miliardami koncepcji, jedna bardziej poroniona od drugiej,
2) Więcej zajmuje nauczenie się części ogólnej, która choć jest w miarę logiczna, w zetknięciu z podręcznikami czy profesorami robi się jedną wielką papką do dyskusji,
3) Część szczegółowa jest bardzo kazuistyczna, no i... IHMO kompletnie niesprawiedliwa.


QUOTE
A to że historii mogę się sam nauczyć to nie do końca racja... sam nie opanuję warsztatu pracy, metodyki, zagadnień z punktu naukowego, bez studiów nie sięgnę po takie publikacje jakie byłbym miał zaszczyt doczytywać na studiach : P

Bez przesady. Oni przecież nie uczą się z pustego. Wykładowcy wskazują im lektury i przekazują metodykę, która jest częściowo wspólna dla nauk prawnych. W prawie i historii mamy niemalże te same metody: dogmatyczną (swoista dla opisywania obowiazującego prawa), historyczną, analityczną i komparytystyczną.

Mówisz, że jesteś pasjonatem historii. Coś o tym wiem, bo pomimo tego, że poszedłem na prawo dalej ciągnę ten wózek. Niedługo, mam przynajmniej mam taką nadzieję, ukaże się moje trzecie dziecko, więc jak widać, spokojnie możesz rozwijać się poza kierunkiem. Wystarczy chcieć, no i rzecz jasna pracować, a nie pieprzyć farmazony jak 90% studentów. wink.gif

QUOTE
P.S. Nie kumam absolwentow prawa uciekajacych na emigracje bez znajomosci jezyka i prawa obcego kraju (znajomosc prawa polskiego na obczyznie nic im nie pomoze).

Bez znajomości języka - owszem. Dzisiaj w zasadzie nawet angielski to za mało, dlatego warto znać dobrze dwa języki obce (angielski&niemiecki, angielski&francuski, angielski&rosyjski, angielski&hiszpański, angielski&włoski). Każdy kolejny to mega propsy w ewentualnej pracy. wink.gif

Co do braku znajomości prawa to pozwolę się częściowo niezgodzić.
Po pierwsze w prawie jest jedna wielka gałąź wspólna dla wszystkich państw, szczególnie europejskich. Mowa tu o prawie międzynarodowym publicznym, prawie unii europejskiej i 90% uregulowań z prywatnego prawa międzynarodowego. Ucząc się dokładnie w Polsce, masz taką samą wiedzę jak student niemiecki, francuski czy hiszpański i w tym zakresie spokojnie można pracować za granicą.
Co do innych gałęzi też nie jest tak kompletnie ciemno i głucho, bo prawo większości państw jest oparte na wspólnym trzonie i rozwiązaniach szczegółowych. Znając solidnie trzon, szczegóły idzie przyswoić w rozsądnych czasie, tym bardziej, że nikt nigdy nie wymaga od Ciebie znajomości całego systemu prawa, lecz kilku wycinków swoistych dla danego stanowiska. Studenci prawa i prawnicy, to akurat trzeba im zaliczyć to na plus, są mistrzami w przyswajaniu obrzymich ilości materiów w krótkim czasie. To co na polibudzie opisane jest na 400 stronach podręcznika (w większości zadanka), na prawie ma odpowiednik około 1000 stron podręczników, drugie tyle komentarza do ustawy/kodeksu, no i przydałoby się jeszcze znać jakieś kluczowe orzeczenia z sentencjami po 60 stron na jeden wyrok.

W tym całej dygresji należy zaznaczyć, że Wielka Brytania nie trzyma się tych reguł, bo tam obowiązuje common law, które ciężko przyswoić sobie samemu.

No i najważniejsza rzecz, bo o nie zapomnieć nie wolno. Prawo unijne gwarantuje nam uznanie wszystkich naszych tytułów na terytorium UE, także będąc prawnikiem po polskiej uczelni, jesteś również pełnowymiatowym prawnikiem we Francji czy Niemczech. Także prawnik, jakikolwiek nie jest, poradzi sobie w innym kraju. Pod warunkiem, że mu się chcę i zna język. wink.gif
cameron123
Panie Piegziu, piszesz Pan sporo mądrych rzeczy i jest tu sporo racji. Sęk w tym że nie wiem czy będę w stanie się na tyle zmusić, zwłaszcza że w nowym głupim programie mamy zaplanowane m.in KPC w jeden semestr, KPA w jeden semestr.. generalnie każdy przedmiot trwa jeden semestr. A od połowy 4 roku ma być 1,5 roczna specjalizacja, bo praktycznie cały program do 4 roku ma być przerobiony... i co ja wezmę, publiczno-prawną która mnie interesuje bo jest konsta, międzynarody pewnie, ale pewnie też obrzydliwe karne ? Karnistycznej nie wezmę, finansowo-podatkowej też nie, zostaje cywilistyczna.... w miarę do przełknięcia niby. Spodziewamy się jednak że ten nowy program to i tak nie wiadomo czy wypali i jak będą wyglądały te specjalizacje (miliard przedmiotów do wyboru w ramach specjalizacji, bo cała dogmatyka przerobiona do 4 roku zgodnie z planem). Pisałem tez o tym, może nie jestem taki zdolny i obrotny, ale przy tym stłoczonym programie nie jestem w stanie znaleźć czas na cokolwiek innego poza nauką, przez co zawalam, bo nie wyobrażam sobie nie poświęcić godziny-dwóch dziennie na prasę społeczno-polityczną, coś z historii, coś z kultury... tu żyję tylko tym ile norm prawnych w ile godzin jestem stanie wykuć. Życie towarzyskie jest na tych studiach żadne, nigdy nie chciałem traktować studiów jako wiecznej imprezy, ale tu naprawdę na nic nie ma czasu, pomijam że większość ludzi z roku to popija tylko drogie winko w drogich knajpkach, zupełnie jakby mieli po 35 lat i zarabiali mnóstwo pieniędzy (ciężko zarobionych w kancy, hehehe). Są obszary gdzie prawo jest dla mnie ciekawe, ale nie czuję tego, jestem w kompletnej kropce, codziennie coś nowego mnie zniechęca, a im bardziej staram się o tym nie myśleć, tym więcej wtedy problemów przy sesji, bo tracę nerwy i kompletnie nie wierzę że coś może mi się tu udać, a tymczasem skończyłem 21 lat w lipcu. Już na starcie mam poczucie, że marnuję sobie całe życie, więc musicie zrozumieć że trochę może i emocjonalnie do tego podchodzę, ale nie mam pojęcia jak z tego wszystkiego wyjść.
Rommel 100
Lepiej weź na dystans i poczytaj co mówią studenci innych kierunków.
Naprawdę takich co są zadowoleni zawsze jest jakiś promil. Tu nie bardzo chodzi o dany kierunek, czy go tak prywatnie lubisz, tylko ogólnie jakie masz podejście do obowiązków itp.
cameron123
QUOTE(Rommel 100 @ 31/07/2015, 10:41)
Lepiej weź na dystans i poczytaj co mówią studenci innych kierunków.
Naprawdę takich co są zadowoleni zawsze jest jakiś promil. Tu nie bardzo chodzi o dany kierunek, czy go tak prywatnie lubisz, tylko ogólnie jakie masz podejście do obowiązków itp.
*



Wiem że kierunek studiów tak silnie nie determinuje życia w tych czasach w takich okolicznościach gospodarczych w tym kraju, może być tak że po ukończeniu prawa za kilka lat już kompletnie nigdzie nie będzie pracy, albo czeka przekwalifikowanie się, może być to samo po historii. Tylko wiesz co ? To mi wiele nie daje, bo ja od wielu wielu lat czytałem sporo o studiach różnych żeby dobrze je wybrać, i na każdym forum jakim pamiętam, czy biologicznym, czy tu, czy forum prawnym, czy jeszcze innym byli zadowoleni, niezadowoleni, a generalnie dominuje narzekanie na brak pracy, zarobki - w końcu to prawda, w tym kraju jest ciężko, ale nie wiem czy większa stratą nie będzie dla mnie kolejne 3 lata katorgi razem z krwawic finansowo-psychiczną, niż zaczynacie "od początku", nie mam pojęcia. Ten problem powraca w każdej dłużej przerwie od nauki, bo wtedy już nie umiem tego skutecznie zagłuszać i wychodzi to ze mnie z takim impetem, że demobilizuje mnie to do jakiegokolwiek działania, a podjęcie jakiejś decyzji graniczy z cudem - milion obaw i argumentów za skończeniem tych studiów, jak również za skończeniem ze studiami.

Jest też kwestia tego, że to taki specyficzny wydział. Myślałem nad przenosinami na inny WPiA, bliżej rodzinnego miasta, statystyki ma podobne a nawet trochę lepsze, mam tam trochę znajomych od siebie z młodszych czasów, chwalą, przedmioty i program jest normalnie rozłożony, coś robić można... tylko są takie różnice, że pewnie musiałbym zaczynać od 1 roku, w najlepszym razie od 2, więc nie wiem czy to się opłaca, jak u siebie teraz - po zdanych poprawkach - mógłbym rozpocząć 3 rok studiów. Kwestia klimaty i atmosfery jednak też ma duże znaczenie, miasto mniejsze ale nieco inne koszty finansowe tej całej eskapady są. A boję się, że studiami historycznymi mogę rozczarować się jeszcze bardziej.
cameron123
Sprawa rozwiązana. Proszę o zamknięcie tematu, o ile to możliwe.
Ammianus_Marcellinus
Sprawa rozwiązana, czyli rzucił?!
Grapeshot
W Australii studia uniwersyteckie mają wyraźny podział na kierunki łatwe oraz trudne. Prawo, podobnie jak psychologia czy socjologia, jest tu uważane za kierunek łatwy. Robi się go przeważnie razem z drugim kierunkiem, najczęściej ekonomią. Takie studia łączone trwają 5 lat, samo prawo to 4 lata. Tytuł po czterech latach to bachelor. Bachelor jest tu uważany z pierwsze degree i dla kariery jest tym czym jest magister w Polsce. Zdecydowanie nie jest tym czym jest w Polsce licencjat.
To co wysłuchałem, do tej pory, o studiach prawniczych w Polsce i co czytam w tej dyskusji, to jakaś patologia. Zainteresowanym studiami prawniczymi radzę to robić za granicą, jeśli możliwe, najlepiej w krajach anglosaskich. Takie studia będą miały prawdopodobnie małą przydatność w Polsce. Prawo w Australii jest bazowane na aktach parlamentu oraz na precedensach. W UK jest chyba tak samo.
To jest wersja pozbawiona grafik. Jeżeli chcesz przejść do głównego forum kliknij tutaj.